Z bazowaniem na innych ludziach trzeba dojść do pewnego punktu krytycznego i pewnie każdy ma go w innym miejscu. Na przykładzie szukania sobie partnerek: najpierw chciałem taką która zainteresuje się rozwojem duchowym. Zainteresowała się, ale po to żebyśmy się spotykali. Potem chciałem partnerkę która sama z własnej woli będzie coś praktykować. I praktykowała, nieprzytomne interpretacje Osho i Eckharta Tolle, trudno z nią było o kontakt. Nie zniechęcałem się i zacząłem kreować partnerkę która praktykuje, ma czyste intencje do rozwoju i jest do tego wysoko urzeczywistniona - myślałem że to już załatwi sprawę. Okazało się nie, i wtedy wreszcie zwróciłem się ku sobie, ku temu co odpychałem od siebie i co chciałem zalepić taką partnerką - czyli swojej nieporadności w pojedynkę.
Tak samo z grupami - bardzo chciałem mieć najpierw rozwojowych znajomych. Potem chciałem mieszkać wśród rozwojowych znajomych co wykreowałem. Pół roku mieszkałem w Toruniu z ekipią której wiele zawdzięczam, ale po jakimś czasie zrozumiałem że nawet świadoma, pracująca nad sobą ekipa będzie zawsze miała ograniczenia. Dlatego jestem zdania że warto zostawić czasem nawet fajną grupę, po to żeby złapać więcej oddechu i dać sobie miejsce na w pełni własny rozwój - póki się ma tendencje do łapania "astralu grupy", a ja takie wciąż mam. Za to wyobrażam sobie że spotkam się z różnymi osobami z którymi się rozluźnia, za miesiąc lub za rok i zobaczę jak ci ludzie poszli do przodu, co w sobie zmienili i wymienię doświadczenia. Spotkania na świeżo są najlepsze i najbardziej budujące.
Teraz zostałem sam ze sobą i na przemian doświadczam pewności tego co robię, z lękami przed własną samodzielnością i tym że zostałem sam ze sobą i że czuję coraz większą odpowiedzialność za siebie i jestem w procesie akceptowania tego i uczenia się co mogę dzięki temu osiągnąć. Wiem że nie można się cofnąć bo wiem że nie ma szans na to że powrót do starych schematów da mi jakąkolwiek satysfakcję. Można iść tylko do przodu. Niedługo przeprowadzam się w miejsce gdzie nie znam żadnych rozwojowców, będę mieszkał ze zwyczajnymi ludźmi i nie mogę się doczekać aż poznam moje współlokatorki

Nie zawsze pamiętam o miłości do siebie, ale zawsze kiedy pamiętam, to w kontakcie z kimkolwiek wynoszę coś dobrego dla siebie. Świadomość tego powoduje, że chcę jeszcze więcej samodzielności i niezależności w życiu i w rozwoju duchowym.
2 miesiące temu miałem okazję pogadać z dziewczyną która chciała bardzo jechać na ceremonię ayahuaski i odkładała właśnie na to pieniądze. Zobaczyłem jej zdjęcie i mnie odrzuciło. No tak - nieprzytomna czarownica jedzie wcinać napary ziołowe. I to utwierdziło mnie w przekonaniu żeby się tego trzymać. Teraz Ola weszła na forum i pisze że jej aya pomogła, i skonfrontowałem to z tym jak czuję Olę i efekt jest taki że kolejną rzecz przestaję brać za pewnik, przestaję wrzucać ayahuaskę do łatwego wora z napisem "Błeee". Kto wie, może kiedyś spróbuję ayahuaske? Choć w tej chwili nie odważyłbym się. Jeśli przyjdzie mi poczucie że to mi się przyda to na pewno nie będę się tak wahał. Póki co się nie zanosi. Robię za to różne inne rzeczy które logika by podpowiadała że są niewłaściwe. Czasem niektóre rzeczy są właściwe, ale tylko raz. No dobra, wygadam się:)) Byłem odwiedzić panienkę do towarzystwa. Zdziwiłem się tym że dostałem od niej dużo wsparcia, podczas seksu płynęła fajna energia między sercami, ja jak zwykle miałem potrzebę dużo dawać, ona odwzajemniła serduchem i potem trochę pogadaliśmy o związkach i seksie i gdyby nie to że potem głowa mnie bolała od tego że podłapałem energię dymu tytoniowego z jej aury, to byłoby to 100% korzystne dla mnie spotkanie - zwłaszcza że nie bzykałem się ostatnie 2 lata i byłem całkiem poblokowany na seks, a teraz patrzę na sprawę inaczej. Potem czułem żeby już tego nie robić, ale poszedłem z ciekawości jeszcze do innej - i przeczucie mnie nie myliło, dziewucha mimo że wizualnie piękna, miała zamknięte serce i okazało się że w ogóle mnie nie podnieca. To też mnie czegoś nauczyło, tego że kręcą mnie dziewczyny o otwartych sercach. I że mogą płynąć takie energie w seksie. I że można luźniej podejść do seksu - wszystkie moje byłe dziewczyny strasznie się spinały że jak jest seks to trzeba bardzo ciasny oplatający związek tworzyć. Tu zobaczyłem że to nie jest konieczne. Tak więc wydawałoby się że chodzenie po dziewczynkach do towarzystwa jest złe, a ja wyciągnąłem z tego naukę i było całkiem miło. Po tym doświadczeniu jestem pełniejszy i nawet nie mam ochoty go powtarzać, bo teraz otworzyło mi się pole do pracy nad kilkoma tematami z całkiem innej perspektywy.
W rozwoju najgorsza jest stagnacja i skostniałość. Trzeba być elastycznym i nie popadać w schematy, i każdą sytuację która zwraca naszą uwagę oceniać pod względem korzystności z osobna.
Jestem zdania że zawsze się trafia na nauki i ludzi godnych siebie, i cała praca polega na własnym odniesieniu się do tego i wyjściu ponad to. Czasem nawet jak się wyjdzie poza coś, to doświadczenie tych samych osób które wcześniej ograniczały wraca z innego poziomu i warto to przerobić - np. zaakceptować to że inni tkwią w ograniczeniach w których samemu już nie tkwię. W przeciwnym wypadku nieakceptacja, i wynikająca z tego chęć udowodnienia, przekonania kogoś zawsze ściąga do mierzenia się z tym, co pozornie już przekroczyłem.
Trochę rozwleczony post bo edytowałem go kilka razy w jego środku, no ale mam nadzieję że treść trzyma się kupy.