Szlag mnie trafia. Tak jak do tej pory czułem raczej z powodu braku związku żal, smutek czy rozpacz - teraz jestem wściekły, wpadam wręcz momentami w furię. Potrzebuje jednej, jedynej, pieprzonej rzeczy - spotkania odpowiedniej osoby. Dalej już sobie sam poradzę, mogę się zająć nawiązaniem znajomości, tworzeniem tej relacji i radzeniem sobie z wszelkimi problemami - nawet nie potrzebuje w tym żadnego Bożego wsparcia ani łaski. Potrzebuje tylko tego spotkania, niczego więcej. A co ja mogę, jak nie spotykam tej osoby?
No kuźwa nic nie mogę, po za staniem w cholernym miejscu. A nie, przepraszam - z ARD wynika, że w ciągu tych 3 lat karma związkowa poprawiła mi się o 25% bez dotknięcia związku nawet koniuszkiem palca. No po prostu wspaniale. Jestem z siebie dumny i nie mogę się doczekać dalszego, wirtualnego uzdrawiania tematyki związków.
Jestem kompletnie bezsilny. Nie czuje, aby w jakimkolwiek stopniu zależało ode mnie to czy kogoś spotkam czy nie. Nie wiem już od czego to zależy. To jest jakaś pochrzaniona tajemnica wszechświata. Tyle węzłów już wypaliłem i też nadal nic.
To jest okrutne, to że wciąż nikogo nie spotykam jest tak cholernie okrutne i nieludzkie, że nie mam na to słów. Co ja jeszcze mam zrobić, żeby pokazać że chce tego związku? Jakie ja muszę warunki spełnić, aby go dostać? Mało zrobiłem, aby Bóg pomógł mi przekroczyć te cholerne obciążenia i na zasadzie łaski dać mi chociaż jakiekolwiek możliwości działania, nawet jeśli pś ma opory? A może po prostu nie ma tutaj i teraz dla mnie takich możliwości? Może w okolicy nie ma nikogo dla mnie i będę musiał się wynieść na drugi koniec kraju?
Już nawet nie chce mi się złościć, wyrzucać z siebie tych emocji, bo po co? Coś się znowu uzdrowi, poprawi mi się ogólne samopoczucie, ERD pójdzie w górę, a związku jak nie było, tak nie będzie.