Zastanawiam się nad istotą ciągłych wywalanek, nadawania im większej mocy niż ją w rzeczywistości mają. W pewnej chwili powiedziałam sobie dosyć. Wywalanki są i mogę je z miłością akceptować, nie tłumić, ale tez nie będę się celowo na nich skupiać. Nie chcę nałogowo szukać w sobie problemów. Zaczęłam tylko afirmować pozytywy oraz się modlić. To koniec wychodzenia ze studni, do której ciągle wpadałam. Czuję, że przyszedł czas ugruntowywania pozytywów, a nie odgarniania błota. Tego już nie ma we mnie. Moje serce potrzebuje, aby okazać mu dużo zrozumienia. Odwaliłam kawał dobrej roboty, czas na wzrastanie w miłości do siebie, a nie w wywalankach.