Grudzień dla mnie jest takim miesiacem, wktórym bardziej niż kiedykolwiek czuje samotność. Cała energia świateczna i sylwester to czas w którym występują mieszane uczucia i bardzo brakuje tej drugiej połowy:(.
To co opisuje Jolanta brzmi oczywiście jak bajka:) dlatego może tak mało realnie, ale uważam jest jak najbardziej jest taki "cud" możliwy. Ja ze swojej strony oczywiście życzę
harmonijnego pod każdym wzgledem zwiazku:)))
To naturalne, że każdemu życie układa się inaczej i nie ma to nic wspólnego ze szczesciem, cudem czy jak tego nie nazwiemy inaczej. Myśle sobie, że to troche też jest uzaleznione od wzorcow i problemów jakie mamy do przepracowania. Oczywiście, że każdy inkarnując sie tu na ziemi boryka sie z problemami i wszyscy mamy cos do przepracowania, ale mysle, że w różnym stopniu.
Ja pamiętam czas kiedy to po rosztaniu z byłym moje życie straciło sens - upadłam na samo dno ze wszystkim co jest możliwe kobiecością, poczuciem wartości, bezpieczenstwa ect, Teraz po upływie czasu kiedy wracam i analizuje zwiazek mówie, że był to najbardziej chory zwiazek jaki mogłam stworzyc, na tamten czas myslałam, że złapałam Pana Boga za nogii musze robic wszystko, zeby go przy sobie utrzymac. Na tamten czas miałam lęki przed bliskością a zarazem przed odrzuceniem. Bałam się okazywać emocji, nie było miłości, nie było wyrażania siebie poprzez okazywanie uczuc gestani, przytulaniem, nie było wsparcia. W zwiazku, że miałam ojca, który mnie ponizał, krytykował itd, panicznie bałam sie, że mnie odrzuci i tylko na to byłam zafiksowana - robiłam wszytsko by tylko ze mna byl ( m.in. wzorce prostytutki i służącej) upodlałam sie niesamowicie. Po rosztaniu czułam jedynie wstyd i poczucie winy, że za mało robiłam, że byłam niewystarczjaco dobra,itd. Dopiero z biegiem czsu uswiadomiłam sobie, że ten zwiazek nie dawał mi zadnej satysfakcji, że w nim w ogóle nie było mnie . Po rozstaniu wpędziłam sie w pracoholizm, żeby znów nie zając sie soba. Bóg moje zycie tak ukierował, że straciłam prace i w koncu moglam zając sie sobą. I od tej chwili zaczeło sie moje uzdrawianie:))))
Teraz wiele zrozumiałam ( a ile jeszce zrozumiem) Był to czas kiedy nawet nie marzyłam, żeby mieć mezczyzne - czułąm sie gorsza w spoleczenstwie, ze sama z dzieckiem - przekonywałam siebie, że juz nie zasluguje na nikogo, ze nikt nie bedzie mnie chcial. To juz przerobilam., małymi krokami pne sie w góre. Miałąm za duże oczekiwania wzgledem samej siebie, zbyt wysoko wieszalam poprzeczke - ciagle bylam z siebie niezadowolona, ciadgle siebie krytykowałam, ciagle czulam sie gorsza, i przez to chcialam widziec siebie lepsza w oczach mezczyzn, ale to jest mój bałagan w glowie i sama musze sobie pomoc. Teraz jeszce praca nad bezpieczenstwem, samoocena i to że zaslugukję na mezczyzne, który mnie kocha, szanuje i akceptuje taka jaka jestem i bedzie ok:))))
Mysle też sobie, że nasza praca nie konczy sie w momencie kiedy zwiazek sie utworzy. wydaje mi sie, że ludzie którzy sie rozwijaja moga byc dla siebie ogromna inspiracja, wsparciem, jest już inna swiadomosc, nie ma takich oporów, blokad co do rozmowy na takie tematy. Zreszta budowanie zdrowego zwiazku wymaga od obojga parterow by pielęgnowali w sobie to, co wartosciowe a oczyszczali wszelkie negatywne emocje, ktore wplywaja na ich wzajemne relacje.