Chciałabym się podzielić z Wami moimi przemyśleniami i radością, którą czuję w związku z tematem, może czytają to forum osoby, które również zaczynają pracę nad sobą, czują się zagubione i boją się zrzucić swoje maski i spojrzeć w głąb siebie w poszukiwaniu prawdziwego ja. Poza tym lubię tu pisać, gdyż pomaga mi to poukładać sobie pewne rzeczy, a przy okazji może kogoś zainspiruję albo poznam jakiś inny punkt widzenia:)
Na drugie mam sabotażystka, na trzecie cierpiętnica a do tego jeszcze posiadam pudełko masek, które na zmianę sobie zakładam, żeby dostosować się do osób, które spotykam. Tak opisałabym siebie jeszcze zaledwie parę dni temu. Ostatnio zwróciłam (w końcu) większą uwagę na moje uciekanie przed sobą samą, bawienie się w teatrzyk, odgrywanie ról, aby się przystosować, zwrócić na siebie uwagę. Zadawałam sobie cierpienie mające źródło w moich własnych urojeniach, sama stwarzałam sobie dodatkowe złe doświadczenia. Ostatnio pisałam w innym wątku o tym, jak w pracy znęcają się nade mną psychicznie współpracowniczki. Po przeanalizowaniu moich zachowań zauważyłam, że bardzo często sama sobie perfidnie tworzyłam grunt pod to, żeby któraś z dziewczyn się do mnie przyczepiła, czy powiedziała coś niemiłego. Ciężko było się przed sobą do tego przyznć. Dodatkowo jeszcze dograłam się z nimi, bo one chciały poczuć się lepsze niż się czują i byłam dla nich łatwą zdobyczą, którą można było poniżać. Moje relacje z koleżankami w pracy bardzo się zmieniły. Jeszcze niedawno pewne siebie, silne i szydzące ze wszystkich dookoła kobiety teraz w mich oczach pełne są kompleksów, problemów i braków. Nagle ich pewność siebie siadła, zauważyłam jakie same są słabe i jak sobie nie radzą z różnymi rzeczami, kilka z nich nawet się przede mną ostatnio otworzyło i poznałam parę historii z ich życia, które silnie wpłynęły na to jak bardzo źle czują się ze sobą. Wtedy zrozumiałam że nasze intencje się dograły, one dzięki mojej słabości, którą okazywałam mogły poczuć się lepiej i stworzyć iluzję swojej zajebistości. A ja chciałam po prostu cierpieć, bo przecież tak się boję ludzi i tak nikt mnie nie akceptuje, że to było dla mnie naturalne i oczywiste, że nikt mnie nie będzie w tej pracy lubił. Pamiętam, że w szkole wiele razy wymyślałam sobie smutne historie w drodze na lekcje, potem odgrywałam zagubioną, nieszczęśliwą dziewczynkę z problemami i depresją po to, żeby ktoś okazał mi współczucie i odrobinę uwagi. Zauważyłam, że teraz nagle ludzie zwracają na mnie uwagę i chętniej ze mną rozmawiają, ale nie dlatego, że mam problem, albo sobie z czymś nie radzę i chcą m wtedy pomóc, ale dlatego że mnie lubią i są tak po postu ciekawi co u mnie.
Wczoraj szukałam w Internecie jakichś grup wsparcia dla zlęknionych, bojących się ludzi osób. Wmawiałam sobie, że sama nie poradzę sobie z tym co mnie męczy, że potrzebuję wsparcia i opieki innych ludzi, potrzebuję poczuć, że są, że mnie lubią i akceptują. Ale wtedy znowu byłabym w gronie ludzi i opowiadała jak to bardzo cierpię i jaką jestem biedną ofiarą, a oni by mnie klepali po ramieniu i zapewniali, że przecież nie jest tak źle jak mi się wydaje, że jestem fają osobą itp. itd. Dotarło do mnie, że to nie jest mi do niczego potrzebne i że ja tę siłę do rozwiązywania problemów mam w sobie.
Ponad dwa lata temu przyciągnęłam sobie mężczyznę, którego uwagę próbowałam zwrócić na siebie już przy pierwszym spotkaniu opowiadając o swoich problemach i o tym jak bardzo cierpię. W trakcie zwykłej rozmowy potrafiłam z sarnimi oczkami zapytać: „nie bijesz kobiet, prawda…?”, i kilka sekund później już płakałam i opowiadałam mu jak to ja się boję mężczyzn, bo mnie mój były uderzył w twarz, a ja przecież tak mu ufałam itd. Byłam tak wykończona po poprzednim trwającym trzy lata toksycznym związku, że wtedy takie odgrywanie cierpiętnicy było moim jedynym sposobem na zwrócenie uwagi na siebie, na zbliżenie i pokochanie. Koleś oczywiście bardzo szybko się wystraszył a ja się załamałam. Działy się ze mną wtedy dziwne rzeczy, jakby to sabotowanie stało się dla mnie czymś codziennym, robiłam to tak po prostu bez zastanowienia, czując rozdzierającą rozpacz, że inaczej nie potrafię i pytałam dlaczego sobie nie radzę i dlaczego mnie to spotyka. Czułam się coraz bardziej bezsilna i nie mogłam nad tym zapanować. Wtedy coś we mnie pękło, nie chciałam już cierpieć i moje życie z czasem zaczęło się zmieniać na lepsze. W końcu poczułam, że nie muszę wiązać się z byle kim, byłam gotowa na to, by być z harmonijną dla mnie osobą i mimo że interesowali się mną faceci ja postanowiłam czekać na odpowiednią dla mnie osobę, bo czułam że ona jest. Poznałam mojego partnera, przy którym moje życie nabrało obrotów i wywaliło się przy okazji do góry nogami. I dziś dotarło do mnie, że nawet w tym cudnym związku, który tworzę z harmonijną osobą wchodzę z przyzwyczajenia w różne role, zgodnie z intencjami swoimi i partnera. Wydawało mi się, że jestem sobą i że w końcu jest dobrze, ale dotarło do mnie, że zatraciłam siebie tak bardzo, że uznałam swoje maski jako część mnie, cos naturalnego i dobrego, bo przecież nikomu nie robiłam krzywdy odgrywając to i owo. Legło w gruzach moje urojenie o samej sobie, teraz w końcu mogę odkrywać siebie. No i teraz już wiem dlaczego to było takie trudne, przez maski ciężko było cokolwiek zauważyć. Problemy i obciążenia traktuję już jako coś do poukładania i wyrzucenia a nie jako powód do tego, by ktoś się nade mną litował. O wiele więcej szczęścia dostrzegam w otaczającym mnie świecie, przestaje mnie interesować budowanie sztucznego szczęścia poprzez cierpienie i użalanie się nad sobą.
To może zabrzmi trochę głupio, ale dziś spojrzałam w lustro i po raz pierwszy zauważyłam… jakie mam wielkie oczy. Zupełnie jakbym wcześniej ich nie zauważała. Są takie wielkie, błyszczące i jasne. Nie mogę oderwać od siebie wzroku:) Zaakceptowanie tego, że nosiłam maski i że wchodziłam w konkretne role i zrezygnowanie z nich nie sprawiło, że stało się to czego tak się bałam… nie poczułam pustki i pomieszania, że nie wiem kim jestem. Poczułam spokój i nieopisaną radość, namiastkę prawdziwej wolności i zaufanie. Do siebie i do Boga. W końcu poczułam, że warto konfrontować się ze swoimi ciemnymi stronami:)