Wiecie co? Tak sledze poniekad watki dotyczace tego, co wyprawia nasz ,,kochany" rzad i nie moge oprzec sie wrazeniu, ze poniekad jest to nasza wina. Nie nasza w sensie, ze z premedytacja cos robimy, aby tak bylo ale nasza w tym rozumieniu, ze jako spoleczenstwo, calosc robimy malo albo nawet nic, aby ta sytuacje zmienic.
Przyznaje sie, ze do niedawna bylem totalnym ignorantem w temacie np. wyborow prezydenckich czy samorzadowych, bo wszystko co wiazalo sie z tym tematem, kwitowalem gowniarskim ,,mam to w d..e, i tak nic sie nie zmieni". No i jak teraz patrze na to, jak myslalem do niedawna, to nie dziwie sie, ze mam co mam

.
Ale do czego zmierzam. Sporo mysle na temat tego, jak powinny wygladac relacje nas z innymi, nie tylko z nasza najblizsza rodzina, ale z ludzmi w ogole, z naszymi sasiadami, blizszymi i dalszymi znajomymi itp. Pieknie by bylo, gdyby wszyscy sie kochali i wzajemnie szanowali no ale tak niestety poki co nie jest. Jest zgola odwrotnie - wiekszosc z nas w taki czy inny sposob naskakuje na siebie, nierzadko nie majac swiadomosci, ze robi tym samym krzywde tym osobom jak i sobie samemu.
Ale do czego zmierzam. Otoz mocno zastanawiam sie ciagle nad tym prawem karmy, gdzie np. czlowiek urodzil sie w takich warunkach, gdzie np. nie moze legalnie zarobkowac lub co gorsza, nie ma w ogole warunkow do zdobywania legalnie czegokolwiek. Mowie tu o warunkach typu ze musi cos ukrasc lub zdobyc sila, aby przezyc, nie np. o nielegalnej pracy na czarno.
Ale do sedna. Jesli polski rzad, jak sie dowiedzialem, uchwala ustawe, ze poslowie i politycy maja kwote wolna od podatku rzedu ponad 27 tys PLN/rocznie a przecietny obywatel ma niecale (chyba) 3 tys PLN/rok to cos tu jest nie tak. Ok, ale to moznaby jakos przecierpiec, gdyby ludzie jakos solidaryzowali sie ze soba, pomagali itp. Ale nie ma tak! Zamiast tego wiekszosc ciagle mysli tak, jak myslalem ja jeszcze do niedawna. I mam tutaj spora rozkmine, czy w takim wypadku, jesli np. nie place podatkow na takie spoleczenstwo/rzad z takim a nie innym podejsciem, to czy jest to jeszcze lamanie jakiegos prawa karmicznego, czy tez moze po prostu swiadomosc moja jest na tyle duza w tej materii ze dostrzegam, ze gdybym dal sie zlapac na ten haczyk, to np. mialbym o wiloe mniej pieniedzy na zycie i inne rzeczy (czyli ze de facto czuje sie okradany z uczciwie zarobionych pieniedzy a tylko nie wykazanych w ewidencji podatkowej).
Wiadomo, podatki sa potrzebne, bo nawet u nas, gdzie korupcja i zdzierstwo sa na porzadku dziennym, jakas tam ich czesc idzie na dobre cele (sluzba zdrowia czy oswiata chocby). Ale z drugiej strony czy branie takiego nieplacacego pod odpowiedzialnosc zbiorowa typu ,,skoro nie placisz podatkow (w domysle bez wzgledu na to, jak sa dystrybuowane), okradasz spoleczenstwo" jest dalej na miejscu (skoro wiekszosc tego spoleczenstwa ma cie totalnie w d...e)?