Miałem już dobrych kilka zabiegów węzłów w regularnych odstępach w temacie uzdrawianie relacji z ludźmi i uwalnianie od walk z nimi, i im bardziej brniemy w ten temat, to nie wiem - chyba wychodzą na wierzch jakieś tak silne walki.
Dzisiaj uświadomiłem sobie, że walnięte dziecko, jakie otrzymała do opieki w grupie (żona jest nauczycielem w normalnym przedszkolu), jest chyba strzygą. Takie dziecko powinno być w placówce specjalnej, a dano je na siłę do normalnego przedszkola. Jak tylko wszedłem do sali z dziećmi do żony, spostrzegłem tego malca i uświadomiłem sobie, że to chyba jest strzyga. No i wtedy sceny potoczyły się szybko - malec wziął plastikową rurę i zdzielił jak łopatą inne dziecko z góry, patrząc na mnie. Żona chciała go uspokoić, to ten zaczął ją kopać. Mimo że nie mogę się wtrącać, ale zawrzało we mnie, jak ten bachor okładał moją żonę. Złapałem go silnie za ramię, przyparłem do podłogi, i wrzasnąłem mu, że puszczę go, jak się uspokoi. Próbował sił, ale się nie wyrwał, rozpłakał się, ale zaraz się wystraszył i szał mu przeszedł.
Uświadomiłem sobie, że gdzie nie wejdę w grupę ludzi, to podświadomie prowokuję ludzi do walki (czy ze mną, czy wokół mnie). Uświadomiłem sobie, jak wielkie pokłady agresji wyzwolił ze mnie ten malec, że jak jechałem potem samochodem, to aż buzowało we mnie (jakaś agresja, walka, moc na podłożu nienawiści), tak że wjechałem z małej podporządkowanej uliczki wprost na dużą główną czteropasową z pierwszeństwem przejazdu i... wjechałem na nią bez zatrzymania się, a samochody pędziły nią. Na szczęście były dość daleko i przeciąłem ją bez szwanku. Dopiero potem się uspokoiłem się.
Wyklinałem tą strzygę ("mam cię ty strzygo zajebana" - przepraszam za wyrażenia) i pomyślałem sobie, że mam jakąś misję wyszukania wszystkich strzyg i zabicia ich. Bo strasznie mnie ciągnie do strzyg, imponują mi i ich nienawidzę. Jak się można od tego uwolnić? Bo na wierzch wychodzą ze mnie takie pokłady złości i agresji, do których nigdy nie chciałem się przyznać.