Ale kto nie miał karmy ofiary ten nie jest w stanie tego zrozumieć.
Moim zdaniem jest wprost przeciwnie: Ofiarę w innych atakują/obwiniają/oceniają negatywnie, itd. właśnie te osoby, które mają ofiarę w sobie (czyli same są obecnymi lub przeszłymi ofiarami, niekoniecznie przemocy bezpośredniej), ale nie akceptują tego u siebie (w całości, bądź w części).
A skoro tego nie akceptują, to z tym walczą. U siebie i u innych. Bo gdy ktoś zwalcza coś u siebie, to naturalnie będzie to zwalczać w innych, nawet dużo mocniej. Gdy się coś wypiera w sobie, to u innych będzie nas to drażnić, denerwować, itd. Tacy ludzie sami siebie nie rozumieją, więc jak mają zrozumieć innych? Żeby można było zrozumieć innych, najpierw trzeba zrozumieć samego siebie.
Zauważyłam, że w naszym społeczeństwie jest bardzo silna tendencja zwalczania słabości (czyli de facto ofiar).
Nie chcemy być słabi, nie chcemy okazać słabości, bo słabość oznacza bezbronność, bezsilność, podatność na zranienia. A nikt nie chce być zraniony. Dlatego słabość się ukrywa. Wypiera. Zwalcza. Ofiary denerwują, bo są słabe i przypominają o naszej słabości. Więc przypisuje się im złe intencje, oporność (bo nie chcą się zmienić, a przecież "każdy jest kowalem swojego losu"), prowokacje (więc spotyka ich zasłużony los), itd. Wszystko po to, żeby nie przyznać się do tej słabej, bezbronnej cząstki w człowieku, która domaga się zrozumienia, wsparcia, miłości.
Smutne to bardzo.