No i obejrzałam Samsarę i powiem szczerze byłam pod wrażeniem

Film mnie otworzył, zainspirował, nawet mogę powiedzieć, że w pewnym sensie pokazał mi moją drogę realizacji siebie. Odebrałam go jako przedstawianie konfliktu pomiędzy dawnym spokojem i autentycznością, a chaosem i nierealnością tego, co zbudowaliśmy jako współczesna cywilizacja zachodu. Tak jak w scenie, gdzie pan biznesmen smaruje się błotem itp itd. - jako cywlizacja zarzekamy się, że nie wierzymy w dawne przesądy, że jesteśmy tacy racjonalni, a tak naprawdę całość naszej cywilizacji oparta jest na micie: na micie nie tylko religii, ale przede wszystkim konsumpcjonizmu, gdzie nawet śmierć przekształcana jest w coś, czemu można założyć zabawową maskę (motyw trumien) Zakładamy coraz to nowe maski, wręcz w groteskowych gestach szaleństwa, szukając znaczeń i sensu tam, gdzie cała przestrzeń została wypełniona ułudą. Jeden z możliwych scenariuszy ułożenia mandali wszechświata, który można po prostu zmieszać i powrócić do pierwotej płaszczyzny chaosu, z której może wyłonić się wszystko

I spojrzeć na tą bezkresną pustynię możliwości, w których może ewoluować wszechświat. Spojrzeć z góry - nie jako człowiek, ale jako istota będąca obywatelem wszechświata, buddą, tym, który widzi wszystkie obrazy bez uwarunkowań umysłu
