Jakiś czas temu przestałam stosować kody uzdrawiania, bo stwierdziłam, że jednak brak spektakularnych efektów na plus, bo że kilka rzeczy mi się zawaliło i zwichnęłam kciuka to jednak nie są sukcesy. Już myślałam, że z kodami jest tak jak z magicznymi masażerami, które emitują bioprądy i leczą droga pani koklusz i nadciśnienie za jedyne 10 tysięcy złotych, ale to jak kupi pani w tym tygodniu, bo w przyszłym kończy się promocja i będą kosztować 12.
Ale z drugiej strony, to właśnie kody wygrzebały moją nienawiść do samej siebie, z której działania nie zdawałam sobie sprawy przez całe życie. Myślałam, że jest to metoda delikatna i bezwywałkowa, ale okazuje się że nie zawsze. Zamierzam ją zacząć znowu stosować i poobserwować efekty.