Mnie teraz - jak sobie polezalem chwile i pomedytowalem - wywalilo, ze to echem odbijaja sie lata izolacji od ludzi, od grupy rowiesniczej i w tej chwili nie mam co ze soba zrobic, wyjsc do ludzi, przebywac z nimi. Takie cos mi wyszlo, ze na wlasne zyczenie (oczywiscie wtedy nie bylem tego swiadomy) odcialem sobie mozliwosc wkrecenia sie w jakies klimaty z innymi osobami, zarowno te zawodowe jak i te towarzyskie a teraz cierpie z samotnosci no i z tego, ze nie mozna 24/h przebywac sam ze soba i zajmowac sie wylacznie swoimi sprawami (czy to hobby czy to praca nad samym soba).
Gdybym dzisiaj mogl jeszcze raz cofnac sie w czasie, to na pewno majac taka swiadomosc inaczej bym dokonywal wyborow. Na pewno nie izolowal sie tak od ludzi, nie uciekal od nich.
Tak jak mam byc szczery, to teraz mam okazje wreszcie mieszkac we wlasnym mieszkaniu sam ale im bardziej o tym mysle, tym bardziej przeraza mnie perspektywa mieszkania samemu wlasnie ze wgledu na fakt, ze ja czuje, ze teraz potrzeba mi wyjscia do ludzi, przebywania z nimi, obecnosci. Chyba sie role odwrocily u mnie...
I mimo wszystko ciagle mi wylazi ten brak otwartosci jednak na innosc, na nowe doswiadczenia, jakby gleboko zakodowany podswiadomy lek przed nieznanym. Czyzby klasztorne obciazenia?