Jako dziecko nie miałam wsparcia ani w trudnych chwilach ani w swoich dążeniach. Miałam wsparcie tylko wtedy gdy realizowałam plany mojej matki.
W miarę rozwoju duchowego, osobistego zaczełam się coraz bardziej otwierać na wsparcie i powolutku to wsparcie zaczęło sie przejawiać w moim życiu.
A w ostatnich tygodniach, trudnych bardzo dla mnie miałam okazję przekonać się jak moja pś rozumie wsparcie, jak bardzo jest na nie "łasa".
Najpierw zgubił mi się kot, potem matka złamała rękę, mój ojciec miał zawał, okazało się, że z ręka matki są komplikacje, ojciec umarł, pracy miałam coraz bardziej dość ...... itp, itd To tak bardzo w skrócie , bo przy każdym z tych wydarzeń pojawiały się problemy.
Czułam sie zagubiona, ale też miałam wrażenie , że moja pś czerpała jakąś satysfakcję z tego, że ludzie mnie żałują, wspierają, wysłuchują. I moja pś zaczęła kreować jeszcze więcej trudności i problemów niz to było potrzebne. Wszystko po to by zyskać zainteresowanie, troskę i wsparcie. Ceną było to, że musiałam (chciałam) wielokrotnie opowiadać ludziom o trudnościach jakie się pojawiały, znaczne obniżenie nastroju i wibracji, dostrajanie sie do swojego cierpienia i cudzego przy okazji.
Możliwe że to było konieczne, żebym uświadomiła sobie, że moja pś bardzo sie boi szczęścia, pomyślności, bo się boi zostać sama. Bo uważa, że w niedoli to jej ludzie pomogą, potraktują ulgowo. A w szczęściu to zostanie sama.
Ale z drugiej strony widzę, że te kilka lat rozwoju przyniosło efekty, bo wczoraj poczułam, że moja pś ma juz dość. Tych niskich wibracji, tego cierpienia, tej ciężkości. Że to już nie moja bajka.
A dzisiaj uświadomiłam sobie, że nadal chcę i potrzebuję wsparcia. Ale zupełnie innego wsparcia. Chcę wsparcia w szczęściu, radości, chcę wsparcia w realizacji moich marzeń, pragnień, zamierzeń. Takiego wsparcia potrzebuję i na takie się otwieram.