Moi rodzice są beznadziejni, fałszywi i ziejący jadem oraz nienawiścią. Jak się wczoraj dowiedziałem od siostry, co oni gadają za moimi plecami to mi się włosy zjeżyły na głowie. Matka jest wkurzona, że mi się udało, bo "głupi to zawsze ma szczęście" i tak bardzo chciałaby żeby życie mi w końcu tak porządnie dosrało, żebym się nauczył jak ono wygląda. Ojciec z kolei na bazie przekręconych zeznań matki, jak zwykle pokazał że gówno o mnie wie i jak zwykle osądza mnie o wszystko co najgorsze.
W dodatku oboje mają jak zwykle mnóstwo oczekiwań np. ojciec oczekuje że będę fundował jakieś tam lody i pepsi, bo dostałem pracę (co z tego, że się wyprowadzam i każdy grosz się liczy), matka już wyciąga ode mnie potwierdzenie że ja będę przez resztę życia wprowadzał się na tydzień czy dwa do domu, jak oni będą wyjeżdżać na wakacje, żebym się zajął domem i psami (sic!). Przy czym jak ja się grzecznie pytam czy chociaż ojciec będzie mi do końca umowy (do czerwca) płacił te głupie 3 dychy za telefon, bo dla mnie to za dużo jak na taką potrzebę, to słyszę że to ja ciągle tylko uważam, że wszystko mi się należy. A w życiu nie miałem odwagi ani uczucia zasługiwania na to, aby cokolwiek od nich żądać. Całe życie nieśmiało się pytałem, czy mógłbym ewentualnie dostać na jakieś tam podstawowe potrzeby typu dentysta czy książki na uczelnie. A ja to mam im robić stronę internetową, dziury kopać i murzynić na każdym kroku i nawet głupiego dziękuje nie usłyszę.
Pieprzę to. Minęły 4 lata, a oni prawie w ogóle nie wykorzystali szans na poprawę naszych relacji. Jak byli toksyną, tak toksyną zostali, matce to się nawet z czasem pogarszało, bo im lepiej się czuję, tym gorzej ona mi ciśnie. Wczoraj przed rozmową o pracę usłyszałem, że popadłem w samouwielbienie i brakuje mi pokory, bo wcześniej tylko wspomniałem, że czuję się całkiem pewny siebie i że mam sporo do zaoferowania. Jedyna poprawa z ich strony to takie kwestie, że ja coś pouzdrawiałem i że oni już nie byli w stanie mi dosrać w danych kwestiach, bo się intencje już nie dogrywały - tylko dlatego, bo inaczej to chętnie by mnie dalej niszczyli.
Ktoś mi powie dlaczego nie miałbym urywać tej chorej i toksycznej relacji? Od nikogo nie dostałem tyle złego, co od nich. Nikt inny nie zniszczył mi tak bardzo psychiki. Dosrywają mi na każdym kroku, kopią gdy leżę i lamentują, gdy mi się powodzi. Nie będę się ich trzymał w imię uzdrawiania i wciskania sobie, że odcinanie się od nich to ucieczka od problemów. Kto w ogóle wymyślił to chore podejście? Chcę być szczęśliwy, a z tymi ludźmi mi nie po drodze, bo oni nie chcą mojego szczęścia, oni chcą żebym cierpiał i męczył się jak oni.
Jak się wyprowadzę, to będę miał ich w tyłku - nie zamierzam ich odwiedzać, usługiwać a może nawet rozmawiać. Chciałbym żeby zniknęli z mojego życia i tyle. Jakoś sobie poradzę, szczególnie że nie będę sam. Co prawda od rodziny partnerki też nie ma co liczyć na zbyt wiele, ale trudno - damy sobie radę sami, nie mamy wielkich potrzeb, możemy żyć nawet w ascetycznych warunkach, byleby żyć razem i po swojemu.