To ja się pochwalę że wreszcie, po trzydziestce, udało mi się to fatum porzucania zainteresowań przełamać

Dotychczas zawsze wkręcałem się w coś powierzchownie, fascynowałem tym, a po zebraniu najniżej wiszących owoców nudziłem się i przechodziłem do innego drzewa.
Japońskiego samouczę się od 9 miesięcy, i chociaż miałem kilka słabszych momentów to czuję że przezwyciężyłem już wszystkie "poważne" kryzysy. Zwłaszcza ten kiedy, mimo miesięcy nauki, nadal nie byłem w stanie czytać nic innego poza dialogami w podręczniku. Co prawda teraz ze słownictwem ~3000 słów jestem w stanie bez słownika czytać co najwyżej wiadomości dla uczniów podstawówki, ale WRESZCIE jest jakieś zanurzenie w języku i pewna swoboda korzystania z niego.
Pogodziłem się z tym, że czeka mnie dużo mozolnej pracy choćby przy zapamiętywaniu słówek, ale też każde nowe sprawia mi satysfakcję (a że codziennie jakieś dochodzą, jest codzienna dawka świeżości

. Za to dzięki tej mrówczej pracy mogę dochodzić do kolejnych warstw tego języka, i, wchodząc coraz wyżej, zbierać coraz słodsze owoce

No i dodatkowo napędza mnie to, że gdybym teraz się poddał straciłbym te setki godzin, które dotychczas poświęciłem.
Jeszcze jedno co mnie motywuje: za każdym razem, kiedy widzę przed sobą wielką,stromą ścianę, przypominam sobie że iluś uczących, mimo że zaczęli z wielkim zapałem i dzielnie przedrapali się przez kolejne ściany, na tej ścianie poległo. Czy chcę być jednym z nich?
Świetne uczucie, móc się czemuś tak oddać z rezultatami (mimo że w ogólnym rozrachunku jestem jeszcze początkujący

. I świetnie buduje samoocenę w sposób, którego żadne afirmacje czy praktyki nie zastąpią. I który też jest nie do zachwiania.