Nie wiem czy dobry wątek wybrałam, ale na pewno ma to związek z wewnętrznym dzieckiem, które samo ze mnie wyłazi:))
Zauważyłam w sobie coś czego wcześniej nie dostrzegałam. Do tej pory myślałam, że to naturalny element mojej osobowości, ale przez ostatnie dni miałam okazję bliżej się temu przyjrzeć w pracy. Czuję się nieco pewniej siebie wśród ludzi na żywo, w pierwszych tygodniach pracy nie odzywałam się do nikogo prawie ani słowem, teraz więcej mówię i częściej nawiązuje kontakt z ludźmi. Niby wszystko ok, pozytywne zmiany, ale coś mi cały czas nie grało do końca. W końcu do tego doszłam i przyznam, że mnie zaskoczyło: wśród nowo poznanych ludzi czuję się jak… sześcioletnia dziewczynka.
Ostatnio pracuje ze mną nowa dziewczyna i wtedy się temu przyjrzałam. Zauważyłam, że jestem o wiele swobodniejsza w wyrażaniu siebie, tyle że ja znowu nie jestem sobą, a tą sześcioletnią małą dziewczynką. Dziwnie się z tym czuję:D
Nie wiem dokładnie jak to wytłumaczyć, wiadomo, nie gadam już o lalkach i pieskach (hm, chociaż o pieskach też się zdarza:p), poruszam „dorosłe tematy”, ale podczas rozmów zauważyłam podobne mechanizmy, podobne zachowania do tych z czasów dzieciństwa, jakbym cofnęła się w czasie. I źle się z tym czuję, bo nie czuję się sobą, przecież nie jestem już dzieckiem.
Jako dziecko byłam oczywiście nieśmiała przy nawiązywaniu nowych znajomości, ale w dużo mniejszym stopniu niż w dorosłym życiu. Łatwiej nawiązywałam kontakty i miałam przyjaciółki czy koleżanki które naprawdę mnie lubiły. Zauważyłam, że zazdroszczę w jakiś sposób tamtej małej Arwence, bo ona tak swobodnie rozmawiała z koleżankami na różne tematy, nie bała się niczego powiedzieć, czuła jakąś taką harmonię z drugim człowiekiem, niezależnie od tego jaka ta osoba by nie była, potrafiła się przy każdej osobie czuć dobrze ze sobą. Ja jako dziecko choć byłam świadoma że jestem nieco nieśmiała, nie miałam kompleksów z tego powodu i nie rozpaczałam wiedząc że mam jakieś tam braki, nie wymagałam od siebie na siłę więcej niż potrafiłam. Akceptowałam to jaka jestem i ludzie to pozytywnie odbierali. Może była to taka dziecięca niewinność, szczere przekonanie w to, że ludzie mnie akceptują taką jaka jestem, nawet pamiętam, że jak byłam z początku nieśmiała w trakcie poznawania kogoś to wiedziałam, że jeśli się przełamię, ta osoba na pewno mnie polubi, bo ja przecież jestem taka fajna, zabawna, miła i interesująca. To ciekawe, bo właśnie uświadomiłam sobie że jako dziecko naprawdę to czułam, a dziś tego nie czuję. Wręcz zapomniałam, że tak w ogóle można się czuć i dlatego nie wierzyłam, że to jest możliwe. A przecież jest, bo tego doświadczałam.
W pewnym momencie jakby zatraciłam tę umiejętność czucia się dobrze i w porządku ze sobą wśród ludzi, nie wiem czy to jakaś trauma z dzieciństwa którą zepchnęłam w głąb siebie, czy to był jakiś dłuższy proces, którego też wyraźnie nie widzę. Z wiekiem było mi coraz trudniej nawiązywać kontakty, coraz więcej było odrzucenia ze strony ludzi i mojego użalania się nad tym jaka jestem nieśmiała, nie czułam się z tym dobrze. Czułam się gorsza, chciałam być kimś innym.
To mój taki aktualny skutek uboczny podnoszenia samooceny, poczułam się pewniej, ale powróciłam do stanu który odczuwałam w tym życiu, chociaż też nie do końca. Bo pewność siebie małej dziewczynki różni się od pewności siebie dorosłej kobiety. I tu moja pś jakby chcąc przywrócić moją samoocenę przypomina mi jak czułam się w porządku ze sobą kiedy miałam 6 lat i to odtwarza. No dzięki...

Co zrobić, żeby moja samoocena szła w górę po odpowiednim torze, żebym czuła się pewniejsza siebie jako dorosła kobieta?