Autor Wątek: Samoocena  (Przeczytany 50619 razy)

Laka

  • Wiadomości: 2 310
  • Płeć: Kobieta
    • BlueFaerie
  • Andżelika Sobczak, sesje regresingu, wypalanie węzłów karmicznych, masaże Lomi Lomi
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-04-15, 22:41:15 »
"Mnie przeraża wyrzucenie poza grupę. Moja pś boi się, że jak zostanę sama (czyli wychodzi na to, że się zindywidualizuję) to po prostu przepadnę. Upatruje w poddaniu się grupie szanse na przetrwanie."'

"Ja przez ten wredny mechanizm nie jestem wstanie zacząć z własnym biznesem, bo ... przecież są lepsi ode mnie, więc nie mam szans
I zamiast zbudować warsztat na tym co mi dobrze wychodzi, to ja się katuję tym, że nie jestem tak dobra jak ci niby lepsi ode mnie. Bo ja niby jakiejś tam cechy czy umiejętności nie mam, albo coś wychodzi mi nie tak dobrze jak innym."


Mam dokładnie to na tapecie.

Jeśli chodzi o film, to te miasta mi się skojarzyły w pierwszej kolejności z Archaniołkowem.
Nie wiem do końca co o tym myśleć. Światów astralnych było bardzo wiele, na które trafiałam zanim jeszcze zeszłam w materię. Wtedy nie byłam jeszcze na ziemi, nie umarłam, nie przechodziłam procesu jakiegoś tam, który odbywa się po śmierci ciała.
Miałam wrażenie, że w tym filmie, każdy był w takim miejscu jaką miał świadomość. Ci ludzie tam się rozwijali, oczyszczali w jakiś sposób i decyzje chyba też podejmowali na miarę własnej świadomości, trochę tak jak na ziemi.
Wiele praw duchowych znali, ale do pewnego stopnia, nadal wielu rzeczy nie rozumieli, zwlaszcza Boga. To taki astral nadal.
Jak powspominałam sobie biały astral to był on znacznie bardziej syfiasty niż to co bylo na filmie.
Pomyślałam że można się rozwijać po śmierci, ale w pewnych aspektach, bo jeśli mamy tematy które są związane z materią, to trzeba się wcielić. By się spełnic takze w materii. Moze nie chodzi o to Że TRZEBA, jakoś odgórnie, ale nas ciągnie. Sama nie wiem do konca, może zależy od konkretnych wzorców i obciążeń.
To tak jak z tym jak było z aniołkami ktore schodziły w materię, poki nie zeszły nie miały karmy materialnej.
A potem gdy zaczęły doświadczać nabrały. I tez nie z powodu samej materii, tylko intencji z jakimi zeszły w materię i jej doświadczały, wyciągały potem wnioski. Trudno się nie zasyfić na początek opetując jakąś pomieszaną istotę.

Mnie osobiście ten film zainspirował w temacie pracy.
Że można pracować, robić co się chce, dla dobra innych, ale w sensowny, pozytywny sposób. No i odpoczywać, właśnie bez poświęcania siebie. To dla mnie bardzo inspirujące. Bo mi samo działanie np w postaci pracy zupełnie nie przeszkadza tylko te wszystkie negatywy jakie się z tym wiążą: popędzanie, nie szanowanie mojego ciała, moich potrzeb, wykorzystywanie, konkurowania, presje, manipulacje, za dużo pracy, gdy nie ma czasu albo sił na spełnianie sie i działanie w innych dziedzinach życia. Te wszystkie lęki o byt związane z pracą, przymusy by się dostosowywać do jakiś syfiastych lub ograniczających wzorców, przymus pracy wg widzimisię czyjegoś, zamiast działanie lekkie, spontanicznie, intuicyjne. No i ocenianie przez osoby, które mają wyobrażenia jak powinnam pracować, jaka być i jak się zachowywać.
Robienie czegoś co nam nie szkodzi, a sprawia przyjemność z czystymi intencjami wobec siebie i innych ludzi, jest przecież jak najbardziej ok i nie jest żadnym poświęcaniem się.

Gdy w medytacji poddałam się na chwilę Bogu to czułam jego obecność, jakąś obecność i to nie było tak, że jestem sama tylko ja i sama sobie zapewniam wszystko, czułam jakby byla jeszcze jakaś istota obok, a jednoczęsnie była mną. Taka pełnia. Były też najlepsze rozwiązania na każdą okazję. Tak to było wszystko skonstruowane. Nie było miejsca na jakikolwiek brak, tęsknotę, leki, brak jedności.
To było takie proste, a jednocześnie genialne:)))
« Ostatnia zmiana: 2012-04-15, 22:49:06 wysłana przez Laka »

Grażyna Anna

  • Gość
[#]   « 2012-04-15, 22:25:56 »
Strach, że zostanie się wyrzuconym poza grupę bazuje w pierwszej kolejności na pragnieniu akceptacji (miłości) i bezpieczeństwa.

Dokładnie tak mi wychodzi :)

Ale pod tym (przynajmniej u mnie, ale ponoć u innych też) kryje się lęk przed brakiem jedności (nie wiem nawet z czym, z Bogiem? z ludźmi? ze wszystkim, trudno to opisać).

Czyli służbą innym próbujemy przywrócić stan jedności, który znamy, ale straciliśmy. Może być z Bogiem, ale może być i z matką z czasu płodowego.

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-04-15, 21:50:55 »
Grażynka,
ja mam tak samo. Zawsze się tego bardzo bałam i nadal boję (choć mniej, bo już trochę tego zeszło), ale odkryłam, że ten strach przed wyrzuceniem poza grupę i przed unicestwieniem jest jakby wtórny (tzn. w takim sensie, że zabezpiecza coś innego). Jest po to, żeby się nie oddzielać, nie indywidualizować.
Nie wiem, jak to wytłumaczyć, bo wydaje się podobne, ale to nie to samo.
Ja zauważyłam to pracując techniką uwalniania. Tam nawiązuje się kontakt z podstawowymi pragnieniami: bezpieczeństwa, akceptacji i kontroli. Nad tym jest jeszcze pragnienie jedności. Ponoć (i u mnie tak faktycznie było) można z nim nawiązać kontakt, gdy te podstawowe z grubsza ma się przerobione. Ja niedawno poczułam, że moje działania wynikają z pragnienia jedności. I faktycznie jest różnica pomiędzy nim, a resztą.
Strach, że zostanie się wyrzuconym poza grupę bazuje w pierwszej kolejności na pragnieniu akceptacji (miłości) i bezpieczeństwa. I z tym w pierwszej kolejności trzeba pracować. Ale pod tym (przynajmniej u mnie, ale ponoć u innych też) kryje się lęk przed brakiem jedności (nie wiem nawet z czym, z Bogiem? z ludźmi? ze wszystkim, trudno to opisać).

Ale mnie chlasnęło po wcześniejszym poście ;) Najpierw nieprzytomność, potem wstyd, a potem ogromny strach. Dawno już tak nie miałam...

Grażyna Anna

  • Gość
[#]   « 2012-04-15, 21:35:39 »
Feli ciekawe rzeczy piszesz.
Mnie przeraża wyrzucenie poza grupę. Moja pś boi się, że jak zostanę sama (czyli wychodzi na to, że się zindywidualizuję) to po prostu przepadnę. Upatruje w poddaniu się grupie szanse na przetrwanie.

 

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-04-15, 21:19:44 »
Co do tego ostatniego, to wczoraj obejrzałem film "Nasz dom" do którego link pojawił się w innym wątku

Hehe, też obejrzałam ten film (tyle że dzisiaj). I to do końca, choć czułam się z tym nie najlepiej ;)

Chyba chodzi o wspólny motyw jakim jest pozbywanie się ego.

No u mnie własnie o to chodzi. Odkryłam, że robię wszystko, żeby tylko nie rozwijać ego. Wszystkie chwyty dozwolone: przez wspomnianą przez Ciebie służbę ludzkości, niedocenianie siebie, wręcz umniejszanie sobie, blokady w działaniu, niedostrzeganie swoich talentów, itd. aż do szkodzenia sobie (np. choroba z autoagresji).
A to wszystko ze strachu przed indywidualizacją, przed oddaleniem się od jedności. Boję się tego najbardziej w świecie, więc wszelkimi możliwymi sposobami powstrzymuję się przed tym.
Heh, dobre jest to (całkiem niedawno to odkryłam), że ja robię to wszystko (czyli szkodzę sobie) z... miłości do siebie. Boję się cierpienia, jakiego doznałabym, gdybym oddzieliła się jeszcze bardziej, więc zadaję sobie kontrolowane cierpienie, żeby się przed tym uchronić.
I pomyśleć tylko, że kiedyś myślałam, że się nie kocham i że próbowałam się pokochać :) Niewykonalne, bo ja zawsze siebie kochałam i kocham nadal, tylko mam fałszywe przekonania na temat jedności (zawężona świadomość). "Wystarczy" je tylko odrzucić :)
« Ostatnia zmiana: 2012-04-15, 21:33:21 wysłana przez Clint »

Grażyna Anna

  • Gość
[#]   « 2012-04-15, 21:12:36 »
Mam wrażenie, że ta służba łączy się jakoś z tym niedocenianiem o którym pisałem wcześniej, ale nie jestem do końca pewien w jaki sposób. Chyba chodzi o wspólny motyw jakim jest pozbywanie się ego.

Pracując dla innych pozbywasz się ego. Aby to robić musisz wyzbyć się swoich celów, pragnień, marzeń. Ego schodzi na plan dalszy, bo za swoje przyjmujesz pragnienia, marzenia i cele innych ludzi.
Ja na przykład boję się, że jak przestanę pracować z myślą o innych, przestanę być im potrzebna, a więc zniknę, bo niby jak inaczej przeżyję??

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-04-15, 20:51:22 »
Zupełnie niespodziewanie wyszedł mi dzisiaj motyw służby dla ludzi - chodzi o pseudoduchowe twierdzenie jakoby służenie innym ludziom miało stanowić ten prawdziwy, głęboki i duchowy sens naszego istnienia oraz to, że zdolność do poświęcenia własnych potrzeb na rzecz tego celu jest miarą uduchowienia. To dość popularny pogląd, promowany praktycznie wszędzie - chrześcijaństwo, buddyzm czy astralne channelingi. Co do tego ostatniego, to wczoraj obejrzałem film "Nasz dom" do którego link pojawił się w innym wątku i tam też ten motyw się dość mocno przewijał - trzeba przyznać, że to wszystko tak ładnie i duchowo wygląda, że nic dziwnego, że ludzie się na to nabierają.

Ponadto jestem w trakcie oglądanie pewnej serii anime o lojalnym i pracowitym lokaju, który jedyny sens życia dostrzega w służeniu swej pani, a moja własna siostra dzisiaj jeszcze intensywniej niż zwykle traktowała mnie jak swego służącego.

To wszystko razem sprawiło, że zapaliły się odpowiednie lampki gdzie trzeba w trakcie autoregresu i kilka rzeczy mi się wyjaśniło. Przede wszystkim za złością z powodu takiego traktowania kryła się piękna wizja mnie samego jako jakiegoś super buddy, pięknie święcącego i emanującego zajebistością oraz spokojem. Pozwoliłem sobie na 1,5 sekundowy zachwyt, po czym potraktowałem go z buta i kazałem mu się odświecić ode mnie.

Służba ludziom... phi, dobre sobie... co za głupia przykrywka dla manipulowania nimi i wcielania w życie swoich chorych wizji świata doskonałego. W gruncie rzeczy to zwykły proces rekrutacyjny, gdzie zachwyceni gapiowie i poruszeni ludzie, którym usłużono - dawali się wcielać w całą strukturę, żeby robić za bateryjki dla astralu i rekruterów jednocześnie. Tak to choćby wyglądało we wspomnianym wcześniej filmie.

Mam wrażenie, że ta służba łączy się jakoś z tym niedocenianiem o którym pisałem wcześniej, ale nie jestem do końca pewien w jaki sposób. Chyba chodzi o wspólny motyw jakim jest pozbywanie się ego.

Grażyna Anna

  • Gość
[#]   « 2012-04-15, 13:36:20 »
Ja przez ten wredny mechanizm nie jestem wstanie zacząć z własnym biznesem, bo ... przecież są lepsi ode mnie, więc nie mam szans
I zamiast zbudować warsztat na tym co mi dobrze wychodzi, to ja się katuję tym, że nie jestem tak dobra jak ci niby lepsi ode mnie. Bo ja niby jakiejś tam cechy czy umiejętności nie mam, albo coś wychodzi mi nie tak dobrze jak innym.
« Ostatnia zmiana: 2012-04-15, 13:41:55 wysłana przez Grażyna Anna »

Grażyna Anna

  • Gość
[#]   « 2012-04-15, 13:29:33 »
To też doprowadza do głupich sytuacji, kiedy ja czuje się gorszy od kogoś, kto akurat przejawia jedną rzecz na wyższym poziomie niż ja np. swobodę wypowiedzi. Od razu się porównuje i czuje się gorszy dlatego, że "jak widać - dało się lepiej", a ja nie potrafiłem. Ten cytat to słowa mojego ojca, kiedy przynosiłem kiepską ocenę i tłumaczyłem się tym że całej klasie poszło słabo, a on wyciągał ode mnie że jednak ktoś tam dostał tą czwórkę czy piątkę :D

Paskudny mechanizm. I  powszechny w polskim wychowaniu. Całkowite pomijanie zalet i napiętnowanie słabości.
U mnie rodzice kompletnie nic nie mówili o moich zaletach, o tym co robię dobrze. Za wyjątkiem piątek w szkole. To u mnie wytworzyło pęd do doskonałości (bo przecież za piątki mnie doceniają) i torturowanie się za słabości (bo za słabości mi się dostawało).

Pomalutku mi się to zmienia.

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-04-15, 12:59:56 »
Zauważyłem jak bardzo mi samoocenę obniża mechanizm oceniania siebie w taki sposób jaki oceniali mnie rodzice czyli całkowite lekceważenie, pomijanie moich zalet i straszne wyolbrzymianie każdej drobnej niedoskonałości.

Jak się dobrze zastanowię to ja mam dużo przeróżnych zalet, ale traktuje je jako coś co "powinno" być, tak jakby ich obecność była ich zasranym obowiązkiem, więc nie ma powodu do doceniania ich obecności czy traktowania tego jako czegoś specjalnego. Z kolei każdy przejaw niedoskonałości to powód do większej lub mniejszej dramy i negatywnego oceniania całego siebie z powodu jedynie małego skrawka siebie.

To też doprowadza do głupich sytuacji, kiedy ja czuje się gorszy od kogoś, kto akurat przejawia jedną rzecz na wyższym poziomie niż ja np. swobodę wypowiedzi. Od razu się porównuje i czuje się gorszy dlatego, że "jak widać - dało się lepiej", a ja nie potrafiłem. Ten cytat to słowa mojego ojca, kiedy przynosiłem kiepską ocenę i tłumaczyłem się tym że całej klasie poszło słabo, a on wyciągał ode mnie że jednak ktoś tam dostał tą czwórkę czy piątkę :D

Chyba będę musiał popracować nad docenianiem siebie. :)

Jasiu

  • Wiadomości: 92
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2012-02-21, 22:41:45 »
Prawda ;)
No w tym wcieleniu nikt realnie nic mi zrobić nie może, ale wywala po prostu karma ;)

Sebastian

  • Gość
[#]   « 2012-02-21, 22:36:52 »
Pocieszę Cię tym, że ci co snują za plecami, niewiele mogą i na niewiele sami się czują

Jasiu

  • Wiadomości: 92
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2012-02-21, 22:34:18 »
I o to właśnie chodzi, w twarz to ja mogę do woli bo mogę to łatwo skonfrontować. Zresztą w bezpośrednim kontakcie ludzie nie mają problemów z postrzeganiem mnie takim jaki jestem, zazwyczaj. Chodzi właśnie o to co za moimi plecami, właśnie dlatego mi to się z klimatami dworskimi kojarzy.

Sebastian

  • Gość
[#]   « 2012-02-21, 22:09:58 »
Jasiu ja miałem całe życie problem z oszczerstwami. Ostatnio czasem udaje mi się skwitować oszczerstwa milczeniem. Łatwiej jak ktoś to robi do mnie osobiście, niż kiedy drugiej osobie w moim towarzystwie. Ale jeśli druga osoba jest szczera i ma łeb na karku to i tak wyczuje kto manipuluje więc spoczko.

To milczenie sprawia że wygrywa się pojedynek, z wyraźnym wzrostem energii

Jasiu

  • Wiadomości: 92
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2012-02-21, 17:44:32 »
Ostatnio w temacie samooceny wywaliła mi reputacja, w stylu szlacheckiego dworu. Chodzi o pomówienia, przedstawianie niepełnych faktów, czy jednostronnej opinii, co powodowało np. że byłem niesłusznie o coś oskarżany albo ktoś zaczynał mnie postrzegać przez pryzmat cudzych wzorców. W tamtym wcieleniu (ew. liczba mnoga) podejrzewam że ponosiłem różne konsekwencje z tego powodu, w tym wcieleniu jeszcze się nie zdarzyło i nie czuję żeby miało się zdarzyć ale emocje są podobne. Najlepsze jest to że nie chodzi nawet o to że mówiono o mnie coś złego, tylko że mówiono nieprawdę. Np. jako motyw zbrodni podając kradzież, łapałby mnie bulwers że jak to, jestem mordercą ale nie złodziejem! Sam mam tak że z dość dużą łatwością przyznaje się do negatywnych intencji (jak to wielowcieleniowy łotr dumny ze swojego zbrodniczego dorobku ;P) przed sobą i innymi, ale drażni mnie jak ktoś mi przypisuje takie których nie mam i to na dodatek publicznie czy w rozmowie z kimś innym. Jak na razie doszedłem do tego żeby uwolnić się od lęku przed konsekwencjami cudzej opinii o mnie, czy materialnymi czy w relacjach .