Kiedyś ktoś mi pokazał "technikę" uzdrawiania światłem: chodzi o to by podnieść( zwizualizować można) energię danego wzorca, czy czegokolwiek, od tego momentu na jakim poziomie ona jest teraz, czyli zwykle niski, do poziomu czystego światła.
Np czuję jakieś wzorce, zaślepienie, ból, czuję/widzę tą kupkę energii, no i wyobrażam sobie, że ona od takiej jaka jest stopniowo sie zmienia przez wszystkie wyższe energie, aż do czystego światła. Przez taki gradient energii przechodzi, od takiego poziomu na jakim jest w tej chwili. To fajnie mi działa, bo pś nie kojarzy, że jej się coś zabiera, tylko że ja sobie to transformuję, powoli i stopniowo.
Mi to uświadomiło kiedyś, że właśnie zawsze od momentu w jakim się jest, Bóg ma łatwą drogę w górę i już tylko w górę:)
Teraz już akceptuję bardziej czyste światło, więc udaje mi się wpuścić od razu, ale to był dobry sposób, gdy miałam jeszcze opory większe. Miałam lęki przed czystym światłem, że ona jest destrukcyjne, bo rozpuszcza mi to co tak pilnie nabudowałam. Na tym ten lęk się opierał i posądzałam Boga o destrukcje:P
Tak kiedyś zaskoczyłam, moja pś jeszcze czasem nie wierzy w to, ale jak sobie tą praktykę przypomnę to mi się przypomina ta prosta zależność, że już tylko w górę ma być, a nie w dół:)