moje myśli całe życie utrudniają mi życie i mogą i tym razem zwieźć mnie na manowce. nie są one dość wiarygodne i nie wiem czy dobre by było dla tego umysłu, co one sobie akurat chcą, bo najmądrzejsze one nie są-są impulsywne, poszarpane i skąd mam wiedzieć czy dobrze mi życzą. nie wiem czy moje prawdziwe ja tego chce. najlepiej byłoby czuć ten umysł zawsze i życie z nim po prostu by mi to pokazało-czy intuicja jak zwał tak zwał. cały mój problem polega chyba na tym że usiłuję się ciągle ustawiać, dopasowywać do jakichś durnych kanonów które załapalam w ciągu socjalizacji (w domu normalnych wzorców nie miałam i ciągle czegoś szukałam) czy nawet życia "dorosłego" oraz nawet tego co przeczytalam w madrych duchowych książkach, a co wdrażane, bez tego żyjącego umysłu nie przynosi satysfakcji korzysci ani zadowoloenia z życia.
Chcę być sobą i się nie oglądać na innych i nie czuć presji że muszę odnieść sukces zeby się dowartościować.chcę sobie pożyć w sobie bez zmuszania się do jakichś sukcesów, które mnie nie interesują. sukces mi się źle kojarzy, sukcesy w szkole okupiłam zryciem i nerwówką. bez sukcesu można żyć i to jakaś bzdura wmawiać ludziom, że poczucie włąsnej wartości zależy od sukcesów. ale najgorsze że mi się wydaje ze na to nie zasługuję i już nigdy do siebie nie wrocę, bo za długo trwało to zrycie i jak się ten umysł nawet by pojawił to byłby wyrwany z kontekstu i zaraz znowu by się schował. skoro jako dziecko, gdy jeszcze miałam swoją energię, żyłam w takiej atmosferze w jakiej żyłam, trudno mi było wtedy zastanawiać się co będę robić, myslalam, ze takie rzeczy człowiek po prostu wie i pojawiają się w odpowiednim momemencie same z siebie, z wnętrza. u mnie się nie pojawiły, tylko pogłębiło się zrycie.