Dziś po przebudzeniu czułam się fatalnie i zrobiłam poranna sesję. Wyszło mi przy okazji coś takiego, że moja pś wierzy, że samodzielne życie w materii, radzenie sobie, zarabianie pieniędzy to jest coś bardzo trudnego, ciężkiego i nieprzyjemnego. Nie ma przy tym czasu i miejsca na przyjemność, jest rygor codziennego życia. Zapomina się zupełnie kim się jest, traci kontakt ze sobą, z Bogiem. W takim transie i pośpiechu, bez przyjemności, za to w stresie by "dać radę" trzeba funkcjonować, by przeżyć. Zapracować sobie na jako takie życie. Tylko, że paradoksalnie wyszły mi jednocześnie wzorce umierania i niszczenia siebie, by już wreszcie ten beznadziejny żywot w materii skończyć. Czyli autodestrukcja, by doprowadzić się wreszcie do śmierci i nie tkwić dłużej w tym błędnym kole.
Inny silny dość wzorzec to przekonanie, że trzeba dostroić się do ludzi, by przeżyć, żyć w materii. Brak możliwości bycia czystą, świetlistą istotą. Bo w ten sposób nie zarobię pieniędzy, a pieniądze trzeba wyciągać od ludzi.
Trudno mi też uwierzyć, w niekończący się przepływ bogactwa.