"Mnie przeraża wyrzucenie poza grupę. Moja pś boi się, że jak zostanę sama (czyli wychodzi na to, że się zindywidualizuję) to po prostu przepadnę. Upatruje w poddaniu się grupie szanse na przetrwanie."'
"Ja przez ten wredny mechanizm nie jestem wstanie zacząć z własnym biznesem, bo ... przecież są lepsi ode mnie, więc nie mam szans
I zamiast zbudować warsztat na tym co mi dobrze wychodzi, to ja się katuję tym, że nie jestem tak dobra jak ci niby lepsi ode mnie. Bo ja niby jakiejś tam cechy czy umiejętności nie mam, albo coś wychodzi mi nie tak dobrze jak innym."
Mam dokładnie to na tapecie.
Jeśli chodzi o film, to te miasta mi się skojarzyły w pierwszej kolejności z Archaniołkowem.
Nie wiem do końca co o tym myśleć. Światów astralnych było bardzo wiele, na które trafiałam zanim jeszcze zeszłam w materię. Wtedy nie byłam jeszcze na ziemi, nie umarłam, nie przechodziłam procesu jakiegoś tam, który odbywa się po śmierci ciała.
Miałam wrażenie, że w tym filmie, każdy był w takim miejscu jaką miał świadomość. Ci ludzie tam się rozwijali, oczyszczali w jakiś sposób i decyzje chyba też podejmowali na miarę własnej świadomości, trochę tak jak na ziemi.
Wiele praw duchowych znali, ale do pewnego stopnia, nadal wielu rzeczy nie rozumieli, zwlaszcza Boga. To taki astral nadal.
Jak powspominałam sobie biały astral to był on znacznie bardziej syfiasty niż to co bylo na filmie.
Pomyślałam że można się rozwijać po śmierci, ale w pewnych aspektach, bo jeśli mamy tematy które są związane z materią, to trzeba się wcielić. By się spełnic takze w materii. Moze nie chodzi o to Że TRZEBA, jakoś odgórnie, ale nas ciągnie. Sama nie wiem do konca, może zależy od konkretnych wzorców i obciążeń.
To tak jak z tym jak było z aniołkami ktore schodziły w materię, poki nie zeszły nie miały karmy materialnej.
A potem gdy zaczęły doświadczać nabrały. I tez nie z powodu samej materii, tylko intencji z jakimi zeszły w materię i jej doświadczały, wyciągały potem wnioski. Trudno się nie zasyfić na początek opetując jakąś pomieszaną istotę.
Mnie osobiście ten film zainspirował w temacie pracy.
Że można pracować, robić co się chce, dla dobra innych, ale w sensowny, pozytywny sposób. No i odpoczywać, właśnie bez poświęcania siebie. To dla mnie bardzo inspirujące. Bo mi samo działanie np w postaci pracy zupełnie nie przeszkadza tylko te wszystkie negatywy jakie się z tym wiążą: popędzanie, nie szanowanie mojego ciała, moich potrzeb, wykorzystywanie, konkurowania, presje, manipulacje, za dużo pracy, gdy nie ma czasu albo sił na spełnianie sie i działanie w innych dziedzinach życia. Te wszystkie lęki o byt związane z pracą, przymusy by się dostosowywać do jakiś syfiastych lub ograniczających wzorców, przymus pracy wg widzimisię czyjegoś, zamiast działanie lekkie, spontanicznie, intuicyjne. No i ocenianie przez osoby, które mają wyobrażenia jak powinnam pracować, jaka być i jak się zachowywać.
Robienie czegoś co nam nie szkodzi, a sprawia przyjemność z czystymi intencjami wobec siebie i innych ludzi, jest przecież jak najbardziej ok i nie jest żadnym poświęcaniem się.
Gdy w medytacji poddałam się na chwilę Bogu to czułam jego obecność, jakąś obecność i to nie było tak, że jestem sama tylko ja i sama sobie zapewniam wszystko, czułam jakby byla jeszcze jakaś istota obok, a jednoczęsnie była mną. Taka pełnia. Były też najlepsze rozwiązania na każdą okazję. Tak to było wszystko skonstruowane. Nie było miejsca na jakikolwiek brak, tęsknotę, leki, brak jedności.
To było takie proste, a jednocześnie genialne:)))