Bonkers,
temat misji jest trudny i pewnie dlatego jedno podejście to zdecydowanie za mało. Ja też sie od tego juz uwalniałam i też niedawno to do mnie wróciło chociaż trochę od innej strony.
U mnie to było tak, że najpierw trudno by mi zobaczyć u siebie misje, bo typowy misjonarz kojarzył mi się z kims kto namolnie wciska coś wszystkim wkoło podczas gdy oni nie chcą słuchać. Poza tym cechy misjonarskie sa w Polsce dość powszechne, więc czasem trudno zauważyc problem.
No ale jak juz zauważyłam to zaczęłam od poprzednich wcieleń, od odpowiedzialności za świat, od potrzeby służenia innym, od żałowania wszelkich biedactw. Zauważyłam jak nauczam ludzi u mnie w pracy, a oni owszem chętnie słuchają, ale i tak to nic nie zmienia w ich życiu.
I od tego się w większości uwolniłam.
A ostatnio to do mnie wróciło w relacjach z najbliższą mi osobą, czyli córką. Trudno zauważyć coś takiego w relacji z dzieckiem, może łatwiej w relacjach partnerskich. Ta odpowiedzialność za innych, za ich szczęście, za spełnianie ich potrzeb. Długo tego nie widziałam. A moja córka stawała sie coraz bardziej roszczeniowa. Myśle, że podświadomie chciała mi to pokazać. Ale ja nie chciałam tego widzieć. Dopiero jak wzięłysmy sobie psa i zaczęłam padac na pysk obsługując ja, psa i kota to się kapnęłam, ze coś jest nie tak. Że nawet pies jest ważniejszy ode mnie. Że nawet psa chcę uszczęśliwić.
I że zamiast szukać gdzieś daleko w poprzednich wcieleniach powinnam sie zająć tym co jest teraz, tym co sie pojawia w moim życiu.
Uświadomiłam sobie, że wcześniej nie mogłam tego puścić, bo moja samoocena była zbyt niska żeby to zobaczyć. Wyszło to dopiero jak ja sporo podniosłam.
Bo misjonarz ma bardzo niską samoocenę, a intencją pomagania jest podwyższenie sobie samooceny poprzez pomaganie. Pomaganie pomaga czuć się lepszym. Oczywiście każdy prawdziwy misjonarz zaprzeczy. Powie, że inni go potrzebują badź,że musi albo nie ma innego wyjścia. Albo ze szczerego serca... Może być ze szczerego serca, ale gdy jest to własnym kosztem to ja nie uwierzę w te szczere intencje.
Misjonarz ma skrzywione relacje. Nie może być tu mowy o partnerstwie.
Misjonarz nie widzi siebie. Widzi tylko otoczenie. Wie że jest, ale się nie widzi, pomija swoje potrzeby. Często wręcz cudze potrzeby może uznawać za własne.
I dlatego moim zdaniem w uwalnianiu od misji należy skupić się na ciągłym podnoszeniu samooceny.
I uświadomieniu sobie, ze : Ja jestem moim życiem. Nie inni, tylko ja. Ja jestem.
U mnie to podziałało. Jak miałam niziutka samoocenę to czytałam o misjonarstwie i wiele wiedziałam, ale nie brałam tego aż tak do siebie, wiele rzeczy nie dostrzegałam.
Jak podniosłam samoocenę to poczułam silną potrzebę żeby to z siebie zrzucić i uwolnić się od tego. Zając się sobą. Uznać swoja ważność. Opory gdzieś się ulotniły.
Zresztą to wogóle jest regułą, że przy wysokiej samoocenie łatwiej sie uwalnia. Im wyższa samoocena tym mniejsze opory przed dostrzeżeniem swojego cienia. Tym łatwiej jest byc ze sobą szczerym.
I jeszcze mi sie przypomniała, że warto sobie uświadomić do czego misjonarz używa innych ludzi oprócz podnoszenia swojej samooceny.
Do tego aby sobie dokopać. I żeby utwierdzić się w swojej bezsilności. Bo każda próba brania odpowiedzialności za innych, próba ich zmiany skazana jest na klęskę. A wszelkie starania zaspokojenia wszelkich potrzeb otoczenia - otoczenie bezlitośnie wykorzystuje. Pozostaje żal, frustracja, bezsilność.
I coraz większe żądania od otoczenia.
Już nie wystarczy, żebyś spełniał życzenia, za moment otoczenie zażąda, żebyś je w podskokach spełniał, a za jakiś czas żebyś jeszcze przy tym żonglował talerzami.
Takie są moje doświadczenia i przemyślenia.