Chciałabym się podzielić tym co mi wyszło z mojej 3 godzinnej medytacji. Rano stwierdziłam, że już nie wytrzymam ze stanem w którym jestem od lat.Takiej obojętności, braku ekspresji na twarzy, częściowej śmierci mojego ciała wynikającego z kontrolowania siebie. Przez lata musiałam nauczyć się uśmiechać, przejawiać emocje na twarzy - to było jak anhedonia, jakbym zupełnie nie potrafiła doświadczać przyjemności, ze względu na analizowanie siebie. W szkole dzieci się ze mnie śmiały, że jestem martwa na twarzy, że nic nie przejawiam, a jak już to robię to sztucznie. To tak jakby mnie przerosło coś duchowo i musiałam się całkowicie zamknąć. Wzięłam czarną świecę - ogólnie kocham magię świec, a ten kolor działa na najgłębsze warstwy duchowe, osobowości i położyłam się z zamiarem modlitwy. Zrelaksowałam się i poprosiłam o wolność dla mojej duszy ode mnie samej. Od ciągłego prześladowania siebie, kontrolowania, oraz o zwyczajny egzorcyzm od wszystkiego co mogło się do mnie podczepić na przestrzeni ostatnich lat. To była głeboka modlitwa, w której poprosiłam o przebudzenie do prawdziwego życia duchowego. Może komuś się przyda moja treść modlitwy na egzorcyzm:
"Poprzez moje WJ proszę Boga i wszystkie pozytywne siły, o uwolnienie najgłębiej skrywanych wzorców i cierpienia mojej duszy. Proszę o wolność od wszelkiego rodzaju opętań, począwszy od opętania nienawiścią, pogardą, złością do siebie samej kończąc na negatywnych bytach duchowych. Proszę o wolność i oczyszczenie mojego serca, umysłu, wszystkich powłok energetycznych, duchowych, podświadomości od wszelkiego rodzaju zniewolenia negatywnymi siłami i odprowadzenie ich do boskiego światła."
Modlitwa w moim myśleniu również obejmowała demony, duchy, strzygi, wszelkiego rodzaju orszaki pokoleniowe, karmiczne, które ciągną się za kimś w postaci ogłupienia, uzależnienia i niekończącego się nieszczęścia. Po godzinie czułam, że moje ciało staje się bardziej wolne. Chciałam przede wszystkim wolności od siebie samej. Potrzebowałam tak silnie odrodzenia, aby móc zacząć całkowicie od początku i na nowo. Po godzinie uzdrawiania światłem o które prosiłam, zaczęło do mnie od podstaw docierać co ze sobą robiłam i do czego posłużył mi rozwój duchowy. Poczułam się tak niegodna, niedoskonała jak nigdy wcześniej. Zrozumiałam, że mój rozwój duchowy zawsze służył mi do walki z moją niedoskonałością. Zupełnie tak, jakbym istniała w celu poznawania mojego zła i braków we mnie, niż istniała w celu poznawania duchowego potencjału. Z takiej nienawiści do siebie, niedoskonałości i przekonania, że Bóg mnie nienawidzi za to, że taka jestem - ukarałam się w postaci ciężkiego rozwoju duchowego. Tak, rozwój duchowy miał byc dla mnie karą, izolacją, odosobnieniem, ponieważ czułam się kimś przeklętym, złym, odmiennym. Wyszło mi głębokie niezasługiwanie na moje istnienie, brak prawa do niego z powodu mojego błędnego rozwoju duchowego. Rozpłakałam się w trakcie, za to co ja sobie robiłam. Jakby miłość miała sprawić, że przestanę się rozwijać, ogromny strach przed poddaniem się Bogu, skoro jestem taka niedoskonała. Zdziwiło mnie tak błędne postrzeganie rozwoju duchowego. W zasadzie po poddaniu się Bogu, nie ma nic do zrobienia, ponieważ jest możliwość odczuwania siebie w miłości. A w tej medytacji ja nie byłam w stanie tego przyjąć. Jak to? To ja mogę być po prostu kochana i przyjmować wszystko co najlepsze? Tak po prostu? Nawet jeżeli ukarałam siebie poprzez rozwój duchowy w cierpieniu? Potem zapytałam siebie czego potrzebuję. Chciałabym kontaktu z ludźmi o moich poglądach, świadomości. Poza tym, chciałabym być terapeutą duchowym. Ciągle moja dusza nie może pojąć, jak mogłabym po prostu przyjąć, że jestem w porządku wobec Boga? wobec miłości, wobec szczęścia?
Dalej poprosiłam o uwolnienie: " Jeżeli kiedykolwiek zabroniłam sobie miłości, szczęśliwego życia, proszę już teraz o spalenie tych wszystkich zakazów, nakazów, uzależnień oraz intencji karania siebie poprzez rozwój duchowy, ascezę, wyrzeczenia". Ja tak właśnie robiłam. Dlatego, że czułam sie niedoskonała, za to że czułam się inna, za to że nie znałam prawdy. Czułam, że muszę wiecznie pokutować, cierpieć, poszukiwać, oczyszczać się. A Bóg na to - że mogę po prostu wrócić i być kochana. Mogę czuć na nowo, smakować, widzieć, dotykać. Mogę zawsze być przyjęta na nowo po tym jak ocknę się do życia.
Może się komuś moje przemyślenia przydadzą, myślę, że są dosyć czyste. Egzorcyzm był na wypadek, efektem było duże zrozumienie intencji wobec mojego rozwoju duchowego, sensu życia w ogóle.