Asia
Mhhh nie pamiętam teraz za bardzo, to w medytacyjnym stanie było, potem poszłam spać z myślą, by dziś o to spytać. Bo poczułam niepokój i że nie akceptuje tego na dłużej.
Spróbuję sobie przypomnieć:
nie było walki, przepychanki jakiejkolwiek, trudzenia się. Było lekko i przyjemnie. Bezstresowo bym powiedziała. Wszystko jakby zapewnione. Opieka i prowadzenie Boga. Pełen spokój i luz. Otwartość na przyjemność. Ale nie pokazały mi się konkretne sytuacje, jakieś inspiracje jak np pracować i być bogatą bez tego, czy jak miałyby relacja wyglądać. Nie zobaczyłam nic konkretnego co Bóg ma dla mnie w materii. To był bardziej stan wynikający z połączenia z Bogiem i świadomość, że tak mogłoby być stale.
Myślę, że moja pś ma niezgodne z tym przekonania i ona męci, bo chce sobie coś innego udowadniać, jakieś niezałatwione ciężkie sprawy i emocje. Taki bunt jakby : " No ale jak to? A jaaa?"
Tyle się mówi o niezależności, asertywności ale by to faktycznie przejawić, to potrzeba czuć, być swiadomym, że Bóg ma dla nas to co najlepsze i nie musimy ulegać czyimś wyobrażeniom czy presjom. Bo np w pracy, gdy się zacznie przejawiać asertywnie, to może się łatwo skonczyć tak, że się z niej zaraz wyleci. Tak samo jest w innych instytucjach gdzie ma się cos wspolnego z ludzmi np. szkoła. Ja tam mogę sobie wylatywać z pracy jeśli mam świadomość, że Bóg ma dla mnie coś lepszego: pieniądze które mogę zarobić w innych, lepszych warunkach, jeszcze w odpowiednim czasie, że to będzie płynne przejście finansowe. Gdybym już widziała coś lepszego, to bym sama zrezygnowała z tego co ogranicza i szkodzi, kłopot w tym że trzeba to widzieć, mieć na horyzoncie. Albo mieć połączenie z Bogiem i świadomość, że to już dla mnie jest i Bóg to wszystko dla mnie ma. Ja tej świadomości nie mam jak na razie. Więc czuję, że na wiele rzeczy jeszcze się muszę godzić by po prostu żyć i jakoś sobie radzić.
Myślę, że wysoka samoocena jest mega ważna, ale też potrzeba jeszcze połączenia z Bogiem, było wszystko.
Clint
Nie wiem co Ci napisać. Ale fajnie zabrzmiało: pozwolić sobie być chronionym. Tylko jak w praktyce ma to wyglądać? Bóg porazi piorunem osoby którym na mnie wywala? Zawróci bieg energii którym mnie atakują, by wróciło do nich?
No nie kumam.
Ja długo chciałam wierzyć, że to ja coś robię nie tak, jakoś prowokuję, jestem winna czy nie w porządku, a jak w sobie coś uzdrowię( poprawię się) to już nie będą mnie atakować. Dlatego tak robiłam, bo bałam się zobaczyć, że to nie o mnie chodzi. To było na tyle przerażające, bo za tym się kryje bezradność. I silny lęk, że zostanę sama z tym swoim światłem i Boskością, podczas gdy inni ludzie i anioły będą sobie syfić w najlepsze. A mnie atakować, za to, że wybieram Boga.
Z Boskością sporą, ale niepełną- brakiem ochrony i opieki Boga.