Oglądałem wczoraj polski film "Pręgi", opowiadający o psychicznych skutkach bicia dziecka. Przed seansem myślałem, że film będzie pewnie cholernie ciężki emocjonalnie, że taka już konkretna patologia z biciem to będzie z pewnością większe piekło niż to co ja miałem w domu. I tu nastąpiło moje zdziwienie - w filmie ojciec jak się wkurzył to chwilę mordę podarł, zlał pasem i po sprawie. Kilka minut i po bólu. Mimo, że ja dostawałem tylko "klasyczne" lanie na tyłek z ręki (tylko raz mi się oberwało z pasa, kiedy skłamałem że wyprowadziłem psa na spacer, a tego nie zrobiłem, miałem wtedy 8 lat) to chyba bym wolał dostać mocniej, ale bez tego całego znęcania się psychicznego.
Mój ojciec lubił długo i konkretnie się wyżywać - drzeć mordę, wywlekać dodatkowe powody do opieprzu, robić wywody, poniżać i wyzywać od wszystkiego co najgorsze. Najlepsze były akcje w szkole podstawowej - jak przyszedł z zebrania i dowiedział się, że mam jakąś tam uwagę za brzydkie pismo czy coś równie strasznego, to potrafił przyleźć do domu, drzeć się kilka minut, a potem kazać przynieść wszystkie zeszyty i je przeglądał. Ja siedziałem wtedy przerażony i czekałem tylko aż znajdzie coś do czego się będzie mógł dopieprzyć i zjebać mnie jeszcze bardziej. Gdybym chociaż był słabym uczniem, ale nie - byłem jedną z lepszych osób w klasie i miałem wyróżnienia, przez pierwsze 4 lata podstawówki przynosiłem do domu czerwony pasek na świadectwie, potem dopiero stopniowo obniżały mi się oceny, bo dzięki niemu znienawidziłem naukę. Robił mi piekło za każdy najmniejszy błąd, obrywało mi się za trójki, za niesprawiedliwość nauczyciela, za to że zdarzyło mi się zapomnieć. Obrywało mi się za wszystko. Byłem cholernie grzecznym chłopcem, bardzo nieśmiałym, niewiele mówiącym, cichym, spokojnym, przestraszonym i robiącym wszystko co mu kazano. Byłem maksymalnie ugrzeczniony, a wszelkie moje "grzechy" były wynikiem słabości, nieporadzenia sobie z czymś, a nie perfidnego spieprzenia czegoś.
A i tak byłem traktowany gorzej niż śmieć, gorzej niż większość moich rówieśników, która pozwalała sobie na dużo więcej niż ja. Najgorsze było to, że ja nie wiedziałem, że jestem w patologicznej rodzinie, myślałem że to wszystko jest normalne. W domu przecież nikt nie pił, biedy nie klepaliśmy, bicie nie przekraczało społecznie akceptowanych norm. Ojciec przychodził na wszystkie zebrania, angażował się w dodatkową działalność, błyszczał swoją charyzmą. Podczas jednej ze szkolnych imprez w którą się mój ojciec zaangażował, w 2 klasie podstawówki jeden z kolegów powiedział mi, że mam strasznie fajnego ojca - ja z uczuciem gorzkiego żalu odpowiedziałem tylko, że wcale nie jest taki fajny... Wszyscy w moim otoczeniu go lubili albo przynajmniej uważali za porządnego człowieka. Kto by zresztą podejrzewał sympatycznego, uśmiechniętego gościa w garniturze, daleko mu przecież do jakiegoś pijaka czy innego menela.
Jaki był naprawdę, wiedzieliśmy tylko my, domownicy - ja, moja siostra i matka. Matka się nie mieszała do tego co robił, a jak już się wtrącała to tylko komplikowała wszystko, przez co dodatkowo się obrywało dzieciom. Byliśmy z siostrą sami, nie mogąc liczyć na żadną pomoc, bo niby skąd. Przed każdą wywiadówką żołądki podchodziły nam do gardeł, chciało się wymiotować ze stresu, a w brzuchu tkwiła ciężka kula. Gdy przychodził, obserwowało się jego minę, która zawsze wyrażała te całe jego zniesmaczenie, złość i głębokie rozczarowanie nami. Potem rzucał tekstem w stylu "zaraz sobie porozmawiamy" i wtedy wybuchały te wszystkie emocje, znikała nadzieja że tym razem się może upiecze, że się rozejdzie po kościach. Robiło się słabo, czasami wyskakiwały plamy przed oczami i pojawiał się stan bliski utraty przytomności (to już głównie w trakcie samej zjebki). Czasami opieprzał od razu, a czasami trzymał nas przez jakiś czas, bo musiał wpierw sobie zjeść kolacje czy odpocząć. Czasami się miało nadzieje, że może się uspokoił przez ten czas i przejdzie to w miarę łagodnie, ale kiedy już wołał do siebie i zaczynało się kazanie, to bardzo szybko wracała złość i każde kolejne zdanie było przesiąknięte coraz bardziej wściekłością. Krzyczał to za mało powiedziane, on dosłownie darł mordę, jakby chciał nam wysadzić głowy tym wrzaskiem. Nie potrafię sobie przypomnieć za bardzo treści tych krzyków, nie wiem czy nawet wtedy byłem w stanie się całkowicie skoncentrować na tym, co do mnie wrzeszczy.
Wiem, że były wywody o tym co spieprzyłem, wyrzuty co do tego jak mogłem to zrobić czy do tego dopuścić. Potem wrzeszczał jaki to ja nie jestem, nie szczędząc przekleństw. Oczywiście musiały być konsekwencje czyli szlaban na to i tamto. Szlaban na komputer miałem przez jakieś 80% czasu od 4 klasy podstawówki do początku liceum – w końcu to dlatego, że tyle siedziałem przed komputerem, dostałem tą trójkę. W gimnazjum jak miałem praktycznie cały czas szlaban na kompa i nie mógł tego użyć jako wymówki, to usłyszałem że czytam za dużo książek i dostałem szlaban na książki.
W gimnazjum byłem wrakiem człowieka. Nienawidziłem każdej najmniejszej cząstki siebie, gardziłem sobą i nie potrafiłem w sobie zauważyć nic dobrego. Na jakiś zajęciach jak mieliśmy wypisać swoje wady i zalety, wypisałem szereg wad i nie potrafiłem znaleźć żadnej zalety. Już się nawet nie uczyłem tak dobrze, żeby uznać to za zaletę. Wpisałem więc tylko punktualność.
Po przeprowadzce, w nowej szkole nie potrafiłem się odnaleźć. Bałem się ludzi tak bardzo, że stałem na uboczu i się nie odzywałem w ogóle. Bardzo szybko zyskało miano szkolnego dziwaka i stałem się obiektem dokuczania i drwin. Moja nienawiść do ludzi i świata rosła. Wpadłem w całkowitą depresję, czułem się jakby pochłonęła mnie ciemna otchłań z której nie ma wyjścia. Na początku liceum nie mogłem już wytrzymać z tym całym nagromadzonym bólem. Nienawidziłem mojego ojca, a on wciąż i wciąż się znęcał psychicznie nade mną. Opierdalał mnie nawet za to, że chodzę wiecznie niezadowolony i mam zmienić tą minę, bo go wkurwiam. Zacząłem mieć coraz intensywniejsze myśli samobójcze, chciałem ze sobą skończyć, ale za bardzo się bałem. Pewnego dnia przy jakiejś awanturze, już nawet nie pamiętam o co chodziło, coś we mnie pękło i poczułem że po prostu to zrobię. Podjąłem tą decyzję i natychmiastowo poczułem się martwy w środku. Powiedziałem o tym ojcu, co było w gruncie rzeczy wołaniem o pomoc i próbą zwrócenia uwagi na to, że cierpię. Znowu zostałem zjebany, tym razem skutecznie mi wlazł na poczucie winy, więc zrezygnowałem ze swoich zamiarów i temat już nie wrócił ani z jego, ani z mojej strony. Niczego to nie zmieniło, prócz jego przekonań o tym, jaki jestem słaby psychicznie.
Zawsze była podtrzymywana iluzja normalnej, zdrowej rodziny. Po zjebkach często trzeba było przepraszać za to się zrobiło, nieważne czy zjebka była słuszna czy nie. Przepraszałem nawet kiedy wiedziałem, że nie mam za co. W ten sposób wbijano nam do głowy, że to my błądzimy, a on ma racje. Do dzisiaj wierzy w to, że on zawsze miał rację. Nawet jak urwałem z nim kontakt, to wciąż nie rozumie o co chodzi, bo on przecież popełnił co najwyżej kilka błędów, a poza tym to i tak wszystko było dla naszego dobra. Twierdzi nawet, że gdyby mnie nie zjebał jak psa przy nauce jazdy an rowerze to do dzisiaj bym nie potrafił na nim jeździć. Pomijam już fakt, że zjebał mnie wtedy tak bardzo, że na rower wsiadłem dopiero dwa lata później. Śmiał się jeszcze, że młodsza siostra się szybciej nauczyła jeździć niż ja.
Dlaczego piszę to wszystko? Ponieważ dopiero dociera do mnie jak wielkiej patologii byłem ofiarą i jak ogromna krzywda mnie spotkała. Dopiero dociera do mnie, że tak nie jest w co drugim polskim domu, nie aż tak.
Jestem z siebie niesamowicie dumny. Pozbierałem się po czymś takim i jeszcze udało mi się stworzyć kochający związek, zdrową rodzinę. Odzyskuje miłość do siebie, odciąłem się od tej chorej patologii, zaczynam normalnie żyć, jak człowiek, a nie przerażony chłopczyk. Mam jeszcze co robić, ale osiągnąłem naprawdę dużo przez te ostatnich 5 lat. Nie mam słów, by opisać co czuję
