Boję się że umrę. Ostatnio rozchorowałem się, dzisiaj miałem sesję regresingu po której wydawało mi się że zrobi mi się lepiej, zrobiło mi się gorzej, kaszlę, dycham, źle mi, ciężko na gardle, płucach i serduchu. W poniedziałek mam iść do pracy 7 godzin na mrozie roznosić ulotki i przechodząc 15 km na mrozie, tak żeby dokończyć zaczętą dorywczą fuchę. Nie mam prawie wcale pieniędzy więc zależy mi na zdobyciu jakichkolwiek, choć jeśli będę się źle czuł to zadzwonię w poniedziałek rano powiedzieć że nie jestem w stanie, choćby miało przepaść to co zrobiłem w piątek (połowa zlecenia). W ogóle przypominają mi się krzyki rodziców że "Zginiesz!". Oboje rodzice co chwile mi to mówili jako dziecko a ja czuję jak mi się to wryło w łeb i właśnie wychodzi. Może to mieć związek z tym że jak mama była ze mną w ciąży to musiała leżeć w szpitalu bo było rzekome ryzyko poronienia. Do tego przypominam sobie jak koledzy z klasy mi to powtarzali że zginę jak byłem w podstawówce. Mam wizję że marnie kończę w jakimś szpitalu na zapalenie płuc i umieram samotnie ;/ Ciężkie mam ostatnio czasy, nie chce mi sie nawet gadać z ludźmi bo czuję się żałośnie ze swoją sytuacją życiową no więc tylko piszę dalej afki (co zajmuje mi większość dnia bo robię się od nich strasznie zmęczony i odpoczywam) no i leżę i kulę się i modlę o uzdrowienie i prowadzenie mnie na jakąś prostą, dobrą ścieżkę i trzymanie mnie na niej żebym nie zbaczał.