Sebastian,
już sam tytuł działał na mnie emocjonalnie i miałam pewne wyobrażenia z nim związane. Dlatego wyciągnęłam chłopaka do kina. Ogólnie staram się wychodzić w różne miejsca, aby się zintegrować społecznie. Myślałam, że sam dźwięk i obraz mi nie wystarczą, zawsze potrzebuję dialogów, a tutaj o dziwo wpadłam w medytacyjną zadumę. Po prostu oglądałam. Odgłosy gongów, przynosiły mi fajne odprężenie. Na seans przyszli specyficzni ludzie, leciało od nich buddystami, także można to było ocenić po ubiorze.
W trakcie filmu robiło mi się smutno, na zmianę radośnie. To wszystko ułożyło się w jedną całość, poruszyło moje zmysły. Całość którą zobaczyłam to jakaś destrukcja do której dążą ludzie. Chciałam być ponad tym.
Poruszył mnie klimat związany z buddystami, ponieważ jest to dla mnie najbliższy karmicznie temat. Cały film zachęca do zadumy nad życiem, refleksją dotyczącą sensu, postępowania, nad ulotnością wszystkiego. Tworzymy, gonimy za czymś, walczymy a to potem i tak przemija. Po drodze niszczymy, boimy się, chaotycznie modlimy się do Boga, wołamy o coś w strachu, bo nie wiemy jak sami się odnaleźć. Przedstawienie religii to były dla mnie utrwalone urojenia. Czułam się jakby ponad tym co jest przedstawiane, ponieważ jestem wegetarianką, nie utożsamiam się z żadną religią. Dlatego było mi dużo łatwiej odczuwać, rozumieć.
Potem pomyślałam, że to takie dziwne wołać do Boga. Wszyscy do niego wołają. O coś proszą, jak wygłodniałe pisklęta. Czy moje problemy mają w tym jakiś większy sens? Ja chyba nadaje im zbyt wielką wagę.