Mnie rodzice nigdy nie zmuszali do bycia idealną, nie wywierali na mnie presji, miałam zawsze bardzo dobry kontakt z mamą, która kochała mnie taką jaka jestem. Ja jednak brałam na siebie ciężar odpowiedzialności za całą rodzinę, widząc że rodzice sobie nie radzą. Wiedziałam, że to ja będę tą, która osiągnie sukces, będę wykształcona, będę miała dużo pieniędzy i w przyszłości wszystkich uratuje. Nigdy nikt mnie nie zmuszał do nauki, sama siadałam do książek i chorobliwie zależało mi na dobrych ocenach. Bo nauczyciele powtarzali, że jak będe miała dobre oceny, pójde na dobre studia i osiągnę sukces. Kiedy dostałam jedynkę z matematyki mama przytuliła mnie i powiedziała, że przecież to nic takiego, nie musze być we wszystkim dobra, uczeń bez jedynki to jak żołnierz bez karabinu i tego typu teksty:p Ja jednak musiałam mieć tą cholerną piątkę, potrafiłam nawet pod koniec roku biegać po nauczycielach i żebrać o szóstkę, bo mi do średniej brakowało. Na studiach tak samo - wszyscy uczyli się byleby zdać, a ja poświęcałam sporo czasu na naukę (z wiekiem oczywiście potrzebowałam go coraz mniej ale i tak się sporo siedziało), żeby mieć jak najlepszy wynik. Tłumaczyłam to sobie tak, że chcę poszerzać swoją wiedzę, a przecież w większości była to wiedza bezużyteczna.
Teraz przez moja niską samoocenę nie mogę odnaleźć siebie, nie wiem co chcę robić. Kiedy odpadła mi misja ratowania rodziny, zauważyłam, że dobre wyniki w nauce wcale nie były mi do niczego potrzebne. Z każdych studiów rezygnowałam mimo tego, że sobie świetnie radziłam. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, na czym się skupić. Właśnie, kluczem jest pokochanie siebie i dawanie sobie prawa do błędów, wyluzowanie. Wtedy życie jest o wiele przyjemniejsze:)