Lynd
Ale ja miałem na myśli wszystkich ludzi - dla mojej pś większość ludzi ma ostro nasrane w głowie, a jedyna różnica między "zwykłymi" a rozwijającymi się duchowo jest taka, że ci drudzy gadają większe farmazony. Do rozwojowców mi momentami nawet bardziej wywala, szczególnie jak się trafia jednostki w stylu "ah, miłość, światełka, sweetaśne teorie bez pokrycia!" albo "moja prawda, najprawdziwsza i bardziej prawdziwa od innych prawd mówi...", itp, itd. W środowisku rozwojowców poznałem najfajniejszych ludzi, jakich miałem okazje poznać kiedykolwiek, ale również natknąłem się na sporo oszołomów. A najlepsi są ci, co zamiast normalnie wyrazić swoje zdanie na dany temat, to mentorzą tonem 60 letniego mistrza Zen i to na dodatek bzdury jakieś, szczególnie że sporo osób spojrzy na mnie, zobaczy buźkę gościa wyglądającego na liceum i stwierdzają automatycznie, że co tam chłopak może wiedzieć o czymkolwiek. No, ale akurat na to sam sobie zasłużyłem, bo nie lepszy byłem.
Po tych wszystkich pseudo duchowych przygodach z poprzednich żyć, chyba się po prostu zmęczyłem tymi wszystkimi ścieżkami prowadzącymi donikąd i zebrałem w sobie spore pokłady niechęci i pogardy do tych co gadają, że do Boga wracają, a robią co innego. Szczególnie jak ktoś gada dużo, a bezsensownie. Najchętniej bym przerwał taką dyskusję krótkim "ja pier*olę" i wyszedł, ale moje wyuczone zachowania sprawiają, że uśmiecham się serdecznie i czekam, aż konwersacja się zakończy. Ostatnio 3 godziny tak siedziałem. Boże, jaki ze mnie grzeczny i wychowany chłopiec.
A zwykli ludzie, no cóż, są zwykli. Dobrze że są, bo jakieś tło stanowią, przynajmniej ulice nie są puste. Nie no, są też fajni i sensowni ludzie z tej kategorii, chociaż osobiście nie spotkałem takich z którymi mógłbym stworzyć naprawdę bliską, przyjacielską relację - jedynie koleżeńską.
O to co mi siedzi teraz w głowie na temat ludzi, a to i tak tylko fragment.