No tak, tak się skupiłem na celu i na wkurzeniu na nich że kompletnie przestałem myśleć o swoich intencjach w temacie.
Rzeczywiście czuje jakąś odpowiedzialność za siostrę i nawet przyszła mi do głowy jakaś bezsensowna myśl, że powinienem jej jakoś pomóc pozwalając zamieszkać u siebie czy coś, ale to od razu wybiłem sobie z głowy - szczególnie że ja od 4 lat tyle razy mówiłem o możliwościach pracy nad sobą, a ona się tyle razy zabierała i szybko olewała. Jakby nie zmarnowała tego czasu to by nie miała problemu, a tak to jest skazana na spędzenie jeszcze kilku lat samotnie w tej chorej rodzinie. Może to ją w końcu zmotywuje do zrobienia czegoś ze sobą, a nie ciągłego wiszenia na mnie.
Matkę teraz czuję jak jakąś czarownicę, która potrafi jedynie złorzeczyć i posyłać niefajne energie. No i jak duże, wkurzające dziecko, kompletnie niedojrzałe emocjonalnie. Ojca teraz ciągle nie ma, ale wygląda na to, że jak zwykle nawet nie wierzy we mnie w najmniejszym stopniu, więc w ogóle nie traktuje moich planów poważnie - jest przekonany pewnie, że ta rozmowa o pracę to mnie skonfrontuje z rzeczywistością, bo on wciąż tak bardzo chce mnie widzieć jako totalną ofiarę i nawet mój związek traktuje tak jakby on nie istniał, bo to się za bardzo kłóci z jego wizją mnie. No i bardziej się skupia na kasie i na tym, co może ugrać na mojej wyprowadzce, bo oczywiście zamiast mnie wesprzeć, to będzie szukał okazji na czym może zaoszczędzić. I to po tym jak właśnie dostał 50 tysięcy premii za to, że przez pół roku będzie jeździć do Warszawy - mi wypomina, że próbując załatwić sobie tą pracę będę jeździł tylko jeden dzień na uczelnie, a nie dwa, więc naciągnąłem go na kasę na bilety autobusowe... A ja teraz tyle czasu spędziłem robiąc im stronę internetową do ich durnego biznesu, a oni żadnego wsparcia nie potrafią okazać, w ogóle zero jakiejś wdzięczności, nawet głupiego dziękuje nie usłyszałem, bo wiadomo - mu się należą takie rzeczy, mi się nie należy nic.
Mam chorą satysfakcje, że teraz ja będę mógł mu mówić, jak bardzo mu się nie należą różne rzeczy z mojej strony - bo nie będę musiał mu w niczym pomagać, nie będę musiał przyjeżdżać na święta czy inne śluby jak nie będę miał ochoty, niczego nie będę musiał dla niego robić. Nie chce takich decyzji podejmować pod wpływem emocji i niczego na razie nie planuje, ale naprawdę im więcej czasu mija i im więcej oni marnują szanse, które im dawałem na poprawę stosunków - tym bardziej jestem przekonany, że nasza relacje w pewnym momencie się po prostu urwie, bo ja nie wiem co miałbym z tymi ludźmi robić i po co. Nawet dając im taryfę ulgową i traktując to jak specjalną relację, bo rodzicielską to wciąż nie widzę powodu dla którego miałbym ją na siłę podtrzymywać. Gdyby to byli obcy ludzie, nie wahałbym się nawet sekundy i od razu bym olał, ale tutaj nie będę działał gwałtownie, po prostu będę żył po swojemu i albo oni mi na to pozwolą albo się pożegnamy - po prostu. Znając więc siebie i ich - dojdzie prędzej czy później do focha z ich strony, że nie wpadłem na jakieś święta czy coś, a duma im nie pozwoli odezwać się pierwszymi, ja zaś nie będę miał motywacji - i tak to się pewnie urwie.
Gdzieś tam w środku czuje że właśnie w tym kierunku powinno to pójść, bo nie ma w nich gotowości na współpracę, szczególnie z matką, w ojca zmiany jestem jeszcze w stanie uwierzyć. Będzie co będzie, ale ja na pewno nie będę się na się na siłę ich trzymał, "bo to rodzice". Marzy mi się zbudowanie sobie nowej rodziny, składającej się z ukochanej osoby i cudownych przyjaciół.
poledwica
Ja już postawiłem jasno sytuacje przed rodzicami, wyłożyłem dokładnie swoje plany i wyraziłem gotowość do zrobienia tego tak czy siak - w efekcie ojciec nie wierzy, że to się stanie, a matka próbuje mnie zatrzymać, ale tak jej wywala, że swoimi akcjami powoduje wręcz przeciwne efekty.