Moje zdanie jest takie: wszystko jest po coś. Wszechświat, życie daje nam to na co jesteśmy gotowi. A cierpienie jest rodzajem doświadczeń, ciężkich i na pozór bezsensownych, ale nie, bo też czemuś służy. Po sobie wiem, że z uporem maniaka wybierałem cierpienie i śmierć, bo nie mogłem zaakceptować życia tu na ziemi. Cierpienie było wyrazem buntu przeciwko wszystkiemu tu w materii, jak również przeciw Bogu. Potem pojawiało się cierpienie, które było konsekwencją powyższego.
Teraz po latach doświadczeń zrozumiałem (po to było mi potrzebne cierpienie), że w materii też dostajemy to, na co jesteśmy gotowi. Jeśli już zdecydujemy się przyjąć życie na ziemi a jest to pierwszy ważniejszy wręcz milowy krok to wszystko zacznie się zmieniać. Zaczniemy otwierać się i dostawać od życia inne rzeczy.