Dzisiaj po modlitwach poddania tematu Bogu dotarło do mnie, że kluczem jest akceptacja...siebie. I nie chodzi o wbijanie sobie na siłe, że akceptuje, tylko zrozumienie, uświadomienie "jak to działa". Dla mnie ogólnie rozwój sprowadza się do uświadomienia "jak to działa"

To jest klucz, oczywiście wszystko inne jest po drodze, by własnie to pojąć. Że tylko to tak naprawdę ma sens, zaakceptować siebie, inaczej pogodzić się z sobą. Wtedy pojawia się zgoda, że zasługuje na miłość TU i TERAZ, taka jaka jestem.
A co z tym idzie zasluguje na wsparcie, szacunek. Wtedy człowiek uwalnia się świadomością ( i podświadomością) od uzależnienia od partnera bo doskonale jest zgodny z tym, że zasluguje. Wtedy też nie ma zabardzo miejsca na wchodzenie w toksyczne związki, bo jest się już poza tym. A nawet jeśli okazaloby się, że jesteśmy z nieodpowiednim partnerem, to automatycznie jest w nas pełna zgodna i oczywistość, że nic nie tracimy, gdy on odchodzi, a jesteśmy gotowi na odpowiedniego dla nas.
Co za komfort:D Poczucie bezpieczeństwa, swobody w wyrazaniu milosci i akceptacji. Taki paradoks

Odszedł mi konflikt wewnetrzny pt. " nie moge kochać siebie, bo wtedy nie dostane miłości od partnera, przestanie mi zależeć na nim i na tej miłości i związek przestanie mieć dla mnie sens, rozsypie się". Co za iluzje, żyjemy w tych iluzjach, lękach, oporach, a Rzeczywistość jest taka fajna, prosta, bezpieczna i doskonała

Jeśli chodzi o akceptacje, to ważnym elementem jest zaakceptowanie siebie w kontekście swojej drogi w materii. U mnie np jest akceptacja duzą harmonii wibracji, ale już
harmonia( wolę slowo zgodność , bo moja pś lepiej je rozumie,a harmonie to kojarze z harmonią kolorów czy kształtów;P) w materii, to jakaś abstrakcja dla mojej pś.
I duży ból, że są te połówki, ale ciągle jakby za szybą zbudowaną z tych materialnych aspektów. Poczułam, ze ważnym elementem jest wlasnie zaakceptowanie siebie
właśnie w kontekście materii, tzn swojego upadku...świadomości oczywiście( mi wywalało poczucie winy i niegodności wobec połówki, że zeszłam, a on został, co ciekawe z inną połówką było odwrotnie

) Pogodzić się z sobą czyli zaakceptować swoją obecną drogę rozwoju, swoje obecne cele i zainteresowania, potrzeby. To że ma się takie a nie inne uwarunkowania. Miałam jakieś takie dziwne oddzielenie siebie tej prawdziwej od tego czym jestem w materii. Coś jak przekonanie, ze ta materia do tylko iluzja, ona
nie jest ważna, jestem tu na chwile i słyszałam o tym, że to obciażenia upadkowe, ale mimo to wewnętrznie czułam, że to prawda. Bo to jest prawda!

Gdy wchodzę w medytacje, to pokazuje mi się, ze to wszystko są iluzje, że tak naprawdę to w mojej relacji te wszystkie nasze zainteresowania, chciejstwa, cele nie są ważne, że nie jesteśmy tym. To tylko taka gra, formy, zachcianki. One są malo ważne.
I tak i nie.
Tylko że... weszliśmy w pewną strukturalność jaką jest materia między innymi. Dziwne mieć poczucie wręcz na codzień, że jest się w czymś takim, czuć jednocześnie ten gradient, taka natuaralna strukture różnych rzeczywistości. To może momentami stwarzać poczucie konfliktu wewnętrznego, rozdarcia, dopóki nie ma sie przerobionej podświadomości.
Trzeba zaakceptować siebie na każdym poziomie tej struktury w jakiej jesteśmy. Czyli także materii, astralnej i nie walczyć a zrozumieć jej prawa i zgodnie z tym działać.
Aż do momentu wyjścia poza. Mi się to wydawało tak błache, że nie chciało mi się przywiązywać do tego wagi, a jednak póki się w czymś jest to warto współpracować z tą przestrzenią, a nie sie jej opierać. A nieakceptacja swojego przejawu w tym skutkuje niezgodą na bycie kochanym i spełnionym w związku właśnie w tym momencie życia
w który jesteśmy i pś czekanie na to po oświeceniu( czyli wyjściu ze sfery materialno, astralno mentalnej). Wg mnie każdą z tych sfer trzeba zaakceptować, pojąć i wyjść poza:)
Jeszcze w temacie celów mi przyszło, że nasze zainteresowania mają często głębszy sens, dusza chce cos przejawić w tym świecie, jest coś takiego chyba jak "misja duszy". Ale nie chodzi i misję w sensie poświęcenia się dla kogoś, a raczej przejawienie jakieś wysokiej jakości dla dobra innych istot, np Gaji, w zgodzie z sobą, z Boskiej inspiracji. Takie Boskie działanie. To może się przekładać w materii na konkretne zawody, ale cel jest bardziej abstrakcyjny np szerzyć energię radości. To jest jak Boska esencja którą ma się w sobie, takie ziarenko- wibracja którą wręcz jesteśmy jako istota.
I dusze to rozumieją.
Teraz widzę to też tak, że związek jest jednym z elementów które dusze chcą doświadczyć, przetransformować w świadomość, ale są też wyższe cele

Jak rozwój.
To zabawne bo z jedną moją połowka nie mam karmy,a nasze dusze w milości dogadały się, że sobie pomogą. Wzajemnie będą się wspierać w rozwoju. I tak to spotkanie
jest poukładane. "Choć pokażę Ci co mam, a Ty mi pokaż swoje i się od siebie nauczymy". Czasem to pokazywanie nie jest miłe, nie dlatego że robimy sobie krzywdę, tylko jest bolesne dla osoby która blokuje coś w sobie, a ta druga to przejawia. Mam takie poczucie jakbyśmy wzajemnie troszczyli sie o siebie jako dusze. " Jak Ci idzie?"," Na jakim jesteś etapie?", " A może coś Ci pomóc?" " Wywala Ci? A to dobrze, uzdrowi się

".
Wzajemna nieskończona miłość, wsparcie są ważniejsze niż zwiazek partnerski.
Clint
Dziękuję za posta, " z nieba mi spadłeś" bo pare dni temu chcialam Cię wypytać trochę w tym temacie, chodziłeś mi po głowie, jako osoba do której powinnam się zwrócić.
W końcu tego nie zrobiłam, a sam sie pojawiłeś
