Na szczęście już mi odpuszcza na dobre to mentalne doszukiwanie się sensu i udowadnianie swojej racji, rzeczywiście jest tak, że im bardziej uzdrowiona relacja z Bogiem, tym mniej rozkminiania umysłowego, a więcej czucia

A czuję, że już niedługo pojawią się u mnie przepływy boskości, choć jeszcze trochę nad zaufaniem tu do samej siebie muszę popracować. Bo dziś mi wyszło, że mimo iż jestem już na fajnej drodze i coraz lepiej mi w życiu, to jeszcze gdzieś mam intencje by z tego zejść i podoświadczać hardcoru (jak w zeszłym tygodniu, co zupełnie wybiło mnie z bycia sobą), i tutaj obawa, że sama sobie zaufać nie mogę, bo będę chciała jeszcze od czasu do czasu intensywnego stresu. Na szczęście już sporo puściłam, jeszcze parę sesyjek i myślę, że będzie dobrze

Na szczęście zrozumiałam poniekąd na czym polega zaufanie do samej siebie. Poczułam jak taki intensywny stres wpływa bardzo niekorzystnie na moje ciało, samopoczucie i jak przez całe życie miałam intencje doświadczania stresujących sytuacji, po to by doznać uczucia ulgi. Im większy stres tym większe uczucie ulgi, tym większa przyjemność. Gdzieś tam w pś pokutował ten mechanizm i mimo, iż w życiu już pojawiał się spokój, pś co jakiś czas dostarczała mi sytuacji abym mogła się postresować, a później poczuć ulgę. Na szczęście da się przebywać w stanie spokoju i to uczucie ulgi nie jest już wtedy potrzebne.
Jednak praca nad zaufaniem do siebie, to też oczyszczanie intencji w stosunku do siebie - czyli rezygnacja z doświadczania negatywnych emocji, trzymania urazów, wchodzenia w sytuacje stresowe, a przekierunkowanie się na spokój, harmonię, luz. Niby to banalne, a jednak pś czuję się wtedy bezpiecznie, kiedy czuje, że chcemy dla niej dobrze, łagodnie, przyjemnie i rezygnujemy z wszystkiego, co związane z napięciem.