Miałam dziś i wczoraj bardzo nie miłe spotkanie w pracy z pewna panią, która była przysłowiowym trollem, jak tylko weszła do nas do zakładu.
Nie che mi sie opisywać szczegółów ale od początku wyczułam jak jest nastawiona, a potem się to rozkrecało w czasie. Generalnie klientka stawała na głowie, byle tylko wymusić na mnie to co chciała. Najpierw głośne marudzenie, podgadywanie, manipulacje, presji aż w końcu do otwartego ataku na mnie, po czym jak i to nie poskutkowało, bo byłam dość nieugięta poczyniła odpowiednie przygotowania w argumentach i manipulacjach i przyszła na drugi dzień, gdy był mój szef, który jest osobą, że w razie konfliktu zrobi wszystko byle tylko go załagodzić, mieć spokój i jeszcze ją przepraszał.
A Pani wymyślała głupoty, wyzywała, poniżała, przyszła na drugi dzień i mówiła, że zdążyła zebrać już grupę niezadowolonych osób i szczegółowo opowiadała na potwierdzenie swoich argumentów, co o nas te osoby opowiadają i jaką mamy opinie. Jawnie chciała zastraszać, że nam mocno zaszkodzi. Szok. Ja rozumiem, można ulegać by mieć spokój...tylko jak długo i do jakiego absurdu się posunąć?
Uleganie takim zachowaniom to dla mnie wspieranie ich.
Z drugiej strony lepiej nie przyciągać takich ludzi i mieć spokój, tylko czy to możliwe, pracując w usługach, gdzie klientami są ludzie " z ulicy"?
Może to jakies moje wzorce wojownika daja o sobie znać, ale uczę się nie ulegać czemuś takiemu. A w tej sytuacji, gdzie szef oddał pole to jakby zniweczył moje starania i dał tej kobiecie satysfakcje, co ją ugruntowuje w takim zachowaniu, że jednak warto.