Jestem z siebie dumny.
Tuż przed powrotem rodziców z pracy, jak w końcu przestał sypać śnieg - poszedłem odśnieżać nasz długaśny podjazd do garażu. Chwilę później ci przyjechali i okazało się, że nie mogą otworzyć bramy wjazdowej z powodu śniegu, więc ojciec kazał mi zmieść śnieg w odpowiednim miejscu, za co też się zabrałem. Po chwili przyszła matka, pomogła mi z tym i powiedziała żebym wracał do domu, bo resztę zrobimy po obiedzie. No i ledwo weszliśmy to ojciec zaczął drzeć ryja na matkę, że ta znowu mnie wyręcza, że przecież rączki by mi nie odpadły, że mógłbym przez te 20 minut do obiadu jeszcze poodśnieżać, itd. po czym puścił focha i sam poszedł machać łopatą. Zignorowałem ich kłótnie i poszedłem do siebie.
Ojciec jak wrócił na obiad to zaczął tym razem bezpośrednio na mnie podnosić głos i robić awanturę, że wybieram sobie wygodniejszą opcję jak mi mamusia powiedziała, że przecież nie musiałem jej ulegać i dalej pracować, itd.
Analogiczne sytuacje miałem całe życie - rodzice nie mogą dojść ze sobą do porozumienia, a mi się obrywa za to, że nie potrafię pogodzić ze sobą ich sprzeczności. Dzisiaj jednak po raz pierwszy w życiu cała sytuacja potoczyła się inaczej - nie słuchałem biernie jak przestraszone dziecko, ponieważ nie czułem w ogóle strachu, tylko samą złość - i dlatego też podniosłem na niego głos, odbijając jego irracjonalne argumenty. Oczywiście nic to nie dało, ale dla mnie to był istny przełom - przeciwstawienie się swojemu katu i zrobienie czegoś na co miałem ochotę przez całe życie - po prostu na niego nakrzyczeć, tak jak on zakrzykiwał mnie przez całe dzieciństwo.
Nie jest zbyt miłe doświadczenie i nie mam ochoty tego powtarzać, ale muszę przyznać że jest to wyzwalające.