Pracuję w hotelu 4 miesiące i przez ten czas nic się nie zmieniało, było wręcz pod każdym względem coraz gorzej a ja chodziłam coraz bardziej podłamana. Nagle w bardzo krótkim czasie praktycznie z dnia na dzień wszystko się w tej pracy zmieniło. Ledwo zaczęłam taką porządną pracę nad sobą i bardzo szybko przyszły do mnie cudowne zmiany:) Dziewczyny z którymi się nie dogadywałam albo które mi dokuczały zupełnie inaczej mnie traktują, są miłe i praca jest dla mnie o niebo przyjemniejsza. Jedyna ze współpracowniczek, z którą do teraz wyjątkowo opornie się dogadywałam złożyła dziś wypowiedzenie. Kilka dni temu załatwiłam też tutaj pracę mojej koleżance, która będzie przychodzić za mnie w weekendy i dzięki temu będę mogła spędzać więcej wolnego czasu z moim Ukochanym, a bardzo mi tego brakowało:) Teraz więc pracuję od poniedziałku do piątku i na dodatek pojawiła się możliwość zarabiania w tej pracy większych pieniędzy, dziś szefowa ze mną na ten temat rozmawiała.
Nadal szukam innej pracy, bo czuję że jestem gotowa na coś nowego i lepszego niż tylko sprzątanie pokoi hotelowych, ale bardzo cieszą mnie te wszystkie zmiany, które się pojawiły. Mam wrażenie, że w tej aktualnej pracy stwarzają mi się w końcu takie warunki, abym mogła spokojnie i miło przeczekać póki nie otworzę się na coś lepszego. Jest słodko, a pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu tyle płakałam i wymiotować mi się chciało na samą myśl, że muszę iść do pracy a jeszcze wkurzało mnie to, że muszę pracować również w weekendy.
Na dodatek wczoraj po długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć z partnerem fajne, ciche mieszkanko, bo pokój w którym mieszkamy męczy nas od dłuższego czasu. Dzisiejszej nocy śnili mi się moi rodzice i podczas tego snu uświadomiłam sobie, że cały ten hałas, który miałam w swoim rodzinnym domu (ojciec ciągle darł mordę i nie mogłam przez to spać ,uczyć się, czy w ogóle po prostu normalnie funkcjonować) NIE JEST normalny i poczułam jakbym zrzuciła naprawdę ogromny ciężar. Ja nie muszę tego wszystkiego znosić, mogę w ciszy i spokoju czytać, malować, medytować… W pokoju, który wynajmujemy ciągle mamy do czynienia z hałasem - współlokatorka ma bardzo, ale to bardzo donośny głos, jest nadpobudliwa i nie potrafi mówić normalnie tylko krzyczy i wiecznie trzaska drzwiami, nie wspomnę już o urządzanych przez nich imprezkach, głośnym słuchaniu muzyki czy o sąsiedzie z dołu który tak podkręca basy, że aż wszystko podskakuje, a mnie krew zalewa. Czuję że moja pś załapała, że można żyć w ciszy i spokoju i że TO JEST normalne:)


Tak, dla mnie normalne było to, że mało zarabiam, że cierpię, że ludzie się nade mną znęcają, że mnie nie lubią, że w domu jest hałas przez który nie mogę się na niczym skupić. Jak CUDOWNIE jest to wszystko sobie tak po prostu odpuścić.
Czuję ostatnio jak mi się serduszko otwiera i ogólnie czuję się jakoś tak inaczej, lepiej. Nie ma to raczej nic wspólnego z samooceną, bo ona u mnie dalej leży i popiskuje, ale wiem, że wiąże się to właśnie z moim otwieraniem na zmiany, na rozwój, na Miłość i na Boga:) Przestałam się w końcu szarpać, bronić, zasłaniać rękami i nogami przed szczęściem i spokojem, czuję że nie muszę już znosić cierpienia, po prostu nie jestem nim już zainteresowana:)


