ontoja

Na pewno będę opisywał co się dzieje chociaż z grubsza, ale czeka mnie sporo pracy z ugruntowywaniem pewnych rzeczy, więc realne zmiany w życiu będą pewnie stopniowo zachodzić (ale niczego nie zakładam, dam się zaskoczyć

)
Michał
Dziękuje Ci, jestem zaskoczony że aż tyle ciepła i wsparcia popłynęło do mnie

Coś większego wychodzi ze mnie już od sierpniowych warsztatów w temacie relacji z ludźmi, samoocena mi się wali i dużo się dzieje

Już na tamtych warsztatach czułem się słabo wśród ludzi, potem była parapetówka u duchowych znajomych i czułem się jeszcze gorzej. A to co się teraz działo to była istna kulminacja. No ale najgorsze już chyba za mną, teraz się otrzepuje ze zgliszczy i idę po nowe i powiem Ci że bardzo mi się podoba to co majaczy na horyzoncie

Tyle tego wszystkiego, że nawet nie wiem od czego zacząć, więc opiszę tylko co ciekawsze sprawy które pamiętam.
Uświadomiłem sobie silną tendencje do tworzenia sobie historii o ludziach. Jacy są, co mają w głowie, co o mnie myślą, jaki mają do mnie stosunek, itp. Większa część z tego to były bzdury. W kilku przypadkach mogłem zauważyć, że niemające czasami kompletnie nic wspólnego z rzeczywistością. To były historie, które opowiadał mi "człowiek za kurtyną" - wspomniany wcześniej wewnętrzny kat, którego obecności nie byłem świadomy.
Po za klasycznymi wkrenami, że ktoś pewnie mnie odbiera przez pryzmat moich wzorców i widzi we mnie głównie moje obciążenia - pojawiło się też coś nowego dla mnie. Jako, że moja partnerka ostatnio przeżywa duchowy renesans

i rozkwita jak jeszcze nigdy (a przy okazji ma w sobie dużo ciepła, magnetyzmu, piękna i tego czegoś co przyciąga ludzi, no i w ogóle jest niesamowita) a ja akurat trochę zwiędłem to wyglądało to tak, że wokół niej kręciło się mnóstwo ludzi, strasznie nią interesowało, zachwycało, itd. a ja sobie trochę na uboczu, w cieniu trawiłem swoje wywałki. No i wewnętrzny kat oczywiście zaczął swoje opowieści do tego stopnia, że praktycznie każdego faceta widziałem jako nie tyle zagrożenie, co kogoś kto się ślini na widok mojej ukochanej tuż obok mnie, jakbym nie istniał albo gorzej - patrząc na mnie z pogardą na zasadzie "co w ogóle ktoś taki jak ty robi przy tak wspaniałej kobiecie". Te historie osiągały już momentami naprawdę kuriozalny przebieg, a z czasem okazywało się że przynajmniej część z nich była totalną fikcją.
Ja się zresztą nie dziwię że ludzie się gapią i zachwycają, ja bym też tak robił na ich miejscu

No wiem, że nie ma w tym nic złego, a wręcz przeciwnie - to miłe że ludzie sobie okazują takie rzeczy. Pomijając już pewne mniej istotne szczegóły, przyznam wprost że bolała mnie moja fałszywa samoocena. Budowałem związek i swoją samoocenę na poczuciu że jestem potrzebny. To działało dopóki partnerka była zagubiona i potrzebowała wsparcia. Co prawda od początku oboje sobie równie mocno pomagaliśmy tak naprawdę, ponieważ sam byłem nieźle potrzepany, ale co tam. Wtedy jeszcze było mi łatwo wierzyć, że jestem bardziej świadomy i duchowo rozwinięty

No, ale teraz jak mnie ukochana zaczęła przewyższać pod pewnymi względami i leci jak rakieta w górę to mi się wszystko zawaliło i wpadłem w panikę. Ona jest już tak ogarnięta że mnie nie potrzebuje, bo sama sobie może świetnie radzić.
I wiecie co. Ja się bardzo cieszę. Cieszę się że to wszystko szlag trafił, a ja sobie mogę budować zdrowszą samoocenę opartą na lepszych fundamentach. Cieszę się, że ona może być dla mnie tak wspaniałą inspiracją i że mogę się od niej uczyć. I jakoś się okazało że nie zamierza mnie opuszczać, a wręcz przeciwnie - okazuje mi jeszcze więcej miłości niż kiedykolwiek. A ja się staje się dla niej cudowniejszy partnerem niż kiedykolwiek wcześniej.
Muszę się jeszcze zmierzyć z lękami, że nie będę za nią nadążał i się nasze drogi rozjadą w momencie, kiedy ja jeszcze tak bardzo będę chciał z nią być. Przeraża mnie to strasznie, ale tutaj się chyba realizuje moja pierwotna karmiczna trauma kiedy to ja zaniżałem swoje wibracje i odsuwałem się od Boga po raz pierwszy, a moja pierwotna połówka stwierdziła że tego nie chce i została przy Bogu. Ja upadłem, a ona się pewnie już dawno oświeciła. No i ku mojemu przerażeniu odtwarza się podobny scenariusz bo znowu moja partnerka lgnie do Boga z dużo większą siłą niż ja. Niby tym razem dążę w tym samym kierunku, ale boję się że to co jest we mnie będzie mnie za bardzo sabotować i się wszystko sypnie nim się uzdrowi wszystko jak trzeba. Może jak się zmierzę z tą traumą do końca to w końcu to puści...