Post w trakcie pisania zamienił się w wyznania mojej pś, więc wrzucam go tutaj, a nie tam gdzie pierwotnie chciałem go napisać. A kobiety niech nie odbierają tego osobiście, bo to tylko moja pś.
Porządnie się wyryczałem dając upust emocjom, a potem zapchałem pustkę chlebem z serem.
Teraz na spokojnie jestem w stanie wziąć pod uwagę to co mi się próbuje przebić, a co powoduje u mnie duży opór. Nie widzę tego jeszcze zbyt wyraźnie, ale myślę że chodzi o odpuszczenie, z tym że to bardziej złożone, bo muszę odpowiednio z tym podejść do każdej zaangażowanej w to części mojej osobowości. Wewnętrznego rodzica trzeba zaszlachtować jak świ... tfu... trzeba zaakceptować i coś tam jeszcze, żeby nie terroryzował. Wewnętrzne dziecko potrzebuje dużo czułości, ciepła i pokazania mu, że nie musi walczyć, że może być kochane za to, że jest, itd.
Nie. W sumie to tego nie czuje, to jakiś stek bzdur. Tak naprawdę to mam po prostu ochotę znowu się zniechęcić do związków i kobiet, a cóż mnie bardziej nie zniechęci niż kreowanie sobie pustki albo syfu niezależnie od tego, co tam sobie przepracowałem.
Nie, to też jakaś ściema. Tak naprawdę to się boję tego, jak mogę zostać zraniony, a jak człowiek niepewny i bardzo mu zależy na związku, to każda pierdoła boli. Podświadomie wierzę że kobiety to emocjonalnie i psychicznie poryte twory, jak moja mamuśka. Nie mogę trafić na sensowną kobietę, bo takich prawie w ogóle nie ma. Ha, w przypadku rozwojówek to mam z 10% szansy, że będzie można z nią wytrzymać i że nie zamęczy mnie pseudorozwojowym gadaniem jakichś farmazonów, mających przykryć jej popieprzenie. O nierozwojowych to się nawet nie wypowiadam, bo to jeden wielki syf w każdej możliwej postaci.
I o to zostaje sam - także popieprzony, ale z klasą! Ja przecież tyle wiem, jestem taki świadomy, oh, ah. Ja przynajmniej tuszuje swoje problemy, tak żeby ich nie było widać, a te to zaraz jakiś foch czy inny emocjonalny szajs i od razu wszystko jasne. I jeszcze w tej całej emocjonalności będą mnie prowokować, żeby wyszedł ze mnie agresywny skurwiel, jakim gdzieś w tam środku jestem, dokładnie tak samo jak tatuś. A ja tego nie cierpię, czuje się źle, czuje się winny, kiedy to ze mnie wychodzi. Więc niech ktoś inny opieprza te głupie kobiety, a ja sobie będę siedział sam i będę miał święty spokój. Może i będę cierpiał, ale mniej kiedy będzie to pozbawione wzajemnego ranienia się z drugą osobą.