Heh, dosłuchałam tylko do połowy, dalej nie dałam rady. Stwierdziłam, że nie ma sensu katować się słuchaniem i lepiej porobić coś konstruktywnego

Ten mój opór przed Krasem na coś jednak się przydał. Doszłam do fajnych, wyzwalających wniosków

Dziś doszło do mnie, że skoro ego, tak jak emocje, nie jest mną, to trzeba postępować z nim tak, jak z emocjami: wchodzić w nie. Nie bać się go, nie tłumić, nie tępić, nie karać za nie, nie krytykować, nie walczyć, bo takie działanie tylko je wzmacnia.
Pozwalać sobie. Na wszystko. Na wszystko czego tylko dusza zapragnie.
Zaakceptować. A nie nazywać siebie egoistą i umniejszać sobie z tego powodu.
Wchodzić w to całą sobą.
Wtedy ego będzie mogło odejść, bo nie będę go zatrzymywać swoim oporem (de facto oporem przed nim samym).
Ego jest iluzją, więc gdy pozwolę mu zaistnieć, to okaże się, że go wcale nie ma. Rozpłynie się. A zostanie tylko to, co prawdziwe, bo tego uwolnić się nie da

Zauważyłam, że przed pozwoleniem sobie na to, czego chcę, powstrzymuje mnie lęk, że ja to ego, czyli że to, czego chcę nie będzie dobre ani dla mnie ani dla innych. Ale to tylko lęk, który nie pozwala mi być sobą. A prawda jest taka, że mogę sobie pozwolić na wszystko, bo moja prawdziwa natura jest miłością. Zobaczę to, gdy odpadną wszelkie przymusy wewnętrzne (pod wpływem których działam), które blokują poznanie, kim jestem naprawdę.
To bardzo przewrotne: jestem miłością i gdybym pozwoliła sobie na bycie sobą, to nie miałabym co do tego żadnych wątpliwości (bo skutkiem moich działań byłaby tylko miłość), ale muszę się kontrolować i tłumić, bo obawiam się siebie - że nie jestem miłością. I tęsknię za nią. Czyli za sobą. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest pozwolenie sobie na bycie sobą, ale przed tym powstrzymuje mnie lęk przed sobą, a właściwie fałszywą wizją siebie.
A zatem warunkiem uwolnienia jest przełamanie lęku (a właściwie wejście w niego) i pozwolenie sobie na bycie tym, kim jestem; na przejawianie tego, co mam w sobie; na robienie tego, na co mam ochotę. Może to być na początku trudne, ze względu na to, że zbyt mocno się kontroluję (ze strachu przed tym, że jestem ego), ale jest to wykonalne

Gwarantem opisanego przeze mnie status quo (czyli działania pod wpływem przymusów i lęku, że jestem ego) są głosy uwewnętrznionych rodziców (czy też wewnętrznego krytyka, wszystko jedno jak to nazwiemy) w mojej głowie. Sposobem na takie głosy jest właśnie pozwolenie sobie. Zacytuję Osho:
"Na tym właśnie polega właściwy proces. Rób to, co chcesz robić. Możesz robić złe lub dobre rzeczy. To nie ma specjalnego znaczenia. Rób to, na co przyjdzie Ci ochota.To będzie dobre. Nie rób tego, na co nie będziesz miała ochoty. To będzie złe. Rozluźnij się, zrelaksuj, poczuj swobodę i wolność. Ciesz się zyciem, jakbyś się dopiero narodziła.
To jest właśnie droga sannjasina. Stajesz się nowo narodzonym dzieckiem. Możesz zacząć rosnąć i rozwijać się po swojemu, inaczej niż poprzednio. Na tej drodze uwolnisz się od uwarunkowań narzuconych przez rodziców i od głosu wewnętrznego rodzica. Wstąpisz na nową drogę rozwoju."
To dziwne, znam te wskazówki Osho już dość długo (a nawet starałam się je wprowadzać w życie), ale dopiero dziś nabrały dla mnie głębszego znaczenia
