Wilson,
miałam kiedyś przygodę z taką małą jaskółką, był koniec lata, był upał, palące słońce, siedziała na niskim płotku i było z nią źle, była bardzo osłabiona, na dodatek miała w piórach mnóstwo pasożytów. Po konsultacji tel. z weterynarzem obsypałam ją odpowiednim proszkiem, robale po tym wyłaziły z niej strumieniami szukając szczęścia gdzie indziej, a do jedzenia dostała pękate larwy ze sklepu zoologicznego, takie dla wędkarzy. W sumie to chyba jedna larwa wystarczyła, musiałam ją pociąć na kawałki, bo była za duża, chyba jej to wsadziłam do dzioba, już teraz nie pamiętam. Musiałam być w szoku, bo poszatkować żywą larwę, to nie jest coś, co moja psychika w normalnych warunkach jest skłonna przetrzymać. Larwa to pożywny pokarm, białko i inne pyszności. Wodę można podawać kroplomierzem, ale ostrożnie, żeby nie zalać otworów nosowych. Z wodą nie poszło za dobrze, ale larwa była dość wilgotna, więc wystarczyło. Po tej larwie i wygonieniu pasożytów jaskółka poczuła się o niebo lepiej i pod wieczór jej rodzina ją eskortowała gdzieś tam, ku mojej wielkiej uldze, bo i tak mi nerwy ta historia zżarła, jeden dzień opieki nad nią mi wystarczył.