Pozytywne Inspiracje
Forum => DDA i terapia wewnętrznego dziecka => Wątek zaczęty przez: Sebastian w 2011-11-04, 11:42:35
-
Nie pamiętam w moim życiu niczego co by było czyste i bez podtekstów. Całe lata byłem wielką iluzją udającą że jest ok. Boli mnie to że najwyższe dobro kojarzy mi się z czymś krzywdzącym. Całe życie natykałem się na ludzi którzy deklarowali że chcą dla mnie dobrze a tylko mnie krzywdzili, i to z premedytacją. Nie ufam innym ludziom, nie ufam Bogu. Słowo Bóg ch** dla mnie znaczy! Jest tylko samotność i ciągły mój fałsz. Tak bardzo chcę czuć 'coś', czasem jak przerabiam różne tematy to wlewa się we mnie trochę 'tego', ale to ciągle namiastki i namiastki ;/ Piszę czasem na tym forum bo szukam wsparcia, a potem czytam wspierające posty i kojarzą mi się one z czymś krzywdzącym. A na ludzi którzy dobrze się dogadują, i są w harmonii ze sobą to nie mogę patrzeć, tak samo jak nie mogę patrzeć na ludzi którzy się nie dogadują i kłócą ze sobą!
Jedyną prawdziwą rozrywką w moim życiu jest to, że kiedy odpocznę trochę z wyprucia z sił to zachciewa mi się iść na rolki, i jeśli nie popadnę w iluzję i intencję jeżdżenia dla innych ludzi i pozostanę skupiony na samym sobie, to mam z tego mnóstwo radochy.
I 2 miesiące temu wziąłem się za temat misjonarstwa który uznałem za kluczowy w mojej dupiatej samoocenie, i czuję wstyd i żal że jeszcze się go trzymam i wychodzą kolejne warstwy fałszu pod którymi znajduję to samo popierdolenie!
A w nocy obmyślałem plan jak dostać się do mieszkania terrorystki z piętra niżej która nie daje mi spać, żeby uciąć jej kabel od telewizora. Jak nie wychodzi od 2 lat z domu to już bym miał problem z głowy
-
Poryczałem się jak to napisałem. Bo kiedy żyłem dla innych ludzi to moje serce było otwarte i miałem chociaż namiastkę czucia tego nieba... a teraz to czuję jedną wielką czarną dziurę!
-
Sebastian - a niech się uzdrowi :) i szybko przejdzie to, co się teraz przez Ciebie przewala, i niech to będzie z błyskawiczną korzyścią dla Ciebie i namacalnymi pozytywnymi zmianami.
I daj sobie, pozwól sobie dać to, co najlepsze - może lepiej będzie Ci się kojarzyć, niż zgodne z Najwyższym Dobrem? Jesteś całkowicie bezpieczny, niewinny i w porządku, kiedy pozwalasz poczuć sobie, być, zaznawać, mieć w swoim życiu to, co najlepsze. Zasługujesz na to.
-
Dzisiaj potem pojechałem do pracy i przeżyłem załamanie nerwowe. Nie chce już opisywać co się stało, cały ciąg nękających moją psychę zbiegów okoliczności. Straciłem nad sobą kontrolę, wsiadłem w auto, wcisnąłem gaz do dechy i to Bóg chyba sprawił że się nie rozbiłem i że nikogo nie potrąciłem. Potem wysiadłem z auta i chciałem brać siekierę i rozwalić mój lokal. Trafiłem na moją mamę i nie pamiętam całej rozmowy ale byłem w transie, na przemian krzyczałem, płakałem, kuliłem się w konwulsjach, puszyłem, zaciskałem pięści, szczękę, głowę i tak przez 2 godziny. Potem pojechałem do domu rodziców, zasnąłem, odpocząłem i zacząłem rozmawiać z mamą o moich problemach emocjonalnych. Ona jak zwykle zaczęła zbaczać z tematu i jak jej powiedziałem znowu o DDA i że problemy zaczęły się w domu, to standardowo zaczęła blokować temat, mówić że to narkotyki są przyczyną moich problemów i nie dała sobie powiedzieć że narkotyki były następstwem problemów i dzisiaj tego nie wytrzymałem. Okrzyczałem ją z góry do dołu, wyrzuciłem z siebie cały ten ból że tata jak miałem 15 lat gonił mnie wokół stołu i lał kablem od komputera, nie pamiętam już za co. znowu się rozpłakałem, Mama sie rozpłakała, zaczęła się tłumaczyć a ja już nie chciałem tego słyszeć.. I nie poczułem się winny. Powiedziałem jej żeby oboje zdechli na zawał za co potem przepraszałem i co mnie strasznie zabolało...... Nigdy nie dostałem od rodziców wsparcia emocjonalnego i do tego lata trzymania na barkach wszystkiego dookoła nakumulowały we mnie to wszystko...
Od poniedziałku zapisuję się na grupę dla DDA bo nie umiem rozmawiać, śmiać się z normalnymi ludźmi, a normalni ludzie nie chcą słyszeć o żadnych problemach. Potrzebuję poczuć się słyszany:(
I szukam sobie nowej pracy. Ten lokal dało się rozkręcić ale ktoś nade mną zaklął go na niepowodzenie. I niech się dzieje może wreszcie na dobre, spokojne, i dostatnie................... W praniu wyjdzie jak moja pśka przyswaja dekret sens istnienia który czytam od paru dni.
-
O żesz chłopie ale jazda
BARDZO DOBRZE ZE ZAPISUJESZ SIE NA TERAPIE DDA!:)
Sama bym poszła, a co, aczkolwiek ja nie mam jazd, ale tez i nie mam czysto w 100%, a słyszałam, że terapie DDA sa rewelacyjne.
Pewnie za jakis czas sie uspokoisz i przyjmiesz zmiany, kiedy zaczynasz terapie?
Matce, ojcu, nie warto spowiadać się z własnych emocji itd, to istoty odległe, choc napewno chciałbyś w ramach uzdrowienia. Ale to się tak nie da, to sa żadkie wyjątki że się da, Twoi rodzice chyba do nich nienależą, zatem to by był kolejny ból niespełnienia.
No i zbadac wpływy astralne tez by nie zaszkodziło, i w tym kierunku poafirmować , trzymaj się SEbo
-
Sebo,
Naucz się EFT i porób sobie na dzieciństwo - na konkretne sytuacje, odpuszczą Ci emocje i podniesie Ci się samoocena. Jeśli będziesz systematyczny, to po 1-3 miesiącach poczujesz wyraźną ulgę.
Albo idź na regresing czy rebirthing, bo się udusisz tymi emocjami.
Same afirmacje czy dekrety to może być mało w Twoim przypadku.
Polecam też książkę Johna Bradshawa `Powrót do swego wewnętrzego domu`, bardzo dobra na kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem, zawiera dużo ćwiczeń, testów, bardzo wnikliwa publikacja. Pracowałam sporo z tą książką i dużo mi dała, bo dzieciństwo miałam kompletnie zjechane.
-
Sebo - terapia DDA - bardzo dobrze, ze się na to zdecydowałeś! Też wiem od osoby, która chodzi na taka, ze daje BARDZO WIELE, i samo zapisanie się i zaczęcie uczestnictwa jest krokiem milowym w uczynieniu zmian w swoim życiu na lepsze.
-
Sebo,
dobry wybór ta terapia na pewno pomoże, bo od czasów twoich wpisów na forum cudu niestety nie ma przełomów na lepsze więc gdzieś utknąłeś, a wirtualna pomoc widocznie nie skutkuje.
-
Sebastian
Taka terapia to bardzo dobra sprawa! Kilka lat temu uczęszczałam na grupową terapię DDA, były też spotkania indywidualne
pełniące funkcję uzupełniającą.Najpierw rozpoczynało się od takich wstępnych spotkań w dużej grupie osób, były to zajęcia na których omawiany był temat, przeprowadzane ćwiczenia, to wstępnie ułatwiało otwieranie się ze swoimi problemami przed grupą. Potem przechodziło się na terapię tzw. "pogłębioną" i to już była określona grupa osób, spotkania raz w tygodniu, dodatkowo spotkania indywidualne + raz w miesiącu tzw. "maraton" od piątku do niedzieli (zabiera się jedzonko, śpiwory no i praca nad sobą :)) Sama pogłębiona terapia trwa około 6 miesięcy. Później po pół roku jest jeszcze jeden dodatkowy maraton, na którym się omawia jakie zmiany zaszły w życiu od ukończenia terapii i ewentualnie dopracowuje się to co jeszcze się między czasie pojawiło. Po ukończeniu terapii pogłębionej można jeszcze korzystać ze spotkań indywidualnych jeśli zachodzi taka potrzeba, bo taka terapia to nie jest czarodziejska różdżka za dotknięciem której nagle się uzdrowimy ;) dlatego też jest po jej ukończeniu możliwość dalszego wsparcia bynajmniej do jakiegoś czasu.
Jeśli chodzi o tą fazę przygotowującą do terapii pogłębionej, to ona trwa różnie jeśli chodzi o czas, to jest sprawa indywidualna, kwestia otwartości na otwieranie się ze swoimi problemami również ważna jest otwartość na uzdrawianie tematu.
Tak z mojego ogródka dodam, że ja jak zaczęłam wtedy chodzić na tą wstępną grupę to była dla mnie masakra (wtedy jeszcze nic nie wiedziałam o świadomym rozwoju duchowym ). Przychodziłam z zajęć strasznie zmęczona i wydawało mi się,że moje problemy to jest "wielki pikuś" ;) do tych problemów co mają inni ;)
Strasznie się wstydziłam tam chodzić, bałam się ze zobaczą mnie tam znajomi, że coś złego sobie o mnie pomyślą, albo już nie daj Boże ktoś pomyśli że to ja mam problem z piciem alkoholu lub z narkotykami ( a ja zawsze trzymałam się z daleka od narkotyków i innych używek ). Później zobaczyłam, że nie tylko ja miałam tego typu dylematy.
Te parę lat temu to mi koleżanka, która jest terapeutką uświadomiła o co chodzi z tym DDA. Duże oczy zrobiłam jak ona raz powiedziała o tym, że Jej ojciec był alkoholikiem, wówczas mnie zacięło no bo ja wówczas byłam na etapie wstydu i absolutnie nie w głowie by mi było aby o czymś takim mówić. Ale wtedy we mnie nastąpił przełom, no bo skoro koleżanka która jest terapeutką mówi o tym i nie jest to nic złego i wstydliwego no to chyba można też spróbować ;) No i tak poszło dalej :)
Powiedziała mi o syndromie DDA i wreszcie poczułam, że zostało coś nazwane po imieniu i że to jednak jest jakiś problem, no bo ja wtedy tak doskonale sobie ze wszystkim radziłam, że bym nie pomyślała że DDA to cholersto jakich mało ;) No a później
wyszło "szydło z wora" i zaczęły wyłazić wszystkie wieloletnie napięcia. Ale zanim to nastąpiło to dużo czasu upłynęło. Bardzo opornie szło mi otwieranie się ale duży problem był w tym, że ja miałam to wszystko zmrożone, nie miałam dostępu do własnych emocji, które wcześniej przeżywałam, w ramach mechanizmu ochronnego wszystko w sobie poblokowałam, tłumiłam
nie uzewnętrzniałam no i "doskonale" mi wszystko szło, nauczyłam się świetnie ze wszystkim funkcjonować ;)
Mimo wszystko tamta terapia to był milowy krok w moim życiu (wzięłam z niej tyle ile potrafiłam na tamten czas, poziom świadomości )Już wiele rzeczy nie było takie jak wcześniej, dowiedziałm się dużo o współuzależnieniu, o schematach funkcjonujących w rodzinach dysfunkcyjnych, zaczęłam na wiele spraw patrzec z inną świadomością, już nie można było funkcjonować "po staremu" nie było na to wewnętrznej zgody.
Obecnie od jakiegoś czasu chodzę na indywidualne spotkania i już zupełnie inaczej pewne rzeczy przerabiam, pracuję z podświadomością i dzięki temu wiem co mnie boli, mam dużo większy dostęp do emocji, które wcześniej były zapieczone i z tym pracuję. Już robię tą terapię całkowicie dla siebie (uzdrawiam siebie), bo wtedy to jeszcze było mi w głowie "uzdrawianie" ;) innych ( fakt, że sporo osób udało mi się wtedy zainspirować do zmian ). Ale mimo wszystko dzisiaj zupełnie inaczej do tego podchodzę, mogę kogoś zainspirować, coś podpowiedzieć ale decyzję pozostwiam już Tej drugiej stronie.
Sebuś, Ty już długo ze sobą świadomie pracujesz, emocje aż kipią z Ciebie, doskonale wiesz co Cię boli - super jestes przygotowany do takiej terapii, tylko iść i uzdrawiać :)
Pracujesz nad innymi tematami ale to dzieciństwo z "siłą wodospadu" ;) pcha się na pierwszy plan
-
Dzięki wam za takie długie i rzeczowe wpisy.
Ja przez te kilka lat miałem zamrożone emocje i nie miałem do nich dostępu a teraz zaczynają kipić. Czułem się uwięziony w poczuciu winy za to że czuję negatywne emocje, moja rodzina zawsze mnie winiła za to że "robiłem problemy", po tym jak np. dostałem wpierdol lub że byłem niezadowolony bo ojciec lub brat mnie gnębił. Ojciec mnie bił jak byłem mały i bezbronny i poprzysiągłem sobie że jak dorosnę to go zapierdolę. Czułem się tak bardzo winny za te myśli że stworzyłem sobie w czasie sztuczną osobowość u której wszystko jest "ok". Ta sztuczna osobowość mi chyba ostatnio pękła na dobre. Jestem nieszczęśliwym, zgnębionym małym chłopcem i pamiętam dużo bólu, krzyków i robienia wody z mózgu.
Moim problemem jest poczucie izolacji od reszty świata, kilka lat błagam o to żeby ktoś mnie wysłuchał i nie umiem przekazać innym tego co we mnie siedzi. Chodzę regularnie na regresing i nigdy nie potrafię powiedzieć tego co tak mocno mnie boli. Teraz widzę że nie ufam nikomu i nie potrafię się przebić, i tak bardzo cierpię i czuję się taki samotny!! Boję się krzyków, boję się innych ludzi, boję się mojego ojca i czuję bezradność, i im więcej piszę tym bardziej mi się kręci w głowie. Bito mnie żebym nie płakał, bito mnie żebym nie robił problemów i przestawano jak ja już czułem że przestaję oddychać i że robi mi się taka ulga
Czuję teraz złość na mojego regresera że nie umie mi pomóc. I powiem mu o tej złości bo ta złość może być sednem, i to że nie ufam nikomu. Nigdy nie mówiłem przykrych rzeczy nikomu bo nie chciałem krzywdzić niczyich uczuć. Mam silne wrażenie że regreser do którego chodzę blokuje we mnie te emocje!!!!!!!!!! Ale nie potrafię już dłużej żyć w izolacji, lecą właśnie najlepsze lata mojego życia i widuję takie piękne kobiety, i nie umiem przy nich nic zrobić. Koleżanki z dawnych lat czasem chcą mnie wyciągnąć na spotkanie a ja mówię że kiedy indziej i się izoluję, a tak bardzo bym chciał ale się strasznie boję!!
I "uduchowieni" ludzie mi chrzanią że cierpię bo taki sobie plan wybrałem, bo takie mam intencje, bo tak se moja dusza w niebie wymyśliła. Ludzie, nie wpadajmy w paranoje, ja od 5 lat desperacko szukam wyjścia z tej sytuacji!! Takie gadanie związane z regresingową doktryną tylko pogłębia moje poczucie izolacji.
-
I czuję wielke zawiedzenie rozwojem duchowym. Wiem że to działa i nie przestanę pracować z afirmacjami, ale ja nie chcę cudów z kosmosu tylko realnego wsparcia innych ludzi! A rozwojowcy wszyscy tacy samowystarczali, tak im Bóóóg pomaga! Nie można się do nikogo odezwać, w dupe jebane!
-
Sebo
Doskonale rozumiem ból odczucia, że jest się całkowicie samemu ze swoimi problemami i wiem, że to nic fajnego. Najlepsze co można w takiej sytuacji zrobić to próbować dać wsparcie samemu sobie. Pocieszyć się, powiedzieć sobie coś miłego, przeprosić, pozwolić sobie na emocje, itp. Wspierających ludzi się nie wyczaruje od tak w 5 minut, więc warto spróbować sobie dać samemu, to co chciałoby się od nich dostać. Jesteś jedyną osobą, od której możesz dostać wsparcie zawsze i wszędzie, więc szkoda byłoby tego nie wykorzystać. Szkoda byłoby się od siebie odwracać i złudną nadzieją byłoby oczekiwanie, że inni dadzą Ci coś czego sam byś nie chciał sobie dać.
"kilka lat błagam o to żeby ktoś mnie wysłuchał i nie umiem przekazać innym tego co we mnie siedzi."
Myślę, że to błaganie to tak naprawdę skierowane jest do Ciebie, a nie do innych - to te stłumione emocje i traumy chcą wyjść i być przez Ciebie "wysłuchane", zamiast dotychczasowego spychania ich poza świadomość. Za to potrzebą aby ktoś Cię wysłuchał i zrozumiał kryje się potrzeba, abyś wysłuchał swoich tłumionych potrzeb, abyś zrozumiał sam siebie. To z samym sobą musisz szczerze porozmawiać :)
Oczywiście nie mówię, że masz przestać szukać wsparcia na zewnątrz czy coś w tym stylu, ale chodzi o to, aby mimo to pamiętać o powyższym i cały czas odbudowywać relację z samym sobą - cegiełka po cegiełce. Wtedy ta potrzeba wsparcia od innych będzie stopniowo słabła i będzie Ci z tym coraz lżej, nawet jeśli wciąż się nie uda go dostać.
-
Sebo
Spróbuj:
http://www.ezosfera.pl/leszek/artykul/38
-
Zwiodło mnie zaślepienie, które mi zeszło z oczu na ostatniej sesji. A zaślepiony byłem bo chodziłem do jednego z lepszych regreserów w Polsce. Zorientowałem się podczas rozmowy że on blokuje moje wyrażanie emocji, tak jak blokowała je moja rodzina. Czas zmienić terapeutę.
Wiem że rozwój duchowy działa i dużo przez ostatnie lata sie uwrażliwiłem na siebie i na to co sie dzieje dookoła mnie, dało mi siły by wyjśc z ciężkich nałogów i ogarnąć się nieco, ale trzeba być człowiekiem! A ja postrzegam rozwojowców tak, że nie dorastam im do pięt bo się emocjonuję bo oni to wszystko już przekroczyli i osiągają wyższe levele, i nie chcą słyszeć o moich emocjach. Dlatego pójdę na klasyczną terapię i będę płakał i wyrażał swoje żale tyle ile będę miał ochotę, aż dojdę do wniosku że mogę je odpuścić i że to co mnie hamowało w wyrażaniu siebie puściło.
Clint, ja sobie samemu ufam bardzo dobrze, i stoję murem za sobą! Tego się nauczyłem przez lata. Ale przytłacza mnie samotność i niemożność wyrażenia bólu na sercu, który jest związany z innymi ludźmi. Przez ostatnie lata czułem że wszyscy dookoła mi to blokują. Ostatnio kiedy się załamałem to puściła we mnie tama i od razu czuję się bardziej żywy.
Leszek widzę że popełniam błędy, że nie potrafię zaufać innym, ale po prostu mnie to przerasta! Bo rozwojowcy mi się jawią jako jacyś wywyższeni, a ja potrzebuję normalnych ludzi którzy śmieją się i płaczą! Może po prostu rozwojowcy tacy są ale ja mam jakieś powalone wyobrażenie że czuję straszny respekt i samokontrolę w rozwojowym towarzystwie czy to na warsztatach czy na forach duchowych
Na szczęście ostatnio uczę się że jestem OK z tym co czuję, i wiem że robię milowy krok w kierunku wyjścia z tego bagna. Z tego powodu chcę zmienić terapeutę i terapię, bo rzygać mi się chce podejściem tego terapeuty z którym miałem do czynienia dotychczas.
-
.. i że istnieję po to by doświadczać szczęścia, miłości, itd. - dlatego nie mam zamiaru dłużej kręcić się w kółko na powalonych spotkaniach które niby coś wnoszą, a omijają samo sedno ponieważ NIE POTRAFIĘ w tej kwestii nawiązać kontaktu z terapeutą ani w sumie z nikim.
-
Sebastian - pocieszę Cię, ze realnie istnieje mnóstwo rozwojowych ludzi, którzy z łatwością pozwalają zarówno sobie, jak i innym wyrażać swoje uczucia i emocje, ba! Bywają rozbrykani, weseli, a kiedy czują ból - przyznają się do tego, a jak jest im smutno, to tez płaczą. Nie są cyborgami ;) Co więcej, potrafią to wszystko okazywać w rozwojowym towarzystwie, bez przejmowania się tym, co kto sobie pomyśli, kiedy się śmieją, podskakuj czy co tam innego robią, po prostu pozwalając sobie być sobą :))
Ogólnie - powodzenia! Skutecznej terapii DDA, uzdrowienia wyrażania emocji i uczuć i naprawdę dobrego, fajnego, radosnego, otwartego i mądrego terapeuty.
-
Sebastian
Rozumiem Cię doskonale, sama zaczęłam swój rozwój od takich mega jazd. Chodziłam na szkołe regresingu, wszyscy wchodzili od razu w głębokie sesje, a ja nie mogłam, bo taki lęk czułam przed ludźmi i przed wejściem w te traumy, w których zresztą aktualnie wtedy siedziałam po uszy, więc o nawet nie była przeszłość, tylko teraźniejszość.
Jedyne co mi przychodziło, czego oczywiście nie chciałam i się wstydziłam to płacz, wychodziłam wtedy z sali, najlepiej ukradkiem, by nikt nie widział. Każde wybranie się na zajęcia to była duża walka z sobą, by przełamać lęki. Obserwowałam z miesiąca na miesiąc jak ci ludzie się rozwijają, są coraz bardziej oczyszczeni, chwalą się sukcesami, a ja miałam poczucie, że stoję w miejscu, bo nawet nie odreagowuję na sesjach. Miałam taką samokontrolę, że w pewnym momencie zaczęło to się objawiać tikami.
No ale chodziłam tam, bo byłam zdesperowana i bałam się, że jak mi to nie pomoże, to już nic. Widziałam w tym jakąś szanse
dla siebie. Dopiero po niecałym roku powoli zaczęłam przekonywać się i pozwalać sobie wchodzić w sesje. A taką głębszą to miałam dopiero na wczasach RSR na które pojechałam. No nie było wesoło. Miałam mega dużo żalu i lęku do ludzi. Potem zainteresowało mnie to, że ta metoda faktycznie działa, bo widziałam jak ludzie się zmieniają, opowiadają o tym, co konkretnie się w ich życiu zmieniło i to mnie powoli ośmielało, że jednak jest opcja wyjścia też z moich problemów.
I zaczęłam sobie pozwalać, zamiast im zazdrościć i czuć się gorsza:)
Więc Twoja sytuacja nie jest tragiczna i jest do uzdrowienia. Myślę nawet, że to, że teraz tak Ci wywaliło, wynika z uzdrowienia już pewnych rzeczy, że wogóle sobie na to pozwoliłeś, bo do tego też trzeba trochę poczuć się pewniej. To krok do przodu. Wiem z doświadczenia, że pozwolenie sobie na odblokowanie takiej traumy to już lepiej niż blokowanie, niedopuszczanie i kontrola:)
Mi też kiedyś bliska osoba jak jej wywalało coś podobnego do Ciebie mówiła, że ja jestem taka"wywyższona" i nie wiadomo co, a ona chce wyrażać emocje. Tylko, że to wyrażanie emocji polegało na tym, że ta osobą usiadła ze mną i przez około godzinę wylewała na mnie swój gniew i agresję, także skierowaną do mnie. Nie dając mi dojść do głosu, bo ona teraz wyraża swoje emocje, bo ma do tego prawo, a ja niby powinnam wysłuchać. Po godzinie monologu postanowiłam to skończyć, korzystając z chwili ciszy, na co usłyszałam" Mamo, nie przerywaj mi!".
Od tego czasu zrezygnowałam zupełnie z takiej formy wspierania, bo nikt nie lubi być workiem treningowym, a i zauważyłam, że to zupełnie nie pomogło. Bo ta osoba nie chciała tego uzdrowić, tylko nadal czuć żal i pretensje do swoich rodziców, i do mnie.
Myślę, że chodzi o to jak się te emocje wyraża, niestety czasem ludziom wydaje się, że prawo do wyrażania emocji, polega na wyżywaniu się na terapeucie, lub bliskiej osobie, od ktorej oczekuje się wsparcia i zrozumienia.
Osoba, która nawet przeżyła coś podobnego, a już uzdrowiła, raczej nie powie" Tak masz rację, że ich nienawidzisz! Dowal im!". Bo wie jak to działa.
Chodzi o zaakceptowanie swoich uczuć, siebie z tymi emocjami, pozwolenie sobie na to by je czuć, zrozumienie skąd się wzięły i czucie się z tym niewinnie i w porządku. Wybaczenie sobie, że takie masz emocje, że takich sytuacji doświadczałeś.
Ale chęci wyżywania się, zemsty na tych osobach, czy innych, to już trochę co innego.
I przede wszystkim zwrócenie uwagi na dogrywanie intencji. Bo ofiara, bardzo chętnie stanie się potem katem, dla krzywdzicieli, a jeśli nie, dla innych bliskich osób, bo uważa, że jej się to za te krzywdy należy.
Bądź dobry dla siebie, daj sobie czas:) Zaakceptuj siebie w tym etapie na którym jesteś.
-
Swoją drogą mam pytanie: Czy lęki przed byciem ocenianym, konsekwencjami negatywnego oceniania przez innych to też DDA?
-
dzięki
-
Sebastian,
skoro emocje zaczynają wychodzić to najlepszy czas by z tego skorzystać, dorosłeś do tego by je w końcu uwolnić.
Walnij sobie to, co się u ciebie najlepiej sprawdza, co się REALNIE sprawdza. A jeśli nie wiesz, to próbuj różnych rzeczy. Potrzebujesz się wypłakać-rycz, powrzeszczeć-wrzeszcz itp., ale rób to zawsze z poszanowaniem drugiej osoby i w sprzyjających warunkach.
U mnie stan wyrzucania syfu emocjonalnego (takiego konkretnego) trwał kilka lat. Żeby bardziej przybliżyć swój stan, napiszę tylko, że jakieś 5 lat temu Lechu zwahał mi czakry, gdzie stwierdził 3 odcięcia! nie było przepływu energii (minimalny) w 3 bardzo ważnych obszarach, po czym stwierdził, że już nikogo nie waha. Byłam tak naładowana emocjami i tak jednocześnie poodcinana, że nie potrafiłam normalnie funkcjonować, a każda minuta mojego życia była dla mnie cierpieniem i chciałam z tym wszystkim skończyć. Ale min. natura wojownika (że nigdy się nie poddam) kazała mi iść do przodu i mimo ogromnego bólu psychicznego jakiego doznawałam na co dzień, do tego silnych wpływów astralnych, nie poddawałam się.
Chodziłam na rebirthing (boze nigdy nie wiem jak to slowo napisac ;)), na którym miałam totalnie w d.. co ktoś sobie o mnie pomyśli i całą sobą wyrzucałam to co akurat było, a było tego tak dużo, że z tydzień musiałabym opisywać. Niektórzy byli przerażeni tak, że nic nie potrafili zrobić, inni się przy mnie otwierali i wtedy to się dopiero cyrk zaczynał - wyobraź sobie salę ludzi, gdzie każdy się inaczej wydziera, klnie, zachowuje jak zwierzę itp. :D mapet show! Zdarzyło się nawet, że ktoś z budynku, w którym odbywały się zajęcia bał się i trzeba było go uspokajać, tłumacząc, że wszystko w porządku i ci ludzi się tam nie zażynają ;)
Uwielbiałam moją trenerkę oddechu, do dziś ją uwielbiam, tyle ciepła, wsparcia bez względu na to jak się zachowywałam, nie dostałam wcześniej chyba od nikogo. Mogłam tam robić dosłownie wszystko, oprócz bicia innych i to mi dało dużo wyzwolenia.
Przeklinałam na czym świat stoi, darłam się wniebogłosy, a ona po wszystkim przychodziła do mnie, głaskała i mówiła że wszystko jest w porządku :) To było odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie. Kiedyś taką akcję wywinęłam na rgs u Basi Mieloch (pozwoliłam sobie na darcie się na cały głos), wpierw miałam małe opory, ale potem mi to wisiało, heh część sali z początku trochę zdębiała, jedna laska to w jakiś paraliż wpadła :D bo u niej w domu podobnie się wydzierało. Tam jednak nie czułam się aż tak komfortowo, jak na oddychaniu.
Zajebiste są też medytacje dynamiczne Osho, które służą min. wyrzucaniu z siebie hardcorowych emocji.
Uważam te metody za bardzo dobre przy silnych obciązeniach, gdzie człowiek traci częściowo panowanie nad tym co z niego wychodzi.
To wszystko co wtedy przeżywałam było naprawdę hardcorowe, sama nie wiem jak dałam radę przez to przejść, ale jestem z siebie dumna :P i wiem, że mam siłę poradzić sobie ze wszystkim, tylko kwestia czasu.
Inna sprawa, że lubiłam hardcor (jeszcze niestety trochę teraz) więc też moje intencje doprowadzały do granicznych dawek emocji.
Teraz stosuję inne metody, dużo łagodniejsze, typu WHH, stany szczytowe czy technika uwalniania i też śmiało mogę ci je polecić. Wymagają spojrzenia na siebie zupełnie prawdziwie, tak, ze czasem człowiek czuję się zupełnie nagi i zawstydzony tym jaki jest, ale to jest w jakiś sposób wyzwalające
-
"To wszystko co wtedy przeżywałam było naprawdę hardcorowe, sama nie wiem jak dałam radę przez to przejść, ale jestem z siebie dumna :P i wiem, że mam siłę poradzić sobie ze wszystkim, tylko kwestia czasu."
Mi też coś takiego zostało:) Nie boję się wywałek, choćby nie wiem co się działo, bo wiem, że i tak sobie z tym poradzę.
Ja też dodam, że gdy poszłam na grupę RSR, to tam wszyscy byli początkujący, przynajmniej w tej metodzie, a większość ogólnie w rozwoju. To mi dało pewien komfort, choć nie wierzyłam wtedy nikomu i niczemu, potrzebowałam chyba się oswoić i poprzyglądać, jakie są efekty. Nikt mnie nie naciskał, to też było dla mnie na początku podejrzane i dziwne:P Jak to u DDA z hardcorem.
-
Ja się boję tych wywałek, związanych z tym co najmocniej we mnie siedzi. 3 dni temu jak dostałem załamania nerwowego zachowywałem się jak psychopata, i wydawało mi się to bardzo groźne, ale w sumie nikomu nic się nie stało więc może moje afirmowanie bezpieczeństwa kiedy wyrażam siebie i swoje emocje w ten sposób zadziałało.
Ja niestety do tej pory zawsze byłem wytłumiany na zajęciach rsr, ludzie sie bali moich wywałek i dlatego ja nie pozwalałem sobie tego z siebie wyrzucić. Bo jak wyrzucić z siebie chęć zajebania mojego ojca? Te emocje są tak silne że jakbym wszedł z nimi w kontakt to chyba bym stracił kontrolę nad sobą. Od 3 dni mam na wierzchu taką nienawiść że wziąłem sobie tydzień wolnego z pracy żeby nie widzieć mojego ojca, jeśli ma się tam wszystko zawalić to mam to w dupie, bo jakbym miał spotkać mojego ojca to albo mu coś zrobie, albo ucieknę w paranoi. Nienawidzę go i nienawidzę mojej matki za to że jak on mnie bił to ona nie dała mi żadnego wsparcia. I to przez nich jestem kaleką emocjonalnym który zamiast urzeczywistniać ogromny potencjał który widzę w sobie w relacjach z ludźmi, śmiejąc się, przeżywając fajne przygody, dupcząc, grał na komputerze i ćpał.
Mój regreser od 3 lat mnie uzdrawia nie pozwalając mi wyrzucić tego wszystkiego co w sobie mam, i podczas sesji inteligentnie i spokojnie rozmawiam o moich emocjach które siedzą w głębi i kipią!!!!! jutro idę do niego na sesję i mu to wygarnę i albo będziemy robili sesję po mojemu, uzdrawiającą, albo wyjdę przed sesją.
Karola to o czym piszesz że wyrzucałaś t owszystko z siebie bez czucia się winną to dla mnie klucz. Tak bardzo Ci zazdroszczę odwagi!! Mnie zawsze obwiniano za moje emocje i jeszcze wytłumiano we mnie, mówili "coś ci sie wydaje", "coś ci sie ubzdurało" i te teksty powodowały że kręciło mi się w głowie i czułem się otępiały. JA MUSZĘ TO WSZYSTKO Z SIEBIE WYRZUCIĆ, INACZEJ ZOSTANĘ KALEKĄ EMOCJONALNYM DO KOŃCA ŻYCIA!!!!
1 raz na letnich wczasach regresingu zaczęła wychodzić ze mnie ogromna nienawiść do ojca, zacząłem krzyczeć, zostałem uciszony.
Inny raz na zimowych wczasach regresingu przerabiałem wcielenie prostytutki, prowokowanie seksualne mężczyzn (wbrew mojej hetero orientacji miałem takie wzorce) i sesję robił mi akurat gej i tak się zakręcił że zamiast odreagowywać mi to że obślizgli zaśmierdzieli faceci presjowali mnie na seks, co mu wyraźnie mówiłem, on zaczął mi odreagowywać żebym przypomniał sobie moment w którym po raz pierwszy zacząłem się tak bronić przed facetami, i w którym po raz pierwszy przestało mi się podobać jak inni faceci chcą mieć ze mną seks , z wyraźną nadzieją że stanę się łatwiejszy. Nie wytrzymałem i wyrzuciłem z siebie tak głośny krzyk i słowa w jego kierunku, że cała sala zamilkła na 10 sekund, 3 osoby dostały paraliżu, potem tą sprawę dyskutowano po sesjach a ja się czułem winny. A on nie chciał ze mną mieć sesji, ale mimo to sie odważył i była to też udana sesja :))))) ale ja sie znowu zamknąłem...
Będę afirmował dalej że jestem bezpieczny, niewinny i w porządku z wyrażaniem siebie, bo JA WIEM OD DAWNA ŻE TO JEST KLUCZ. Tylko jakoś nikt nie wspierał afirmowania tego przeze mnie, i zrobię to dla siebie na przekór wszystkim którym wygodniej jest jak odreagowuję po cichu i ch*jowo. Ludzie się boją agresji z mojej strony, ale to właśnie tłumienie moich krzywd powoduje we mnie agresję i chęć rozjebania wszystkiego dookoła - bo zamiast móc je wyrzucić, kiszę się w nich! I te tłumione uczucia powodują że izoluję się od innych ludzi i tym bardziej mi przykro że jestem przesympatycznym facetem
-
Sebo, trzymam kciuki za uzdrawianie :)
-
Sebo:) a może wzioł bys namiary do tej terapeutki do której chodziła Karola?
Tam mógłbyś sie wyluzować i otworzyć, w świadomości postu Karoli.
-
Sebo
Masz moje wsparcie, sam dokładnie ten sam temat przerabiam, tyle że jeszcze nie odważyłem wyrzucić tego z siebie. Co chwila znajduję wytłumaczenia czemu mam tego nie robić.
-
No Olga właśnie o tym myślałem, tylko jakoś mi umknęło;)
Jasiu ja wiem że tak masz, czuć było ostatnio przez telefon że dużo w sobie dusisz. Wyrzuć to z siebie ;))
-
Próbuje wyrzucić od dłuższego czasu, ale dopiero od niedawna dochodzę do tego czemu duszę, więc przy odrobinie dobrej woli i samozaparcia niedługo będę non-stop wyrzucony na wierzch ;P
-
Sebastian,
jest jeszcze jedna fajna rzecz - technika uwalniania, banalnie prosta i myślę, że mógłbyś jej spróbować. Służy min. do uwalniania oporów... przed uwalnianiem. W sumie w tym tkwi cały szkopuł, jest tak prosta, że nie mogę jej często stosować, bo pś się boi zmian, a z opowieści ludzi, którzy ją konkretnie stosują, działa dość ostro!
Odwaga się znajdzie, jak pojedziesz na sesję, pomyśl sobie, że tych ludzi i tak przecież nie znasz więc co ci zależy ;)
A będziesz miał okazję do zrobienia z siebie zwierzęcia bez konsekwencji (oczywiście jeśli nikogo nie zaatakujesz ;))
-
Karola
Co to za konkretna i prosta technika:)))?
-
Karola co to za technika?
Na mnie tak jak piszesz działa EFT
-
A, bardzo fajna jest ta technika :) Super jako dodatkowa pomoc, czy to w sesji rsr, czy w innych przypadkach.
Najpierw jest pytanie, czy to co czujesz/chcesz uwolnić ma podstawę w:
braku, chęci, czy pragnieniu - i jest w tym potrzeba: kontroli, bezpieczeństwa, akceptacji (do wyboru) :)
Po ustaleniu tego przechodzi się do drugiego etapu:
Można wyciągnąć przed siebie zaciśnięte pięści, albo coś ściskać w ręce i wtedy zadaje się pytania:
- Czy możesz to puścić? (tak)
- Czy chcesz to puścić, najlepiej jak potrafisz? (tak)
- Kiedy? :)) (TERAZ!)
Założenie jest takie, by spróbować na nie świadomie odpowiedzieć, tak jak w nawiasach, ale wiadomo, ze różnie z tym bywa, co człek rzeczywiście ma ochotę odpowiedzieć i zrobić :)
To tak pokrótce :) Karola czy nic nie pokręciłam? :)
-
Gorzej, jeśli nie chce sie czegoś puścić
Spróbowałem na nienawiść do ojca i powtórzyłem wszystkie kroki i faktycznie ku mojemu zdziwieniu czuję się dużo lepiej, aż się uśmiechnąłem :))
-
Dzieki:) Nie znałam tego.
-
Zaraz jak poodpuszczałem warunkową nienawiść do ojca, poczułem wydawałoby się bezwarunkową nienawiść do wszystkiego co żyje. Na ładnych intencjach budowałem misjonarskie zapędy... Może dlatego czuję od lat taką izolację? Za to uspokoiłem się trochę i czuję się dobrze sam ze sobą
-
Hydzia,
bardzo fajnie opisałaś :)
ja jeszcze ciut dopiszę
Generalnie "technika uwalniania", bo tak się zowie, opiera się na fundamentalnych mechanizmach działania ego i uznaje, że ego jest przyczyną wszelkiego cierpienia, także praca tą techniką powoli eliminuje wpływ ego na nasze życie i wypełnia nas coraz bardziej spokojem.
Ego wg "tu" bazuje na 3 brakach/pragnieniach/chęciach, tak jak hydzia pisała:
- braku kontroli (chcemy coś, kogoś, sytuację kontrolować)
- braku akceptacji (coś nam nie pasuje)
- braku bezpieczeństwa (to jest zawsze pierwotnym brakiem, na nim są nabudowane często 2 pozostałe braki).
Np. czujemy nienawiść do ojca, najpierw zamykamy oczy, opuszczamy głowę lekko w dół (na początku to ułatwia kontakt z emocjami) i lokalizujemy w ciele, gdzie czujemy daną emocję, dajmy na to żołądek. Skupiamy się na tej emocji na tyle ile możemy, staramy się poczuć jak najbardziej, później jeszcze bardziej i jeszcze bardziej, tak, że czujemy ją intensywnie, na tyle ile możemy w danym momencie.
Teraz stajemy przed wyborem:
- czy mogę sobie pozwolić puścić tę emocję/energię? tak, dajemy sobie przyzwolenie (oczywiście możemy powiedzieć "nie", ale tym samym zostajemy w starych intencjach szkodzenia sobie)
- czy pozwolę sobie puścić tę emocję/energię? tak, tu już decydujemy się na krok zrobienia tego
- kiedy? teraz, i w tym momencie "otwieramy drzwi, okno" w miejscu gdzie czujemy daną emocję i najlepiej z oddechem wypuszczamy ją zewnątrz.
Tak robimy do pełnego pozbycia się emocji i uzyskania spokoju wewnętrznego.
Natomiast emocja nienawiści wynikała z braku, który jest w nas. I tu trzeba sobie zadać pytanie, z którego z wymienionych braków ona wynikała? Czy nienawidzę ojca, bo tak naprawdę czuję brak akceptacji w sobie? A może brak kontroli nad nim, jego działaniami?
A następnie dokładnie tym samym schematem puścić owy brak, braki. Wtedy już pojawia się pełne uwolnienie :)
W Polsce technikę promuje Adam Krasowski, (bardzo fajny człowiek :)), jak ktoś jest zainteresowany to można go znaleźć na fb, prowadzi warsztaty i chyba jeszcze bloga, także z netu można się trochę dowiedzieć.
-
bradzo fajne, takie świadome odpuszczenie na zasadzie puszczam i tyle, ciekawe jak mocno to działa
-
spróbuj to się dowiesz ;)
-
Karola - bardzo dobrze, ze dopisałaś to rozwinięcie :-) Paru szczegółów (a ważnych) sama nie pamiętałam :))
-
A zajęcia u Adama Krasowskiego też polecam, pożyteczne są :-)
-
teraz mi się przypomniało że kiedyś jak byłem wkurzowny to na maksa pozwalałem sobie na nienawiść i robiłem pompki, szybko mi przechodziło, bo szybko się męczyłem, ciekawe czy to jest na takiej samej zazadzie. Takie troche za proste, teraz wolę bardziej skomplikowanie metody ;]
-
Karola i Hydzia :)
Fajna metoda :) Pozwoliła mi obniżyć poziom leku na tyle, że moge działać :)
-
Dla wszystkich szukających sposobu na gniew lub nienawiść:
http://www.instytuteft.com/blog/?cat=19&lang=pl
-
Ja w ostatni weeken bezpośrednio robiłem sobie eft na nienawiść i jej źródło, i powiem szczerze że nie wiele mi to pomogło. A robiłem już dosyć konkretne ustawienia i ustawiani pozytywnymi i słabo to szło.
Powiem że afirmacje przebaczające są wspaniałe, ale trzeba być cierpliwym i systematycznym. Miałem okres że potrafiłem pisać kilka stron a4 dziennie, nie wiem ile tego było ale było dużo :) Jedyny sposób żeby coś ruszyć, i pomogło nawet bardzo. Teraz wracam znów do pisania.
Ja ... przebaczam ... (tej osobie)
No i dla dda który boi się emocji, i w ogole bycie sobą.
Ja ... przebaczam sobie że czuje złość i nienawiść, Ja ... przebaczam sobie że jestem zły i niewłaściwy.
-
Lukaszlm - myślę, ze na każdego każda metoda może działać trochę inaczej :-)
Co to techniki uwalniania - jeśli jej nie spróbowałeś, to może kiedyś spróbuj wedle przepisu Karoli, bez zakładania, ze jak takie proste, to pewnie nieskuteczne. Zastosuj ją z tym wczuwaniem się w daną emocję/stan - i potem zobacz, jak uda Ci się świadomie puścić (wybaczyć - bo można też w ten sposób puścić opory przed wybaczeniem). Dla mnie, choć prosta - to pomocniczo - bo wszystkiego nie rozwiąże - naprawdę skuteczna :) I idealnie działa wg mnie z zaciśniętymi pięściami lub ściskanym w garści długopisem :))
Na emocje i na opór - idealna, i ma błyskawiczne doraźne działanie :-)
-
Tzw normalni ludzie smieja sie i placza ale ze swieca szukac niepijacego czy niepalacego;)codziennie chocby piwko albo drinka i fajeczke.to jedno.Drugie-to jak sie nie ma bliskiej osoby,od serca i przytulania to rzeczywiscie jest trudniej kazdemu.Zawsze to bioenergia-mowil leszek na jakiejs plycie RSR;).na cudzie chyba byly filmiki o parce co sie poznala na zajeciach dla DDA.swietnie sie rozumieli bo wychodzili z podobnych problemow i wspierali sie.zajecia sa takze po to zeby osoby bliskie potencjalnie mialy szanse sie poznac ze soba;)
-
A! to do wypowiedzi Sebo,ale to z 1-szej strony;)
-
Odnośnie Techniki uwalniania to moje wrażenie jest takie, że pytania, o których piszecie są tylko pomocnicze. Kluczowe w tej technice jest pozwalanie na wychodzenie (przepływ) danej emocji, pragnienia, itp. na zasadzie "więcej, więcej i więcej". Akceptacja tej emocji i uwalnianie oporu przed tym, nie blokowanie tego. Gdy tak samo wychodzi, to najpierw jest tego faktycznie więcej, aż do kulminacyjnego momentu, a potem jest już coraz mniej, aż wreszcie znika (mówię z własnego doświadczenia). W tym kulminacyjnym momencie można zadać pytania, jak ktoś lubi, albo czuje, że jest mu to potrzebne (czasem faktycznie pytania przyspieszają uwolnienie). Wierzcie mi, wtedy zawsze się chce tego pozbyć (to tak a propos obawy Sebastiana, który miał wątpliwości co do tego, czy będzie chciał puścić). Tylko trzeba sobie pozwolić na wyjście tego wszystkiego, co dotychczas było ukryte.
Z kolei odnośnie uczenia się tej techniki samodzielnie, zacytuję słowa Adama Krasowskiego:
"Wszelkie odmiany uwalniania – bez elementu terapii grupowej – nie są efektywne. Nadają się dla około 5% osób – które już muszą znajdować się na dosyć wysokim poziomie świadomości."
Źródło - blog Adama:
http://www.adamkrasowski.com/
-
Hydzia :)
"Dla mnie, choć prosta - to pomocniczo - bo wszystkiego nie rozwiąże - naprawdę skuteczna :)"
U mnie akurat jest odwrotnie: uwalnianie jest dla mnie podstawą, a (ewentualnie) inne techniki stosuję pomocniczo.
Technika uwalniania ma dość rozbudowaną metodologię, którą poznaje się w ciągu dwóch dni warsztatów. A potem trzeba sobie jeszcze sporo dopracować samemu. O ile mam świeże info ;), to Ty nie brałaś udziału w warsztatach uwalniania, więc może dlatego postrzegasz tę metodę jako "dodatek, który nie rozwiązuje wszystkiego". A może wcale nie dlatego, nie wiem. No ale, tak czy inaczej, dobrze jest sobie wyrobić zdanie na ten temat po pełnym zapoznaniu i oswojeniu się z nią na warsztatach. Bo - tutaj akurat zgodzę się z Adamem - metoda poznana w inny sposób jest mniej efektywna.
-
O, lol, dopiero teraz do mnie dotarło, że jesteśmy w wątku "Inspiracje i terapia dla DDA i DDTR", heh. Nie jestem jeszcze tu obyta na tym nowym forum.
Jak wygląda w tym kontekście info o technice uwalniania? Trochę blado ;) Wg mnie. Bo z tego co zauważyłam, to TU nie za bardzo nadaje się dla osób z silnym syndromem DDA. Takie osoby mogą mieć bardzo silny opór przed uwalnianiem. Ta technika jest dla osób "gotowych" (jak mówi Adam), czyli można powiedzieć, że dla takich, które najcięższe problemy już przezwyciężyły innymi sposobami.
Ja np. wróciłam do uzdrawiania wewnętrznego dziecka. Najpierw muszą być wyczyszczone podstawy, żeby można było ruszać dalej. Bo jak się tego nie ruszy, to opór będzie na porządku dziennym.
Oczywiście w pracy nad uzdrawianiem wewnętrznego dziecka stosuję technikę uwalniania, tzn. puszczam zakrzepnięte emocje tą właśnie techniką :)
-
Felicite,
<luczowe w tej technice jest pozwalanie na wychodzenie (przepływ) danej emocji, pragnienia, itp. na zasadzie "więcej, więcej i więcej". Akceptacja tej emocji i uwalnianie oporu przed tym, nie blokowanie tego. Gdy tak samo wychodzi, to najpierw jest tego faktycznie więcej, aż do kulminacyjnego momentu, a potem jest już coraz mniej, aż wreszcie znika (mówię z własnego doświadczenia).>
tak, masz rację. Chodziło bardziej o przybliżenie metody, na czym w ogóle polega i dobrze, że zwróciłaś uwagę na to najważniejsze.
<Bo z tego co zauważyłam, to TU nie za bardzo nadaje się dla osób z silnym syndromem DDA. Takie osoby mogą mieć bardzo silny opór przed uwalnianiem. Ta technika jest dla osób "gotowych" (jak mówi Adam), czyli można powiedzieć, że dla takich, które najcięższe problemy już przezwyciężyły innymi sposobami.>
tak sobie myślę, że gdybym poznała tę technikę z 5 lat temu, nie wiem czy mój organizm byłby w stanie wytrzymać przepływ tak silnych emocji, jakie wtedy miałam w sobie, prawdopodobnie nie
-
Felicite, nie roszczę sobie, ze znam tę metodę w 100% :) Dlatego właśnie prosiłam Karolę, by dopowiedziała i zerknęła na to co napisałam :)
Byłam przekonana, ze to co było na tych zajęciach, na których byłam, oddawało jednak całość metody i jej praktyki :) Tak czy siak, nawet w okrojonej wersji - doceniam ją - chyba nie ma nic złego, ze pomocniczo? :)
Proponuję w ogóle, żebyś założyła nowy wątek o Technice Uwalniania - to może być bardzo przydatne. Część postów stąd też pewnie można by do tego wątku przenieść (mogę to zrobić, jeśli będzie taka potrzeba) :)
-
Hydzia, nie podejrzewam Cię o to, byś sobie rościła :) Nie o to mi chodziło.
"Byłam przekonana, ze to co było na tych zajęciach, na których byłam, oddawało jednak całość metody i jej praktyki :)"
No właśnie nie. Tam o tej metodzie nic bliżej nie było. A jak było, to tylko przy okazji, najczęsciej na przerwach.
Właśnie chodzi o to, że seminaria tematyczne to seminaria tematyczne, a warsztaty uwalniania to co innego.
Pamiętam, że Karola na pierwszym semnarium o sukcesie tak się rozczarowała, że nie było tam nic z uwalniania, że na następne już z nam nie pojechała. To chyba mówi samo za siebie :))
Co do kwestii założenia przeze mnie wątku, to pomyślę. Póki co nie mam czasu, no i nie bardzo wiem, co by tam napisać. Jakoś chęci brak. Wydaje mi się, że tutaj mało osób byłoby chętnych by poznać bliżej tę metodę (tym bardziej, że nie jest to metoda do samodzielnego nauczenia, choć do samodzielnego stosowania jak najbardziej). Choć nie wiem, może to tylko mój opór i mylne wrażenie. W każdym razie na dziś tak czuję. Ale jeśli wątek zostanie założony przez kogoś innego, to w miarę możliwości będę pisać, jeśli tylko będę mieć coś do powiedzenia :P
Może po tym weekendzie coś się zmieni; wyjeżdzamy z Markiem na warsztaty w Wiśle dla osób zapoznanych z techniką uwalniania :) Zobaczymy.
-
Felicite - jak to ma pomóc, to mogę założyć wątek i przenieść część wpisów stąd (lub skopiować, by nie zakłócać tutaj płynności wątku). :-)) Uważam, ze to ciekawa technika i na pewno warto ją przybliżyć, jak i możliwości, jakie daje.
-
Hydzia,
rzeczywiście jak trafiłaś na seminarium, a nie na warsztat, to sporo Cię ominęło. Mi się na "sukcesie" średnio podobało, bo myślałam, że będzie tam konkretna praca. A nie lubię zajęć, warsztatów itp. gdzie się siedzi i słucha, takie coś mogę sobie w domu zrobić, poczytać z książek czy z netu, pogadać z kimś, a jak gdzieś jadę, to zdecydowanie wolę nad czymś popracować.
Choć podobno na innych seminariach o zdrowiu i związkach było o wiele lepiej.
Niemniej na warsztat warto pojechać, w ogóle poznać technikę. Sama mam duże opory by ją stosować tak porządnie, bo przypuszczam, że dość duże zmiany mogłyby zajść ;)
Felicite,
fajnie, że jedziecie, też chciałam się wybrać, ale termin mi nie pasuje.
-
Mi na związkach się podobało :-)
Ok, to kiedyś pewnie przejadę się jeszcze na warsztat :)
-
Hydrozagadko, dziś wieczorem założę wątek o uwalnianiu :)
Uff, jestem po zajęciach u Adama; niesamowity kop świadomościowy. Ujawnia mi się tyle emocji i odkrywam tyle rzeczy, że szok. Co nie znaczy, że zajęcia były dla mnie tylko i wyłącznie miłe. Właśnie nie. Maksymalnie "ponaciskały mi guziki". I dobrze :) Dzięki temu mogłam przekroczyć masę swoich ograniczeń :))
Może potem napiszę coś więcej o tych zajęciach.
Karola, na pewno by Ci się podobało, bo było tam masę ćwiczeń. Non stop pracowaliśmy nad sobą. Praktycznie od rana do wieczora (od 9:00 do 23:00 z kilkugodzinną przerwą). Jeśli Adam będzie kiedyś jeszcze robił II stopień (a myślę, że tak), to naprawdę polecam.
Mnie ten wyjazd dał bardzo dużo, choć do samego Adama podchodzę z coraz większą rezerwą i dlatego nie wiem, czy w przyszłości będę jeszcze korzystać z jego "usług". Zobaczymy :)
-
"being yourself is much more interesting that being someone else"
-
Artykuł o DDA i DDTR - przydatny myślę zarówno dla osób, które przebywają w otoczeniu osób(y) z DDA, jak i osób z tymi wzorcami. Dla mnie był przydatny z obu stron :)
http://www.cudownyportal.pl/article.php?article_id=1510
-
Świetny artykuł, opisujący mnóstwo mechanizmów. Co prawda przeraziło mnie to, że całkiem spora część punktów opisuje mnie i moje dzieciństwo, ale cóż począć :D
Mam przed sobą jeszcze mnóstwo pracy, żeby się "naprostować" po samym dzieciństwie :P
Po za tym skapnąłem się że odczuwane ostatnio przeze mnie zniechęcenie do życia to głównie zasługa punktu 13.
-
Bardzo dobry artykuł. Może służyć za listę do odhaczania co się już udało uzdrowić. :)
Ja mam wciąż problem z punktem 6 i 7.
Wciąż mi trudno ustalić, dokąd sięga moja odpowiedzialność.
-
Bardzo fajny artykuł, był dla mnie terapią oczyszczającą z nagromadzonych ostatnio emocji... od jakiegoś czasu dopada mnie złość, smutek i żal że muszę się borykać z oczyszczaniem tego "badziewia" - syndromu DDA, że w innej sytuacji, gdybym nie miała tych wzorców do oczyszczania ( tutaj pojawia się złość pś, że mi to zafundowano, chociaż tego nie zamawiałam ;)) to by mi się żyło o wiele przyjemniej, lżej, radośniej i mogłabym się już skupiać na zupełnie innych sprawach i oczyszczaniu innych tematów. I te emocje tak co jakiś czas mnie dopadały i artykuł rozbroił mnie w sensie oczyszczajacego uwolnienia - siedziałam, czytałam i łzy mi leciały...Mocno to wszystko "pracowało we mnie", jak skończyłam czytać to czułam się tak zmęczona jak po spotkaniu na terapii DDA.
Artykuł w sensie merytorycznym jest bardzo fajnie napisany a jak widać potafi też poruszyć nieuzdrowione tematy i uwolnienie nagromadzonych emocji (fakt że u mnie miały one w tym momencie punkt kulminacyjny - bo już od jakiegoś czasu dawały o sobie znać). Poza tym jak pracuję w indywidualnej terapii DDA to też trudne emocje, które sie oczyszcza pojawiają sie na bieżąco.
Jest parę fajnych ksiażek na temat DDA i sporo artykułów ale ten artykuł w moim odczuciu jest taką "pigułką" zawiera w sobie podsumowanie najczęściej występujących wzorców. Jest też napisany w bardzo praktyczny sposób mówiący wprost, jak dany wzorzec może się przejawiać. W moim odczuciu może on być bardzo pomocny dla osób które dopiero zapoznają się z syndromem DDA jak i będących w trakcie terapii i po niej, jak również dla osób przebywających w otoczeniu osoby z DDA.
Wcześniej robiłam terapię DDA grupową, teraz chodzę na indywidualne spotkania i oczyszczam to co się pojawiło nowego po kilku latach od pierwszej terapii a ten artykuł będzie mi służył jako mapa - co już uzdrowione a co do uzdrowienia :)
-
Mnie jeszcze ruszyły dwa punkty:
- moje potrzeby emocjonalne były zaspokajane w bardzo wąskim zakresie, dlatego wykształciło mi się chowanie moich emocji i przeżyć wewnętrznych dla siebie, podejrzewam, że na zasadzie, że nie jest to na tyle ważne, by ktoś chciał o tym słuchać i zaspokajać moje potrzeby.
Tu mi wychodzi jakieś żebranie o miłość taty, który mnie nie dostrzegał a często specjalnie ignorował, by mi pokazać coś, nie wiadomo co. Tu były różne rozgrywki karmiczne, chęć złamania mnie, pokonania, sprawienia bym cierpiała.
- przyciąganie ludzi, którym mogę pomóc, tworzenie relacji opartych na tym , że ja więcej daję, pomagam, to wtedy ludzie będą mnie kochać.
I jeśli ktoś przeżył to, co ja, to czuję przewagę nad tą osobą, bo ja z tego już się wygrzebałam, więc czuję się pewniejsza przy tej osobie.
I nie mam nic do zaoferowania zdrowej emocjonalnie osobie, lek przed takimi osobami. Ale w sumie każdy ma jakiś problem ;P.
-
Nie czytuję już art o DDA, ale może tak piszą coś co ja zauważam.
Piszą często o słomianym zapale u DDA jednak do tej por kojarzyłem to z planami nauki gry w tenisa i kończeniu na zakupie rakiety.
Od jakiegoś czasu dzięki wpisom na forum postrzegam to też jako słomiany zapał w poprawianiu sobie życia.
Przejawia się to następująco:
- człowiek ma pomieszane życie i emocje,
- zauważa, że te wzorce pasują do dda,
- znajduje pomoc, wiedzę w książce, art i po zastosowaniu jednej dwóch technik zapał się kończy,
a następnie po zamaskowaniu problemu za jakiś czas po (sztucznej najczęściej) euforii wraca całe to pomieszanie i wtedy pojawiają się dwie myśli:
- to nie działa,
- tego nigdy się nie da wyprostować.
Tak mijają lata kręcąc się w kółko ludzie tracą nadzieję, wiarę w duchowość psychologię siebie i zatruwają otoczenie twierdząc, żę to inni ich ściągają w dół, bo np ich unikają albo mają ich dość i mówią im bez ogródek co o nich myślą.
Wtedy ludzie z dda mają większego jeszcze doła i problem większy niż kilka lat wcześniej bo i nie wierzą w metody i w ludzi i w siebie.
Czym prędzej się ten błędny łańcuch przerwie tym szybciej i łatwiej się z tego wyjdzie dla swojego dobra i innych czego wszystkim życzę.
Droga duchowa to droga pełna wyzwań i czasem samotnych dróg, które sami musimy przejśc i wyprostować, bo nikomu nie będzie się chciało nam tak mocno współczuć żeby łazić na około i podpierać przy potknięciach.
Macie mapy napisane przez psychologów, duchowych mistrzów i kompas u tych którzy już kiedyś tamtędy szli więcej nie trzeba prócz uwolnienia od SŁOMIANEGO ZAPAŁU.
-
Mi się wydaje że ten słomiany zapał bierze się z tego że dda nie chcą żyć tak jak żyją więc coś próbują, jednoczęśnie nie wiedząc jak żyć inaczej, i co mieli by dostać w zamian dlatego wracają do punktu wyjścią + dodać wszystkie zaślepienia dda, i praca na lata. Jeszcze dodam że chodzi o motywacje, motywacją jest żeby nie dostawać kijem, no i po pewnym czasie jeśli adept rozwoju, w miarę idze w dobrym kierunku to kiji coraz mnie, i motywacja zanika, więc dda mają cieżko ogólnie.
-
Dzisiaj mam wolne, więc postanowiłem polenić się trochę dłużej. Przeczytałem swój dekret i położyłem się do łóżka. Standardowo zaczęło się coś dziać, zmieniać, transformować. Po niedługim czasie dotarłem do mechanizmu - nie, nie, nie, nie puszczę tego!. Wiele razy to mi się pojawiało a potem poczułem że kiedy się tak opieram to jestem ważny i "mam wpływ" ;))) ale przekorne.
Jestem bardzo ważny i mam wpływ na swoje życie, również gdy pozwalam sobie puścić wszelkie opory i napięcia.
i przyszło mi jeszcze:
Jestem bardzo ważny i mam wpływ na swoje życie, również gdy pozwalam sobie puścić wszelką kontrolę i prowokacje.
-
Ja ... pozwalam sobie być szczerym i prawdziwym i jestem z tym bezpieczny, niewinny i w porządku.
-
http://kwejk.pl/obrazek/730864/choinka.html
polecam do refleksji dla dda, gdzie wszystko jest na pokaz.
-
Wywiad z beatą pawlikowską
http://gala.onet.pl/0,1654093,1,1,beata_pawlikowska,wywiady.html
-
http://chomikuj.pl/chomikos/Rekolekcje*2c+konferencje+mp3/*e2*96*a0+DDA+uzdrawianie+zranie*c5*84/*e2*96*a0+DDA+-+Czas+uzdrowi*c4*87+swoje+*c5*bcycie+(ksi*c4*85*c5*bcka)
i inne możliwosci
-
http://www.youtube.com/watch?v=l2SxjyrDI_c&feature=related
Może nieźle wywalić
-
Kochać siebie to chwalić siebie i werbalnie wyrażać dla siebie uznanie.
Kochać siebie to akceptować wszystkie swoje działania.
Kochać siebie to mieć zaufanie do swoich możliwości.
Kochać siebie to sprawiać sobie przyjemność bez poczucia winy.
Kochać siebie to kochać swoje ciało i zachwycać się swoim pięknem.
Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz, z poczuciem, że na to zasługujesz.
Kochać siebie to pozwalać sobie na wygrywanie.
Kochać siebie to dopuszczać do siebie innych zamiast godzić się na samotność.
Kochać siebie to kierować się własną intuicją.
Kochać siebie to odpowiedzialnie tworzyć swoje własne zasady.
Kochać siebie to dostrzegać własną doskonałość.
Kochać siebie to przypisywać sobie zasługę tego, co się zrobiło.
Kochać siebie to otaczać się pięknem.
Kochać siebie to pozwolić sobie na zamożność zamiast życia w biedzie.
Kochać siebie to otoczyć się mnóstwem przyjaciół.
Kochać siebie to nagradzać się i nigdy siebie nie karać.
Kochać siebie to mieć do siebie zaufanie.
Kochać siebie to karmić się dobrym pożywieniem i dobrymi myślami.
Kochać siebie to otaczać się ludźmi, których obecność Ci służy.
Kochać siebie to czerpać radość z aktywności seksualnej.
Kochać siebie to często poddawać się masażowi.
Kochać siebie to uważać się za równego innym.
Kochać siebie to wybaczać sobie.
Kochać siebie to pozwalać sobie na czułość.
Kochać siebie to być dla siebie autorytetem, zamiast cedować to na kogo innego.
Kochać siebie to rozwijać swoje twórcze impulsy.
Kochać siebie to cały czas dobrze się bawić.
Kochać siebie to przemawiać do siebie naprawdę łagodnie i czule.
Kochać siebie to stać się własnym akceptującym wewnętrznym rodzicem.
Kochać siebie to przekształcać wszystkie swoje negatywne myśli w afirmacje.
Sondra Ray "Zasługuję na miłość"
-
Black Rose
Mocne,dobre i prawdziwe :-)
-
Black Rose :)
"Z nieba mi spadłaś" ;)
Baaaaaaaarrrrrrdzdzooooo CI DZIĘKUJĘ za tą inspirację !!! :-)
Ostatnio sporo zastanawiałam się nad tematem miłości do siebie, jest to związane z tematami z którymi u siebie pracuję - uzdrawianiem wewnętrznego dziecka, praca z wewnętrznym krytykiem, z DDA. Sporo zaobserwowałam na terapii DDA w jaki sposób można obdarowywać siebie miłością. Mam wrażenie że na razie potrzebuję bardzo dużo takich inspiracji na miłość do siebie :)
Bardzo fajnie że umieściłaś ten fragment, można zaczerpnąć z niego wiele sposobów na okazywanie sobie miłości (tego właśnie teraz potrzebuję :)) Można też zaobserwować w jaki sposób już teraz okazujemy sobie miłość :)
-
Super! Na pewno warte przeczytania.
A mnie bardzo bliskie :)))
http://www.eioba.pl/a/2voj/my-dzieci-tamtych-rodzicow
-
hehe, u mnie sporo z tego było:) Ta era się chyba skończyła tak u mnie (i z tego co widzę u innych) gdzieś w latach 1996-98
-
Tak było.Kiedyś mieliśmy więcej wolności niż dzieciaki dziś a świat był cudnym nieznanym miejscem .Wydaje mi się ,że dziś dzieciaki mają nudniejsze dzieciństwo ,ale może mi się tylko wydaje.Ich dzieciństwo jest odbiciem dzisiejszych czasów i jakby przygotowaniem do większej kontroli i życia w ramach coraz bardziej szczegółowych regulacji.
Trochę chyba tylko to bicie jest przedstawiane w zbyt landrynkowy sposób ,no i o ile rzeczywiście kończyło się u ojca na tym jednym piwie ...a wiadomo ,że tak raczej nie bywało w większości domów .
-
SENS BYCIA DDA,
…Wychodzę z założenia, że bycie dda ma taki sens, jaki ja
postanowię temu nadać:
- mogę być albo ofiarą okoliczności i całe życie zrzędzić, marudzić,
narzekać i obwiniać cały świat
- druga opcja to że mogę z tego zwyczajne wyjść, zrobić wszystko, co
w mojej mocy, żeby wyzdrowieć, jak najwięcej się nauczyć, wyciągnąć
wnioski, służyć innym pomocą w miarę możliwości.
Wybrałam drugą opcję – jest dużo bardziej rozwijająca, no i życie
nie przecieka przez palce. Z całym tym syndromem dda jestem mimo
wszystko szczęśliwa, dobrze sobie radzę i mam dużo szerszy wgląd niż
ludzie, którzy nigdy nie zastanawiają się nad sobą, a to jest dla
mnie akurat bardzo ważne, bo zależy mi bardzo na mojej sferze
duchowej!
Sens mojego życia mierzę tym, jakie owoce z niego zbieram. Sensem
mojego życia jest życie z sensem.
Ladynemeyeth
-
Wszystko ma taki sens, jaki mu nadamy.
W naszym interesie jest, by wszystko co najważniejsze, miało sens :))
-
Leszku
Ten artykuł - my dzieci.... superasty. Aż się łezka w oku zakręciła na wspomnienie zabaw na budowach, skakaniu po rurach od kanalizy i bawieniu w chowanego w wykopach jak nam zakładali kanalizę... I fakt w domu zawsze się było na czas i jakoś nikt się nie połamał;-))) To były czasy.............
-
To pytanie często mnie nurtowało....
"DDA słabi czy silni psychicznie ?????"
http://www.dda.charaktery.eu/index.php?option=com_k2&view=item&id=196:dda-słabi-czy-silnie-psychicznie?&Itemid=1
-
"Siła" DDA zazwyczaj polega na wykształcaniu mechanizmów obronnych, takiej twardej skorupy, pod którą jest zranione serce bądź skrzywdzone dziecko. Na pewno osoba która wychodzi z obciążeń i skutków DDA, jest w pewnym momencie osobą ponadprzeciętną, w pozytywnym sensie, poczucia własnej wartości itd. ale to pod warunkiem usunięcia i skorupy i uzdrowienia wewnętrznego dziecka/ serca.
-
Chcę to sobie poukładać.... pozytywne jest to, że ten syndrom może zmotywować do pracy nad sobą, do zmiany życia na lepsze, wkroczenie na ścieżkę rozwoju. Z drugiej strony nie takie rzeczy powinny być motywatorami do zmian, jednak skoro ma się takie obciążenia i wzorce do przepracowania to dla siebie jak najbardziej warto się z tego pooczyszczać. I tutaj pojawią się moje znaki zapytania...jak to pouzdrawiam to najważniejsze będzie to że zmienię wiele intencji na bardziej korzystne, wiele rzeczy w życiu zmienię na lepsze - i to jest przede wszystkim bardzo ważna inspiracja do uzdrowienia. Ale przecież gdybym miała inne intencje na to wcielenie to bym mogła żyć dużo fajniej bez dochodzenia do szczęścia przez oczyszczanie DDA... Dlatego zastanawiam się gdzie można się jeszcze doszukiwać pozytywnych stron przejścia DDA (oprócz możliwości uzdrowienia tego) co jeszcze pozytywnego można z tego wynieść...?
-
Dobrze jest się zacząć już w trakcie pracy nad rozbijaniem wzorców DDA, budowaniem sobie umiejętności pozytywnej motywacji. Ja bym się szczególnych korzyści we wzorcach nie doszukiwał - one są jakimiś skutkami po prostu, usuwa się te wzorce, rozwiązuje problemy i wtedy nie ma po co się zastanawiać, czy warto było czy nie było. Ani sobie nie robić sztucznych podpór "dobrze że jestem DDA, to czyni mnie mocniejszym" itp., ani sobie nie dowalać za to że jest się/ma DDA.
-
Jestem typowym DDR jak teraz sobie coraz bardziej przyglądam. Na maxa tłumienie swoich uczuć emocji, banan na twarzy i stwierdzenie, że wszystko jest ok jak nie jest. Silne wzorce ofiary i chęć ratowania pół świata zapominając o sobie. Jak można popracować nad nietłumieniem emocji. Próbuję EFT ale wywala mi, że to długie męczące i moja PŚ po krótkim czasie siada, a dokładnie ja, próbuję reberthingiem ale mam takie blokady w ciele, że czasem z ledwością oddycham a ból przy oddychaniu jest czasem koszmarny, teraz jeszcze zaczęłam WHH pomaga do momentu gdy podświadomość stwierdzi, że to co to nie tu światła nie puścimy, przy regresingu często "gadam z głowy" a nie z ciała, czuję, że nie puszczam emocji z ciała, chyba że jest to wypalanie krzyży to puszcza ale... Ogólne gdzieś jakieś odczucie że sama sobie nie poradzę z tym wszystkim i jakieś chore zapędzanie się w mega krytyka plis pomysły. Pracuję miedzy czasie medytacją Darka Logi "Sens istnienia" a w ogóle to od tego się zaczęło.
-
Witek
Bo czasami też pojawiają się na terapiach takie argumenty,że pewne cechy naszej osobowości które pomagały nam w przetrwaniu, radzeniu sobie w trudnych warunkach mogą być pomocne w życiu i można je zamieniać w pozytywny potencjał.
Ja mam co do tego mieszane odczucia, bo jednak wiele elementów osobowości wykształciło się jakby wobec tych sytuacji, ukształtowały się bo były potrzebne do radzenia sobie w różnych trudnych sytuacjach, więc często są nabytą, sztuczną strukturą wprowadzającą wiele napięcia i innych problemów. Choć może i warto doszukać się też pozytywnego własnego potencjału, który również w pewnym sensie pomagał. Bo u siebie to obserwuję,że moje fajne, pozytywne aspekty raczej ucierpiały pod wpływem tych obciążeń.
-
cudenko9
Mi bardzo pomogły w uwolnieniu emocji krople Bacha i Andreasa Korte, po tym mi ruszyło w trybie natychmiastowym wyłażenie emocji, że początkowo nie wiedziałam jak się z nimi (emocjami) obsługiwać po latach "dobrej miny do złej gry" ;)
-
Witek
"Ani sobie nie robić sztucznych podpór "dobrze że jestem DDA, to czyni mnie mocniejszym" itp., ani sobie nie dowalać za to że jest się/ma DDA."
To jest bardzo ważne co tutaj napisałeś. Ja od czasu pierwszej mojej terapii DDA określałam siebie właśnie - "jestem DDA" , myślę że w tamtym czasie mi to nie zaszkodziło ;) bo i tak dobrze że się "zidentyfikowałam", że się dowiedziałam, że jednak coś w moim życiu nie jest ok, że w ogóle mam jakiś problem i on nawet ma swoją nazwę ;)
Ale później trafiłam na cudowny portal i poczytałam sobie o DDA, posłuchałam o DDA na płytce pana Leszka i od tamtego czasu przestałam się identyfikować jako DDA tylko że mam syndrom, wzorce DDA, które są do oczyszczenia i to było bardzo dobre dla mojej podświadomości :) bo nie będę musiała do końca życia nazywać siebie DDA ;)
Dziękuję za Twoje podpowiedzi, przypomniały mi parę rzeczy i naprowadziły :)
Ps.Moja podświadomość chyba chce sobie zrobić jakąś sztuczną podporę, że jednak jakieś korzyści i coś pozytywnego oprócz uzdrowienia można mieć z przechodzenia DDA
-
Przed dwoma laty uważam ,że radziłam sobie nieźle, wręcz bardzo dobrze- cechowała mnie otwartość, nie bałam się znacznie ludzi i wystąpień publicznym. Po urodzeniu dziecka, depresji, nieudany związek partnerski przypominający dzieciństwo wszystko we mnie pękło. Nie mogłam już normalnie funkcjonować, trauma była zbyt wielka jak na to życie. Załamałam się. Lęk mnie paraliżuje. Oczekuję od rozwoju żeby przepływała przeze mnie miłość, szacunek , akceptacja - jak na razie jestem kanałem lęku. Chciałabym być jak kiedyś otwarta, ufna. Nie chce żeby paraliżował mnie lęk bo nie mogę się rozwijać w materii gdyż się boję. Resztę chciałabym robić sama, potrzeba mi tylko albo aż ufności, akceptacji i bezpieczeństwa. Mam nadzieję,że je dostanę.
-
ontoja
Ja za bardzo nie widze sensu iscia od rozwiazywania jednego problemu za drugim jak piszesz.Ja rozwiazuje problemy jak sie pojawiaja-nie szukam ich,jak ktos lubi wyszukiwac sobie problemy to prosze bardzo.Jak powiedzial Jezus:szukajcie a znjdziecie:)I w negatywna strone tez to dziala.
Dla mnie najwazniejsza jest harmonia -nie uciekac od rozwoju w zycie i od zycia w rozwoj.
-
Bylam wczoraj u znajomej, z ktora moge pogadac na moje tematy, bo tez jest wysoko spirytualna.Wymieniamy sie doswiadczeniami i ona wczoraj wyjezdza mi z tematem godnosci i zaslugiwaniem na milosc Boza. Opowiada, ze jej znajomy tez w tym ugrzezl....ja na to - witamy w klubie....tez mam to na tapecie.
Wyszlo mi w pracy w wahadlem, nieraz sobie waham ot tak aby sie dowiedziec co mysli moja ps. Pytalam ja czy jest gotowa na bycie bogata i otwarta na boze dary, obfitosc i (chodzilo mi o kase)...wiec dowiedzialam sie przypadkiem, ze w ogole nie jestem godna i nie zasluguje na boza milosc. Szczeka mi opadla....ale nie przejelam sie tym zbytnio. No i tu mam sytuacje podstawowa, z ktora musze sie uporac.....zaslugiwanie i niewinnosc.
Dobrze, ze mam wsparcie i przyklady jak sie do tego zabrac....ciesze sie, ze majac Was, forum, ksiazki i innych ludzi moge odnalesc Boga w moim sercu.
Muszka
wiesz ja mysle, ze to co przechodzisz ( a wiem, ze jest Ci ciezko) to jednak wielka szansa duzo rzeczy zmienic w swiom zyciu. Ja mialam taka sama sytuacje jak Ty....ale ufalam, ze to musi sie zmienic, bo jest ktos, kto nie chce zebym tak zyla, depresja doprowadzila mnie do nerwicy i "niby" przypadkiem znalazly sie osoby, ktore mi pomogly...nowy partner...akupunktura, ktora mnie postawila na nogi.
Zycie bylo piekne, wyjechalam do Niemiec, zyjam spokojnie i szczesliwie niczym sie nie martwilam ( nie bylo rozowo albo zbytnio bogato) ale ja mialam kogos, kto sie za mnie matrwil w sprawach materialnych. Po paru latach - moje zycie upomnialo sie o mnie i odeszlam od meza....znowu to samo....strach i walka o przetrwanie z malym dzieckiem....czulam sie ostatnia frajerka na swiecie....
za namowa napisalam zamowienie do swiata na partnera i moje nowe zycie....spelnilo sie....
Robie to do teraz ....mam tendencje jednak powiedziec....ach raz sie udalo.....nie wiem czy nastepnym razem zadziala....bo choc mam duzo - chce wiecej!.....wniosek jest taki - jestem nieraz leniwa i jakas nieprzekonana, choc mam duzo dowodow na to ze Bog dziala w moim zyciu. Jak pisala Feli- wysilek to przekonanie siebie o godnosci i zaslugiwaniu. Teraz to wiem.
Zycze Tobie, aby Twoj opiekun duchowy prowadzil Cie za reke i wskazywal droge...abys miala ta nadzieje i pozwolila sobie spoczac...kiedy Bog czuwa. Dasz rade napewno, wierze w Ciebie :)
-
Jolu dzięki za wsparcie:)
Tak pomieszałam się w rozwoju, chce z tego wyjść bo mam juz dosyć ciągłego cierpienia. Dziś szłam drogą i pomyślałam,że fajnie realizować się w materii.
Ostatnio medytowałam w lesie i poczułam bezpieczeństwo, niesamowitą wolność i relaks , światło od Boga- to było wykraczające ponad mój ograniczony umysł. To musiał być Bóg, czułam go i byłam w nim bezpieczna -tak,że nie miałam zamiaru odwracać głowy czy za mną ktoś idzie czy nie- na chwilę znikło poczucie zagrożenia, lęk przed ludzmi-czułam błogość i spokój ducha. Wiem,że on jest cały czas przy mnie, w moim sercu i tylko czeka aż go tam więcej wpuszczę. Lubię medytację w lesie.
Nic jednak w materii sie nie rusza a chciałabym to zmienić. Pozbyć się lęku- bo to mnie blokuje w rozwoju. I zacząć działać. Najpierw muszę przepracować lęki w relacjach z rodzicami, innymi ludzmi i własną agresję( a w sumie obronę przed niespodziewanym atakiem). Mam wrażenie ,że ciągle jestem w trudnych sytuacjach zewnętrznych , chciałabym w końcu je przełamać w jakimś stopniu. Jedyne co mi się na razie udało to lepsze relacje z ludźmi. Może to dużo , może mało ale jest postęp. Niech Bóg będzie ze mną.
Pozdrawiam was wszystkich i miłego dnia
-
Muszka
dokladnie tak...to jest jak uczysz sie plywac i nie chcesz sie puscic reki, ktora cie trzyma....bo sie boisz ze utoniesz....(tlumaczenia na nic sie zdadza) kiedy zaufasz ....poplyniesz...musisz byc czujna ale i ufac, ze nic Ci sie nie stanie. Jak plywam na plecach leze na wodzie to jest cwiczenie.....kiedy nic od ciebie nie zalezy...poddajesz sie prowadzeniu i nie kontrolujesz sytuacji. ja kiedy tak plywam nigdy nie wiem gdzie jestem w ktorym kierunku poplynelam i jak sie odwracam jestem taka zdziwiona ;)
Ofiara w Tobie prowokuje innych do atakow, albo chcesz sie sama ukarac i oczekujesz/wysylasz komunikaty nieswiadomie do innych - zran mnie, musze cierpiec!
Wybaczyc sobie i rozgrzeszyc sie sama ze wsparciem bozym jest tez niesamowitym odkryciem i ulga....och wreszcie Bog sie na mnie nie gniewa i zawsze mi przebacza....taki komfort psychiczny.
Zreszta wierze w prowadzenie boze..on wie co dla kazdego z nas najlepsze....i nie porownywac sie do innych....tylko wierzyc w siebie ! Bog zawsze jest z Toba....Misiu ;)
-
Jolu tak już sobie uświadomiłam,że muszę mieć wzorce ofiary, bardzo chciałam sobie dokopać w tym życiu- wybrałam matkę alkoholiczkę nie liczącą się z moimi potrzebami i nieakceptującego ojca, który nie potrafił pokazać ,że mnie kocha. Na początku ich obwiniałam za swoje dzieciństwo- ale przecież intencje sie dogrywają, więc musiałam czuć się bardzo winna, chęć odpokutowania poprzednich wcieleń i decyzji. Myślę też ,że chciałam poczuć się niewinna poprzez wzięcie takich rodziców , którzy będą winni za moje dzieciństwo- chciałam się tak oczyścić, poczuć się niewinną. Bo skoro wszyscy są winni to ja jestem niewinna. Teraz wiem,że to nie tędy droga. Nie muszę zwalać na innych winy by poczuć się niewinna. Przecież niewinność to moja prawdziwa natura i nie ma to nic wspólnego z dokonanymi przeze mnie wyborami.
Nie pamiętam moich poprzednich wcieleń ale ostro musiałam chcieć odpokutować, zrzucić ciężar poczucia winy. Dalej go noszę i szczerze powiedziawszy nie wiem jak mam się jego pozbyć. Co mam afirmować niewinność?
U Leszka widziałam modlitwy wybaczająco-oczyszczające więc penie odmówię i będę obserwować co się dzieje.
-
Powiem Ci co mi pomaga...nie musi to byc dla Ciebie dobre..bo kazdy robi co uwaza za potrzebne w danej chwili...a wiec w zaleznosci od natchnienia...slucham kaset z medytacjami,staram sie medytowac i wizualizowac co bym chciala zmienic albo po prostu marzyc o sobie lub innych w lepszej wersji.
Pisze arfimacje nie za czesto ale to robie, modle sie ciagle wlasnymi slowami....lub uzywam gotowych modlitw np.Pani Ani Atras.....albo czytam ksiazki...lub to forum.
Wiesz ciezko jest odpowiedziec co robic....musisz isc na wyczucie....mam ochote- robie to, albo nie dzis mi sie nie chce tego ale zrobie to.....to zalezy od Twojej potrzeby.
U mnie jest tak, ze nieraz jakby sama/lub poprzez przewodnika/intuicje- sama sie zainspiruje do czegos.....jak nie to odpalam kompa i nie myslac ( nie nastawiajac sie zbytnio) patrze co sie dzieje ma forum....czy znajde tam cos dla mnie. Nieraz nic sie nie dzieje....nie martwie sie....moze poczytam ...moze nie....nieraz nic mi sie nie chce pare dni....i swiat sie nie wali.
Nie rezygnuje jednak z dialogu u Bogiem...robie to jak najczesciej...albo rozmawiam ze soba....patrze na moje emocje...co moge dla mnie dzis fajnego zrobic...co mi si chce...bo choc wszystko moge ....to juz nic nie musze...i to jest wolnosc....tylko ja i Bog.
Jesli jest ciezko i potrzebuje pomocy "na gwalt" to pisze na forum, szukam ludzi, ktorzy moga mi pomoc, aby odzyskac rownowage, prosze tez Boga o wsparcie i ta pomoc przychodzi, bo nieraz jest ciezko/bywalo ciezko.... patrze z drugiej strony...co to ma zmienic w moim zyciu....i jesli mnie ktos atakuje....to nie chowam sie w sobie....lub oddaje, tylko mysle aha bezpieczenstwo masz w piwnicy....itd
-
Muszka
A miałabyś możliwość iść na terapię indywidualną?
Potrzebujesz kogoś kto cię wesprze i pomoże. Samej bedzie ci trudno się wyrwać z tego zakleszczenia między rodzicami, ssawkami.
A w początkowym etapie oczyszczania dobrze jest obwinić rodziców, bo przecież zrobili to co zrobili i poczuć do nich za to złość.
-
Jestem po terapii grupowej dla DDA, przepracowywałam poczucie krzywdy, winy itd- była to terapia 8 miesięczna raz w tyg. już tam sobie uświadomiłam tyle bólu z dzieciństwa.
Mam siostrę , z którą o tym rozmawiałam ,że boję się ojca- ograniczeń jakie na mnie nakłada i ,że czuje się nie tak ,czuje ,że nie ma dla mnie bezinteresownej pomocy tylko wymaga dostosowania się. Matka mnie niewiele obchodzi- tu bardziej chodzi o wewnętrzne dziecko, na razie przytulam się do misia i przekonuje siebie ,że ciemność jest bezpieczna i ,że jestem przy niej.
Nie stać mnie na terapię indywidualną wolałabym wygadać się komuś bliskiemu, np. siostrze mogę powiedzieć co czuję i ona to akceptuje. Mam jeszcze 1 osobę,z którą mogę porozmawiać.
Najgorsze jest to ,że u matki wkurzają mnie jej wzorce wpędzania w poczucie winy( nie odzywa się np. jak przychodzi zmęczona z pracy i się burmuszy dając do zrozumienia ,że jej ciężko i jesteśmy za to odpowiedzialni- od dzieciństwa nakłada na mnie tego typu rzeczy) a ojciec- boję się,że jak nie bedę spełniać jego oczekiwań to mi nie pomoze. Tak ogólnie to jest dla mnie miły, zmienił się w stosunku do mnie- nie obraża mnie, nie krytykuje- czasem coś"nieświadomie" palnie ale szybko reaguję i jest ok. Czuję ,że on czuje do mnie większy respekt zwłaszcza,że widzi poparcie siostry( a dla niego jej zdanie jest niemalże boskie) .
Muszę sobie sama poradzić, tak czuję. Czuję ,że jestem gotowa by poradzić sobie z tym samodzielnie, ale potrzebuje się wygadać i mogę to zrobić przy siostrze - czuje jej oparcie fizyczne, materialne i duchowe.
Ale też chciałabym na codzień oprzeć na kimś głowę, może na Bogu?
Wiem,że muszę przebaczyć sobie i im (gdy przestanę się ich bać- pracuje nad lękiem) . Przede wszystkim sobie.
I poczuć się bezpiecznie w materii.
Chciałabym powiedzieć o tym ojcu,że się tego boje - nie wiem jak on by zareagował, bo jest ograniczony w swoich własnych ciasnych poglądach na temat jak co i gdzie powinno się znajdować.
Wiem,że gdybym miała pracę nie wtrącał by się zupełnie do mnie, już kiedyś tak było.
No ale... czas pokaże , czy osiągnę zamierzone cele. Jakoś bardziej ufam,że mi się uda!!
-
Jeżeli masz siostrę i nie jesteś sama to masz o wiele lepszą sytuację. Masz się na kim oprzeć a to daje duże poczucie bezpieczeństwa.
Czyli twoja sytuacje nie jest wcale taka zła.
-
Ingo i tak chcę myśleć, nie jest wcale taka zła! Dziękuję Bogu za Taką istotę jaką jest moja siostra!
Ingo wróciły emocje z dzieciństwa dlatego może czuję ,że jest taka zła (tak opisałam) bo są teraz takie teraźniejsze, takie świeże- choć myślałam że mnie już nie dopadną.
Ale pozytywne jest to , iż spotkałam się dziś z pokrewną duszą! I czułam się swobodnie, bardzo swobodnie się przejawiałam( czasem wyczuwałam w ciele napięcie ale nie przejmowałam się) to takie przyjemne móc rozmawiać z kimś pokrewnym. Tobie również dziękuję za stwierdzenie " nie jest wcale taka zła" jakoś mnie to uspokoiło:)
-
Jeżeli masz pozytywne uczucia a w dodatku kogoś takiego spotkałaś, to znaczy że jest nieźle :)
Poradzisz sobie.
-
Ingo:)
-
muszka91
Miałem mnóstwo problemów, których nie ogarniałem. Wszystko mi sie mieszało i waliło. I powiem, że chyba najbardziej mnie mobilizowały ekstremalne sytuacje.
Teraz z obecnej perspektywy wydaje mi sie to wszytko nie tak wielkie i trudne jak wtedy, gdy tkwiłem w tamtych problemach.
My tak przywiązujemy ogromną wagę do tego, co nas spotyka, ale kiedy sie pewne podstawy przerobi, to okazuje sie, że życie to taka trochę gra. Pojawia się coraz większa wolność i możemy wybierać, co chcemy zagrać. Walczyć z całym światem i napawać się agresją, czy obrywać, by potem wszystkich naokoło obwiniać: to wasza wina, czy doświadczać miłych, przyjemnych sytuacji.
Czasem ludzie chcą grać rolę, w której chcą czegoś udowodnić sobie lub innym, zamiast zrobić coś dobrego dla siebie, zadbać o siebie.
muszka, możesz spróbować Techniki Uwalniania, jest opis w wątku.
A jednocześnie afirmować bezpieczeństwo, ale bardzo konkretnie.
I oczywiście pisać wytrwale.
-
muszka91
nie wiem czy czytasz jakieś książki rozwojowe, bo samo forum nie wystarczy.
Z lektury mozesz się dowiedzieć bardzo dużo i sobie własciwie poustawiać sprawy. Np. poczucie winy, to powszechny sposób manipulacji rodziców wobec dzieci. Przy tym pamietaj, by nikogo nie obwiniać ani siebie ani innych. Uczysz się i rozpoznajesz po to, zebyś poprawiła swoje zycie i nie dała się manipulować i krzywdzić przez innych.
Dasz radę.
-
Mateusz dzięki za erd:)
Tak czytam książki od leszka po inne rozwojowe, interesuję się psychologią i dużo czytam, codziennie mam nos w książce.
Tak bezpieczeństwo to podstawa- będę nad tym mocno pracować, bo czuje się zagrożona
TU- czytałam i mam zamiar stosować
Forum traktuję jako "coś pobocznego" wiem,że literatura rozwojowa i ciągłe doskonalenie w praktyce dają rezultaty.
Dziękuję za wnikliwe podpowiedzi, są konkretne i mi pomogły się utwierdzić nad czym mam się skupić.
-
muszka91
Powodzenia :)
-
Przy tym pamietaj, by nikogo nie obwiniać ani siebie ani innych.
Może obwiniać kogo chce i jak długo chce. Jest wolna i sama decyduje. Ma prawo czuć to co czuje a jak zacznie sobie nakładać restrykcje to daleko na tym nie zajedzie.
Rozwój polega na wolnośći a nie na zakazach, nakazach i przykazaniach. To domena religii.
Mateusz, może powinieneś zostać księdzem?
-
Inga
haha, rozbawiłaś mnie.
Gdzie Ty to widzisz w moim poscie.
Rozwój polega na wolnośći a nie na zakazach, nakazach i przykazaniach. To domena religii.
Wiem, że jesteś na religię wrazliwa, ale nic takiego nie pisałem.
Rozwój zwałaszcza na początki i przez pewien czas dalej najczęściej wcale nie polega na wolnosci. Owszem jest to proces w kierunku coraz większej wolności, ale nie od razu i nie w pełni.
Może obwiniać kogo chce i jak długo chce. Jest wolna i sama decyduje. Ma prawo czuć to co czuje a jak zacznie sobie nakładać restrykcje to daleko na tym nie zajedzie.
Podtrzymuję o co napisałem. Samo odczuwanie emocji i różnych mechanizmów to jedno, a kierowanie sie w zyciu działanim by obwiniać innych albo siebie to drugie.
To drugie jest nie jest rozwojowe zwłaszcza wobec siebie.
-
Doskonale pamietam, jak stawałem się coraz bardziej świadomy swoich negatywnych emocji i wzorców i własnie popełniałem ten błąd: obwiniałem nie tylko innych ale i siebie. Obwiniając siebie doławałem się i moja samoocena padała poniżej zera. Kiedy obwiniałem innych, dalej pielęgnowałem urazy i pogłębiałem wzorce ofiary.
Jakbym przeszedł nad tym do porządku dziennego, to nie miałbym tak ciężkich traum.
-
Napisałam to bo wiem jak takie przestrogi mnie w początkowym okresie zaszkodziły, jak się bałam robic coś co jest zakazane i jak bardzo mi potem pomagało pozwolenie sobie na robienie wszystkiego, bez względu na to czy to dobre czy złe.
Proponuję przeczytanie książki zareklamowanej przez Felicite- Summerhill.
Pierwszym etapem wychowywania dzieci w tej szkole było zniszczenia ich sumienia. A ty tu zalecasz wzmacnianie sumienia czyli lęków przed czynieniem zła.
-
Inga
Jakie przestrogi, a potem jakie rzeczy zakazane, a w końcu jakie sumienie?
Użyłem słowa pamietaj i tylko tyle.
Mnie o tym nikt na początku nie powiedział, dlatego uznałem, że to jest ważne. Jeszcze raz, chodzi mi właśnie o intencję używania czegoś do szkodzenia sobie. Nie o żadne sumienie, dobro czy zło, żadne zakazy, czy przestrogi.
Napiszę dokładniej. Kiedy rośnie samoświadomośc otwiera sie też stopniowo to co siedzi w pś. A to, co wychodzi to urazy, negatywne uczucia, krzywda, agresja itp. Jeśli mamy silne intencje obwiniania siebie, to lepiej żebyśmy tego wszystkiego nie ruszali z pś, bo bedziemy sobie tylko potwierdzać że naprawdę jesteśmy źli i beznadziejni i wykorzystywali to do gnębienia siebie.
Jeśli jeszcze do tego nie mamy dystansu do tego wszystkiego i nie patrzymy na to jak na coś przemijającego, to myslimy, że to już tak zawsze z nami będzie.
-
Ja zrozumiałam że jej zabraniasz obwiniania innych, bo jest to czymś złym.
A słowo pamietaj jest używane w 10 przykazaniach.
-
Mateusz, Inga,
od razu wyjaśnię, że nie nawiązuję tutaj bezpośrednio do Waszych wypowiedzi. Przy okazji chcę napisać kilka słów od siebie :)
Rozwój polega na wolnośći a nie na zakazach, nakazach i przykazaniach. To domena religii.
Myślę, że takie nakazy i zakazy, jak np. zakaz obwiniania, w dużej mierze wynikają ze strachu przed ugrzęźnięciem w fazie obwiniania. Obawy takiej osoby, która się boi i z lęki przed zmianą (czyli przed niewiadomą) nie dopuszcza do tej zmiany, nie są bezpodstawne. Bo załóżmy, że zrobi ten krok, którego tak się boi i pozwoli sobie na obwinianie. Wtedy, jeśli (znów z lęku) nie pozwoli sobie na zmianę (czyli na wyjście z fazy obwiniania), może faktycznie utknąć w stanie obwiniania wszystkich za wszystko.
Przyczyną takiego stanu rzeczy będzie strach – tak jak wcześniej ten ktoś bał się obwinić kogokolwiek (choć miał na to ochotę), tak teraz boi się przestać obwiniać. Czyli praktycznie nic się nie zmieniło. Strach rządzi życiem takiej osoby.
Człowiek który się boi, musi przestrzegać reguł, nakazów i zakazów, bo inaczej jego życie stałoby się nie do wytrzymania.
Z kolei ktoś, kto nie poddaje się swoim lękom, nie musi przestrzegać reguł, bo po co?
Taka osoba robi to, na co ma ochotę, bo wie, że gdy człowieka nie krępują lęki, to idzie on naprzód, nie zatrzymuje się w miejscu (czyli w tym przypadku w stanie obwiniania). Tak jak w życiu: wszystko przemija, żaden stan nie trwa wiecznie, chyba, że człowiek go siłą zatrzymuje (ze strachu).
Z mojego doświadczenia wynika, że tak właśnie jest z obwinianiem. Jeśli się ma na nie ochotę, wystarczy sobie na nie pozwolić, bez żadnych ograniczeń typu "bo nie wolno", "bo niekorzystne", itdp. i pozwolić, by przeszło. Bo, że przejdzie, jeśli nie będzie przez nas powstrzymywane z lęku przed zmianą, to pewne. Wszystko przechodzi. Wystarczy nie przeszkadzać, nie słuchać swoich leków, bo lęk – jako przeciwieństwo miłości – prowadzi na manowce.
Inna sprawa jest taka, że jeśli pozwolę sobie czuć to, co czuję, nie oceniam tego, nie tłumię, to uwalniam to uczucie, wtedy świadomość się rozszerza, a w tym stanie nietrudno zauważyć, że obwinianie nie ma sensu. Ale trzeba sobie to uświadomić, a nie przyjąć na wiarę, bo ktoś tak powiedział. A żeby sobie uświadomić trzeba to wypuścić z podświadomości, trzeba dać temu upust. Czyli pozwolić sobie na obwinianie (choć niekoniecznie trzeba obwinić, ale trzeba sobie na to pozwolić).
A zatem – wystarczy się nie powstrzymywać ani przed obwinianiem, ani przed zakończeniem obwiniania, słuchać siebie, pytać, co w danym momencie jest mi potrzebne. Jeśli obwinianie przynosi ulgę, to obwiniać, jeśli przestało przynosić ulgę, a przysparza tylko cierpienia, to przestać.
Być elastycznym, słuchać siebie, stale reagować na swoje obecne potrzeby.
Nie powstrzymywać się przed niczym, ale też do niczego nie przywiązywać. Wtedy jest się prawdziwie wyzwolonym :)
-
Felicite:)
dobrze ,że zainterweniowałaś :P
Czyli tak jak myślałam:) dzięki
-
Jeżeli ktoś się chce zmienić to nie może sobie tworzyć takich zakazanych stref do których nie wolno zaglądać bo to grozi czymś złym, bo wtedy nie ma szansy na przepracowanie tych tematów, których się boi.
Ja właśnie boję się obwiniać innych, a jeżeli sobie powiem że tego mi nie wolno, to tym bardziej nie pozbędę się tego lęku.
Natomiast doskonale potrafię obwiniać siebie i robię to stale. Ale jeżeli sobie tego zakażę to tylko zepchnę to obwinianie siebie do podświadomośći i przestanę zauważać że to robię.
-
Ja na razie też obwiniam siebie za to co rzekomo zrobiłam. Na razie nie potrafię sobie do końca tego wybaczyć, ale już mniej siebie obwiniam- bo chcę przekonać pśkę ,żę nie ma czegoś takiego jak poczucie winy jest tylko nauka. Tak chciałabym patrzeć , ale jest to raczej na razie odległe. Na razie staram się nie przywiązywać ogromnej wagi do poczucia winy i obserwuje je tak jak wstyd, który wyłazi od dobrych miesięcy. Chciałabym to uzdrowić wiadomo- bo mnie zatruwa.
Ja obwiniałam rodziców za moje dzieciństwo i partnera za nieudany związek ale jakoś lepiej mi się napewno nie zrobiło, zaczęłam się tylko pogrążać. Teraz staram się zrozumieć ,że miałam jakieś intencje by zadawano mi ból- bo pewnie chciałam sie pozbyć poczucia winy.
Tak czy siak w pierwszej kolejności bezpieczeństwo , bo czuję się mega zagrożona. Ot tyle
-
Jeżeli ktoś się chce zmienić to nie może sobie tworzyć takich zakazanych stref do których nie wolno zaglądać bo to grozi czymś złym, bo wtedy nie ma szansy na przepracowanie tych tematów, których się boi.
Dokładnie :) Jeśli ktoś chce się rozwijać to nie może słuchać swoich lęków, ale siebie pomimo tych lęków.
Muszka,
a czy przerzuciłaś całą odpowiedzialność za wszystko to, co zrobili Ci rodzice, gdy byłaś dzieckiem, a sama się z niej zwolniłaś?
Inna rzecz - poczucie winy istnieje dopóty, dopóki chcemy coś nim osiągnąć. A tym czymś jest zazwyczaj aprobata rodziców (czy miłość) i oczywiście bezpieczeństwo, które mają zapewnić. Ty jesteś bardzo związana z rodzicami, wręcz od nich uzależniona (o ile dobrze pamiętam finansowo i pewnie nie tylko), więc nadal "musisz" tkwić w poczuciu winy. Myślę, że praca nad uniezależnianiem się od rodziców (emocjonalnym i finansowym) byłaby wskazana :)
-
Muszka.
No i dobrze.
Obwiniałaś ich, zobaczyłaś że to dla ciebie niekorzystne i zaprzestałaś. Tak się to powinno dziać.
A ta obserwacja wstydu i poczucia winy to bardzo dobra metoda.
-
Moja siostra przez wiele, wiele lat obwiniała mnie i rodziców za ciężkie życie i niczego jej to nie dawało. W końcu zrozumiała że ma tak cięzko z powodu swojej ogromnej ambicji i odpuściła tę ambicję. Poczuła się znacznie lepiej a jej życie stało się łatwiejsze.
-
Felicite,
Tak tkwię w poczuciu winy- nie mówie ,że go nie mam tylko obserwuję bo na razie nie potrafię się go pozbyć. Wiem,że musiałam miec intencje ofiary więc przyciągnęłam kata- intelektualnie. A najbardziej siedzi we mnie poczucie winy za stosunek do własnego dziecka(agresja) . Chociaż teraz już nie jestem pewna czy ja siebie nie obwiniam- być może jeszcze do końca sobie tego nie uświadamiam ,że najbardziej obwiniam siebie. Finansowo tak bo jestem na utrzymaniu ojca a emocjonalnie pewnie też po części jasne.
Co ja chcę osiągnąć gdy obarczam siebie? przecież czuje ,że mnie to blokuje, powoduje lęk. Po co ja to trzymam?
Dlaczego tak chcę obarczać siebie? Czy to podświadoma pogarda wobec samej siebie? Dlaczego czuje się winna.
Dobra naczytałam się ,że musiałam przyciągnac takich rodziców, więc dlaczego wybrałam takich? To znaczy,że coś we mnie nie było tak? w moich intencjach wobec siebie ? dobrze to rozumiem?
Ale przecież wybierając trudne dzieciństwo z powodów moich wcześniejszych błędów wcale ich nie naprawiam więc?
Poczucie winy jest bez sensu. Ale czasem mam do siebie żal ,że wybrałam sobie takich rodziców, ograniczonych, krzykliwych, bez wyrazu. I czuję się winna ,że skopałam sobie rozwój, nie dałam sobie szansy na miłość. Nie nauczono mnie miłości. A teraz wzmocniło się to,że gdy urodziłam dziecko i wpadłam w depresję zachowywałam się bardzo agresywnie i nie moge sobie tego wybaczyć. Nie czuje się niewinna przede wszystkim w wstosunku do dziecka bo wcieleń nie pamiętam więc całe zycie uważalam ,że wszyscy są winni to ja jestem niewinna!!
A skoro oni nie są ok to ja jestem Ok! SAMA NIE DAŁAM SOBIE SZANSY na spokojne dzieciństwo. To kogo mam winić za to ? za moje złe intencje? tylko siebie? NIC JUŻ NIE WIEM. Nie wiem jak sobie odpuścić.
SOrry za pomieszanie . Wychodziło coś po drodze na spontanie
-
SOrry za pomieszanie . Wychodziło coś po drodze na spontanie
Spoko :) Tak ma być.
Dobra naczytałam się ,że musiałam przyciągnac takich rodziców, więc dlaczego wybrałam takich? To znaczy,że coś we mnie nie było tak? w moich intencjach wobec siebie ? dobrze to rozumiem?
To nie jest podejście do siebie oparte na miłości, wręcz przeciwnie. Takie intelektualne rozumienie przyciągania na zasadzie intencji tylko pogarsza sprawę.
Tylko miłość może Cię uleczyć. Wiem (bo też przez to przechodziłam), że w takim pomieszaniu trudno przyjąć bez emocji takie wydawałoby się banały, ale tak jest :)
Chodzi o miłość do siebie. O spojrzenie na siebie jak na człowieka, który zasługuje na uwagę, na współczucie, na wsparcie. Małymi kroczkami zacznij wzbudzać w sobie empatię do siebie, a konkretniej do małej dziewczynki, którą kiedyś byłaś.
Bo teraz patrzysz na nią oczami rodziców (dlatego siebie obwiniasz, a ich tłumaczysz), albo też buntujesz się przeciwko temu i robisz na odwrót (siebie wybielasz, a ich obwiniasz), ale to tylko druga strona tej samej monety (braku miłości). Trudno jest spojrzeć na siebie inaczej niż do tej pory, ale da się. Pożałuj siebie, swojego losu. Nie zajmuj się odczuciami innych osób, tylko swoimi. Obdarz siebie pełną uwagą.
Czy ma to znaczenie dlaczego stało się tak, jak się stało? Nie ma. Nie radzę w takim stanie szukać przyczyn, bo to może tylko wzmocnić niechęć do siebie. Ważne jest to, że cierpiałaś, ważne jest to, że zasługujesz na miłość, a tej miłości nie dostałaś. I nieważne w sumie, kto był winny, bo tak naprawdę nikt nie był temu winny(choć czasem trzeba wyjść z pozycji postawienia odpowiedzialności tam, gdzie jej miejsce, czyli obarczyć nią rodziców, bo inaczej się nie ruszy)). Teraz potrzeba Ci wyrozumiałości dla siebie. Tego przede wszystkim. A kiedy dasz sobie zrozumienia, choć w małej ilości, to wtedy to wszystko będzie już inaczej wyglądało :)
Może pomoże Ci coś takiego: wracaj do dzieciństwa i postaraj się nie patrzeć na te wydarzenia oczami rodziców, ale spróbuj poczuć, co mogło czuć to bezbronne dziecko, którym wtedy byłaś.
Wzbudź w sobie współczucie do tego dziecka. Choć najpierw możesz się na nie wyzłościć (np. na to, że znalazłaś się w takiej sytuacji) jeśli chcesz, ale nie przerywaj na tym, zawsze dąż do wczucia się w siebie, w tamtą siebie. Poczuj, jakie to malutkie dziecko było niewinne i jak pragnęło miłości. I jak się bało. I co dostało. Czy kogoś takiego można o cokolwiek obwinić?
Jeśli to poczujesz, to zobaczysz, że nie można. Tego Ci życzę z całego serca :)
Poprzednich wcieleń nie musisz pamiętać, by się uzdrowić. A to, że obwiniałaś wszystkich wokół siebie (i miałaś różne złe odczucia wobec dziecka) wynikało z tego, że byłaś bardzo zraniona. Miłość do siebie zagoi tę ranę i skorzystają na tym wszyscy: Ty i Twoi bliscy (przede wszystkim dziecko).
Ale też musisz się przygotować na niemiłe przeżycia, bo miłość wyciąga na wierzch wszystko, co nią nie jest, a wtedy boli. Ale boli coraz mniej i widać światełko w tunelu. Bo miłość (ta zdrowa) zawsze uzdrawia, nie ma dla niej rzeczy niemożliwych :)
-
Bo teraz patrzysz na nią oczami rodziców (dlatego siebie obwiniasz, a ich tłumaczysz), albo też buntujesz się przeciwko temu i robisz na odwrót (siebie wybielasz, a ich obwiniasz), ale to tylko druga strona tej samej monety (braku miłości).
ja patrzę oczami intencji - nie mogły być wobec siebie korzystne skoro miałam takich rodziców. Musiałam chcieć za coś odpokutować albo w ten sposób siebie uniewinnić za przeszłość. Cokolwiek faktycznie chciałabym wpuścić miłość.
Może pomoże Ci coś takiego: wracaj do dzieciństwa i postaraj się nie patrzeć na te wydarzenia oczami rodziców, ale spróbuj poczuć, co mogło czuć to bezbronne dziecko, którym wtedy byłaś.
Byłam na terapii czułam lęk, poczucie krzywdy, żal , rozczarowanie,żłość, awersję - przepracowywałam to, nienawiść do matki za to co robiła i złość do ojca,że nieskutecznie reagował. Ale także sympatię do ojca,że próbował
Może ja po prostu chciałabym im wybaczyć i dlatego przestać ich winić. Ale nie chce też winić siebie! I nie winię za dzieciństwo- po prostu intencje musiały się dograć- ale jest mi żal tego wyboru. Chyba tak myślę i czuję.
Czuje winę w stosunku do dziecka( z tego życia) że byłam agresywna . nieczuła - nie wiedziałam jak radzić sobie z emocjami i poszłam na terapię DDA i teraz już jest lepiej- nie wybucham i nie "daję klapsa" ale poczucie winy zostało.Jak mam je uzdrowić? ok nerwica depresja tłumaczy moje zachowanie ? NIe wiem.
A to, że obwiniałaś wszystkich wokół siebie (i miałaś różne złe odczucia wobec dziecka) wynikało z tego, że byłaś bardzo zraniona.
Bardzo bardzo zraniona.
Ale też musisz się przygotować na niemiłe przeżycia, bo miłość wyciąga na wierzch wszystko, co nią nie jest, a wtedy boli.
bardzo niemiłe uczucia- przede wszystkich nieakceptacji, poczucia niekochania, braku uwagi i wsparcia- bardzo bolało na terapii przeżywanie tych uczuć.
Chciałabym się poczuć niewinnie
-
jestem na siebie wkurzona ,że praktycznie nie dałam sobie szansy na spokojny rozwój- czy też oni mi jej nie dali (swoim zachowaniem) . To była błędna droga- nie nauczyłam się miłości ale jeszcze większej nieakceptacji siebie. Gdybym w porę nie zareagowała pewnie skończyłabym w psychiatryku, miałam tak silne lęki ,że myślałam, że schizy dostane. Teraz jest lepiej ale dalej mam silne lęki przed atakiem ludzi, przed opętaniem itd. W dzieciństwie zostawiano mnie samą na noc, nikt nie ukoił lęku przed ciemnością , widziałam ducha w wieku 12-13 lat i ciągle czułam się zagrożona.
Dobrze,że widzę światło w tunelu i ufam ,że będzie już tylko lepiej. Czuje,że najgorsze juz za mna
-
Czuje winę w stosunku do dziecka( z tego życia) że byłam agresywna . nieczuła - nie wiedziałam jak radzić sobie z emocjami i poszłam na terapię DDA i teraz już jest lepiej- nie wybucham i nie "daję klapsa" ale poczucie winy zostało.Jak mam je uzdrowić?
.....
Chciałabym się poczuć niewinnie
Możesz po prostu pisać afirmacje wybaczające sobie agresję i nieczułość w stosunku do dziecka. Na terapii wybaczałaś rodzicom może czas wybaczyć sobie....
Jak masz problem z wybaczaniem to możesz wcześniej pisać afirmację, że wybaczanie jest łatwe i korzystna. Żeby podświadomość załapała, ze opłaca się wybaczyć.
-
ja patrzę oczami intencji - nie mogły być wobec siebie korzystne skoro miałam takich rodziców.
Na pewno nie były, dlatego teraz czas je zmienić. Intencje wobec siebie to inaczej nastawienie wobec siebie. Czas więc zmienić to nastawienie na nastwienie pełne miłości :)
-
Możesz po prostu pisać afirmacje wybaczające sobie agresję i nieczułość w stosunku do dziecka. Na terapii wybaczałaś rodzicom może czas wybaczyć sobie....
Wiesz co poczułam wzruszenie. Ich jakoś łatwiej mi rozgrzeszać a siebie nie. Ale poczułam wzruszenie. Mówiłam na terapii otwarcie,że jestem agresywna w stosunku do dziecka,że sobie z tym nie radze i potrzebuje wsparcia. Podobało mi się,że ludzie byli życzliwi , rozumieli i wspierali. Nie dostałam żadnej negatywnej oceny, tylko wsparcie. Ale dalej mam opór przed wybaczeniem sobie
-
mogę pracować jednocześnie nad poczucie bezpieczeństwa i wybaczeniem ? :)
POSTAWA PEŁNA MIŁOŚCI - praca domowa na lata:)
-
mogę pracować jednocześnie nad poczucie bezpieczeństwa i wybaczeniem ? :)
Jak najbardziej:) To się bardzo wiąże ze sobą. Jeżeli nasz poczucie winy to nie możesz czuć się bezpiecznie. Wybaczanie uwalnia od poczucia winy i obwiniania innych.
Ja też wiele lat obwiniałam się o wiele rzeczy w stosunku do mojego dziecka. Ale jak już sobie wybaczyłam to nie wygląda to już tak strasznie. I bardzo wiele da się naprawić.
-
POSTAWA PEŁNA MIŁOŚCI - praca domowa na lata:)
Zgadza się. Ale się opłaca, bo to intencje decydują o wszystkim :)
-
Felicite
Myślę, że takie nakazy i zakazy, jak np. zakaz obwiniania, w dużej mierze wynikają ze strachu przed ugrzęźnięciem w fazie obwiniania. Obawy takiej osoby, która się boi i z lęki przed zmianą (czyli przed niewiadomą) nie dopuszcza do tej zmiany, nie są bezpodstawne. Bo załóżmy, że zrobi ten krok, którego tak się boi i pozwoli sobie na obwinianie. Wtedy, jeśli (znów z lęku) nie pozwoli sobie na zmianę (czyli na wyjście z fazy obwiniania), może faktycznie utknąć w stanie obwiniania wszystkich za wszystko.
...........
Z mojego doświadczenia wynika, że tak właśnie jest z obwinianiem. Jeśli się ma na nie ochotę, wystarczy sobie na nie pozwolić, bez żadnych ograniczeń typu "bo nie wolno", "bo niekorzystne", itdp. i pozwolić, by przeszło. Bo, że przejdzie, jeśli nie będzie przez nas powstrzymywane z lęku przed zmianą, to pewne.
....
Dobrze że dołączyłaś swój punkt widzenia :)
To co opisałaś jest OK z całą tą sferą lęków, niepozwalania sobie, czy narzucania ograniczeń. Nie miałem na myśli podejścia opartego na lękach, czy nie stwarzania sobie stref zakazanych. Nie to miałem na mysli, bo wiem, że im bardziej próbujemy coś ukryć, to to tym intensywniej to wychodzi. Jeżeli się czegoś wyrzekasz, to się z tym wiążesz na zawsze.
Wiem, że piszesz po to, żeby wyjaśnić i nie odnosisz się bezpośrednio do mojego postu.
Choć...
Felicite i Inga
Mam do Was pytanie.
Ktoś ma b. silne DDA, ciężką karmę, wzorce ofiary, pracuje nad tym 20 lat a mimo to jego rozwój wlecze się i widać, że w takim tempie spędzi jeszcze kolejne 20 lat na terapii. Przy tym ciągle obwinia siebie i innych za wszystko, co go spotkało i będzie tak robił dalej, bo czuje taką potrzebę.
Czy więc ma dalej obwiniać wszystkich? bo przecież cały czas czuje się winny i pokrzywdzony a ma sobie na to pozwalać więc obwinia?
Acha może to jest odpowiedź.
A zatem – wystarczy się nie powstrzymywać ani przed obwinianiem, ani przed zakończeniem obwiniania, słuchać siebie, pytać, co w danym momencie jest mi potrzebne. Jeśli obwinianie przynosi ulgę, to obwiniać, jeśli przestało przynosić ulgę, a przysparza tylko cierpienia, to przestać.
Być elastycznym, słuchać siebie, stale reagować na swoje obecne potrzeby.
Nie powstrzymywać się przed niczym, ale też do niczego nie przywiązywać. Wtedy jest się prawdziwie wyzwolonym :)
Czyli jednak jakoś wpływać na to obwinianie. Kiedy przenosi ulgę dalej obwiniać, jeśli nie to przestać, a jeśli nie przynosi ulgi a dalej jest potrzeba obwiniania?
-
Te obwiniania lub zaprzestanie robienie tego jest wykonywane na poziomie wewnętrznym, poza naszą świadomą wolą. Więc jeżeli nawet podejmiemy decyzję że nie będziemy nikogo obwiniać, bo tak naprawdę nie ma winnych, to nasze uczucia i tak się nie zmienią i dalej wewnątrz siebie będziemy czuli że to przez rodzica tak cierpię, bo to on mnie skrzywdził.
Tak że jeżeli czyjaś terapia trwa 20 lat i on ciągle czuję że to jego cierpienie jest czyjąś winą, to może obwiniać aż do czasu gdy zrozumie wewnętrznie i poczuje wewnętrznie że już nie ma na to ochoty, bo np. woli robić coś przyjemniejszego, albo że rodzice go już nie interesują.
Jak komuś nie uda się wyjść z choroby do końca życia to może obwiniać do końca życia.
-
Felicite i Inga
Mam do Was pytanie.
Ktoś ma b. silne DDA, ciężką karmę, wzorce ofiary, pracuje nad tym 20 lat a mimo to jego rozwój wlecze się i widać, że w takim tempie spędzi jeszcze kolejne 20 lat na terapii. Przy tym ciągle obwinia siebie i innych za wszystko, co go spotkało i będzie tak robił dalej, bo czuje taką potrzebę.
Czy więc ma dalej obwiniać wszystkich? bo przecież cały czas czuje się winny i pokrzywdzony a ma sobie na to pozwalać więc obwinia?
Taki ktoś obwinia, bo ma niską świadomość. Zakazanie mu tego, bądź też wystraszenie go na zasadzie "obwinianie jest złe" nie doprowadzi do rozszerzenia jego świadomości. Nie będzie tego robił jawnie, zepchnie to całkowicie do podświadomości, bądź też w inny sposób będzie sobie szkodził.
Jedyny sposób wyjścia z tej matni, to uświadomienie sobie prawdy, że nikt nie jest winny, czyli rozszerzenie świadomości.
W jaki sposób to zrobić? Obserwować siebie, być otwartym na prawdę o sobie.
Takiej osobie oczywiście można powiedzieć o tym, że (naszym zdaniem) szkodzi sobie bezmyślnym obwinianiem, ale nie że samo obwinianie jest szkodliwe. Bo to bezmyślne czynności (w tym przypadku obwinianie) szkodzą. Są przy tym kompulsywnie powtarzane, bo z faktu ich wykonania nie wynika żadne uświadomienie.
Obwinianie to reakcja obronna. Ja bym takiej osobie poradziła obserwowanie siebie, po co to robi, co chce przez to osiągnąć, przed czym się broni. Czyli niech nadal obwinia, jeśli ma taką potrzebę, ale z innym nastawieniem, coraz bardziej świadomie.
(...) a jeśli nie przynosi ulgi a dalej jest potrzeba obwiniania?
Tak jak wyżej napisałam: Wyjściem jest obserwacja siebie. I wybór swojego dobra.
No bo skoro obwinianie nie sprawia mi ulgi, to może lepiej z tego zrezygnować? Owszem, będzie to pewne "wyrzeczenie", ale gdyby tak się wsłuchać w siebie, to wcale nie jest wyrzeczenie, bo robię to dla siebie. Tej prawdziwej, a nie przystosowanej. I dlatego taka decyzja sprawia mi prawdziwą ulgę.
Jeśli natomiast nadal nie jestem w stanie z tego zrezygnować (tj. z obwiniania), to obserwuję siebie podczas obwianiania i dochodzę, o co mi chodzi. Przy takim postępowaniu i uczciwości wobec siebie (woli dojścia do prawdy, żeby sobie pomóc) nie ma możliwości porażki :) Co prawda trzeba włożyć w to trochę wysiłku i poświęcić czasu, ale dla siebie warto :)
Mam nadzieję, że wszystko jasno piszę, bo dziś niewyspana jestem jak mops ;))
-
Te obwiniania lub zaprzestanie robienie tego jest wykonywane na poziomie wewnętrznym, poza naszą świadomą wolą. Więc jeżeli nawet podejmiemy decyzję że nie będziemy nikogo obwiniać, bo tak naprawdę nie ma winnych, to nasze uczucia i tak się nie zmienią i dalej wewnątrz siebie będziemy czuli że to przez rodzica tak cierpię, bo to on mnie skrzywdził.
Tak, chodzi właśnie o to by do tego dojść na poziomie wewnętrznym. Z samej świadomej woli da się zrobić parę rzeczy - dopuścić że jest taka możliwość, poobserwować dane przekonanie w medytacji lub nawiązać kontakt z poziomem wewnętrznym jeśli się da.
-
Mateusz
Jeżeli czuję się winna to znaczy że się obwiniam, bo z czego innego wynika poczucie winy? Z obwiniania siebie.
Jeżeli piszesz - nie obwiniaj się to tak jakbyś pisał- nie czuj się winna, czuj się niewinna, a to przecież bez pracy nad sobą jest niemożliwe.
-
Inga
Te obwiniania lub zaprzestanie robienie tego jest wykonywane na poziomie wewnętrznym, poza naszą świadomą wolą. Więc jeżeli nawet podejmiemy decyzję że nie będziemy nikogo obwiniać, bo tak naprawdę nie ma winnych, to nasze uczucia i tak się nie zmienią i dalej wewnątrz siebie będziemy czuli że to przez rodzica tak cierpię, bo to on mnie skrzywdził.
Czy obwinianie to jest uczucie/emocja.
Według mnie, nie. Poczucie krzywdy, tak, poczucie winy też, ale obwinianie, to już mechanizm, to działanie. I to fakt, że intencje mogą być poza świadomością, ale do nich możemy dotrzeć i je zmienić. Wtedy nie będzie potrzeby obwiniania, a jeśli dalej będzie, to trzeba zacząć proces przebaczania.
Jak dla mnie perspektywa tkwienia przez całe życie w stanie obwiniania nie jest zachęcająca. To może być pewna faza w życiu, ale nie ugrzęźniecie jak to nazwała Felicite. Jeśli się bezproduktywnie przedłuża, to pora się nią zająć w sposób w jaki opisałem wyżej.
Felicite
Jedyny sposób wyjścia z tej matni, to uświadomienie sobie prawdy, że nikt nie jest winny, czyli rozszerzenie świadomości.
W jaki sposób to zrobić? Obserwować siebie, być otwartym na prawdę o sobie.
Oczywiście, to bardzo pomaga.
Ja pamiętam, że mi działał taki mechanizm obwiniania i, jeśli tylko się pojawiały niepowodzenia, to wiedziałem przez kogo i dlaczego; co mi takiego zrobił w przeszłosci, jak mnie zaprogramował. Tylko że z tego nic nie wynikało. To znaczy nie było pozytywnych zmian. Dopiero, jak m. in. zacząłem pytać siebie: No i co z tego że ten, czy tamten mi to czy tamto zrobił, jak ja dalej tkwię w tym bagnie. I to ja tkwię a nie oni więc co ja mam zrobić, żeby z tego bagna wyjść. Historia z nimi może mnie naprowadzić co mam zrobić, ale dalej już niewiele od nich zależy, albo wcale, i dlatego ja nie mogę się oglądać na to, że oni przyznają się do winy, że to odkręcą, itp. bo mogę się nie doczekać.
-
Muszka mi się też tak świat walił po urodzeniu dziecka, przed też ale po to już było mega. Miałam uczucie że spadam w przepaść i nikt nie jest mi w stanie pomóc coś strasznego i były momenty że chciałam ze sobą skończyć. Akurat jestem trakcie uzdrawiania tego okresu Znałam wtedy tylko książki Louisy Hay i próbowałam afirmować niestety wiedza z tych książek to było za mało żeby sobie z tym wszystkim poradzić. Po urodzeniu drugiego dziecka trafiłam na regresing i mimo braku efektów chodziłam bo czułam że innego wyjścia nie mam ale cały czas kręciłam się w kółko. Postanowiłam wziąć się za miłość którą kiedyś czułam cały czas a długo nawet potem potrafiłam wzbudzić afirmacjami, a tu się okazało że to nie takie proste. Długo się starałam a w momencie gdy miałam poczucie że się o nią ocieram, to miałam takie wywałki które wstrząsały do podstaw moim światem i parę miesięcy wychodziłam dosłownie z szoku po tych wydarzeniach (bo z problemów po nich wciąż wychodzę). Wzięłam więc bezpieczeństwo. U mnie problem jeszcze dodatkowo było to że ja miałam wrażenie że u mnie wszystko wymaga uzdrowienia każda dziedzina mojego życia i tak naprawdę to nie wiedziałam za co się wziąć (nerwica). W trakcie zaczęły mi wychodzić ogromne pokłady poczucia winy. Doszłam do momentu że lęki dużo zmniejszyłam choć oczywiście wciąż wychodzą, ale poczułam że nie poczuje się w pełni bezpieczna jeśli będę wciąż za coś chciała karać siebie. Teraz robię poczucie winy i jest tego tyle że nie umiem opisać. Pierwsze jak mi wyszło to miałam wrażenie że jest o wiele większe ode mnie wręcz fizycznie to czułam. Cieszę się że nauczyłam puszczać te uczucia (TU). Nawet nie zdawałam sobie sprawy ile ja tłumiłam i chyba jeszcze nie do końca zdaje. Jak zaczęłam czytać te forum to pierwsze co przeczytałam wszystkie posty Ingi i bardzo mnie to dziwiło czemu tak mam ochotę to czytać ta ochota wydawała mi się taka irracjonalna i teraz rozumie czemu.
W okresie po urodzeniu dziecka najbardziej we znaki dała mi się teściowa i też wychodzi ze mnie mega złość na nią (normalnie nie czuje złości na wszystkich którzy mnie skrzywdzili), dobrze że aktualnie nie mamy kontaktu bo pierwszy raz poczułam że mam ochotę jej przywalić za to co mi zrobiła. Ale też czuje że w miarę jak uwalniam się od tego poczucia winy i czuję się bardziej niewinna to ta złość też schodzi. Nie wiem jak to się skończy ale dopóki nie poczuję się niewinna to nie biorę się za wybaczanie. Ja wiem świadomie że to moje intencje że ja ją sprowokowałam ale emocje trzeba przerobić, nie da się ich zakopać i po prostu wybaczyć. Bo to jak w moim przypadku może co najwyżej do choroby doprowadzić. Póki co wydaje mi się że to poczucie winy wmówione przez nią na 80% jest odpowiedzialne za jedną z moich lżejszych „dolegliwości”. Przede mną jeszcze bardzo dużo ale bardzo się cieszę że idzie do przodu. Pomogły mi też zabiegi u hydrozagtki wraz z nimi jakoś tak zaczęło się lepiej układać.
-
Kaja:) mnie rzucało o ściany- dosłownie. Teraz sobie przypominam ,że potrafiłam np. uderzać pięścią z ścianę ,żeby zadać sobie ból a nie dziecku. NIe radziłam sobie z tym co wychodziło. A wychodziło- poczucie wstydu ,że mam teraz dziecko, że miałam plany i ambicje a skończyłam jako mamuśka polka 24h. Teraz widzę jakie miałam intencje karania siebie - dosłownie. Wtedy partner wychodził, zostawiał mnie z małym samą i szedł z kolegami się upić a ja z tym wszystkim sama sobie nie mogłam poradzić. Potrafiłam to dziecko dosłownie szarpnąć, bo nie chciało spać, bo po nocy budził się dosłownie 10-12 razy i tak od niemowlęctwa. Cały czas pobudka, krzyk, 3h kolki. Czasami się zastanwiałam czy on czasami tego nie robi "specjalnie". Czy niemowlak może mieć intencje dokopania mi? tym ze się bedzie budził 10x , czy małe dziecko może prowokować? Tak się czasami zastanawiałam. Ale pewnie to moja depresja, nerwica doprowadziła do tego,że byłam gwałtowna, nerwowa, płaczliwa. Dobrze,że nie zrobiłam niczego głupiego.Bo był była w tvn'ie później o 19 w faktach,że... no dobrze ,że jednak tak się nie stało
-
robiłam wszystko co w mojej mocy, nie uległam- prosiłam dla siebie pomoc, dostałam ją. Cieszę się,że żyjemy z synem, kochamy się i uwielbiamy swe uśmiechy. Tak- uwielbiamy swe uśmiechy:)
-
dziewczyny, aż mnie normalnie współczucie ogarnia jak was czytam
jedna z moich bardzo dobrych kumpeli (przyjaźniłyśmy się parę lat wstecz) zaszła w ciążę z gościem, z którym nie powinna, sama o tym wiedziała i sama już zakończyła z nim związek, po czym się okazało.. że jest w ciąży. No i sytuacja tak się niefortunnie potoczyła, że znalazła się w bardzo małym odsetku kobiet, które tragicznie przechodzą pierwsze miesiące ciąży (mówiła, że chciała sobie w łeb strzelić - codzienne wymioty przez chyba 3 miesiące, omdlenia). Po urodzeniu dziecka, jej córeczka nieźle dawała jej czadu, podobnie jak Tobie muszka - mała non stop się budziła, dosłownie non stop, płakała, kolki itp. Byłam ją odwiedzić i no wyglądała jakby co najmniej z tydzień nie kładła się spać. Cały czas niewyspana i prawie sama, bo ojciec dziecka prawie cały czas w pracy. Żeby było śmieszniej, w międzyczasie dostała się na medycynę i nie wiedziała co z tym wszystkim zrobić...
Najśmieszniejsze jest to, że ona widziała swoje intencje kiedy była z tym gościem już dużo wcześniej, ale twierdziła, że nie może go zostawić, bo on sobie nie poradzi.. a teraz sama ma nie za wesoło. Mimo wszystko mam nadzieję, że wszystko jej się poukłada i w miarę możliwości staram się ją wspierać.
-
muszka
dziecko to nie jest żadna czysta kartka bez żadnych intencji. Ona ma swoją karmę i swoje intencje. To w praktyce znaczy, że może robić wszystko np prowokować jak się da. Jest nawet coś takiego jak mściciel karmiczny czyli dziecko, które przychodzi po to, żeby się zemścić na mamuśce za coś ze wcześnijszych wcieleń i potrafi ją nawet wykończyć np podczas porodu albo potem dokuczać. W twoim przypadku to raczej jakieś dogrywające się wzorce twoje i jego(dziecka), bo widać, że już podczas ciąży miało prawo wpaść w różne traumy zw z twoimi emocjami. Jak będziesz konsekwentnie oczyszczać karmę to ono się uspokoi. Na pewno każdy w waszej sytuacji jest odpowiedzialny za swoją sytuacje i swoje emocje w 100%, nawet dziecko. TO znaczy, że nie musisz się obwiniać za nic, co spotkało innych z twojej strony i vice versa.
na pewno masz pełne szanse na uzdrowienie wszystkiego, tylko trzeba konsekwencji w odzyskiwaniu pozytywnego nastawienia
-
. Nie wiem jak to się skończy ale dopóki nie poczuję się niewinna to nie biorę się za wybaczanie. Ja wiem świadomie że to moje intencje że ja ją sprowokowałam ale emocje trzeba przerobić, nie da się ich zakopać i po prostu wybaczyć. Bo to jak w moim przypadku może co najwyżej do choroby doprowadzić.
Kaja
Bardzo mądre podejscie.
Od wybaczania mogą zaczynać osoby ktore nie mają większych problemów emocjonalnych, czyli te które miały w miarę szczęśliwe dzieciństwo.
Wybaczanie gdy ma się bagno w sobie może bardzo zaszkodzić, bo nieuzdrowione emocje wejdą tylko głebiej.
-
W nawiązaniu do dyskusji z Mateuszem napiszę jak mi pomogło pozwolenie sobie na obwinianie siebie.
Ostatnio popełniłam w pracy błąd, o którym informacja natychmiast doszła do prezesa, który się wściekł o to, a ja wpadłam w ogromny lęk i poczucie winy.
Czułam się winna bo na poziomie podświadomym mocno się obwiniałam.
Mogłabym sobie powtarzać że jestem niewinna, że każdy ma prawo się pomylić, że jestem bezpieczna i w ten sposób uspokajać siebie, a równocześnie nie pozwalać na uzewnętrznienie tych wszystkich negatywnych machanizmów działających we mnie. A ja starałam się przede wszystkim nie tłumić ani lęku ani poczucia winy ,tylko je czuć jak najmocniej.
I zauważyłam jak mocno jedna cześc mnie typu rodzic obwinia drugą częśc mnie- dziecko. Wyraziłam to obwinianie siebie na rysunku gdzie jedna ja mówiła do drugiej ja: taki mi wstyd, jak mogłaś coś takiego zrobić, taka prosta rzecz, teraz muszę się za ciebie wstydzić, jesteś do niczego, jesteś beznadziejnym pracownikiem, musisz zostać ukarana, jak można coś takiego źle zrobić, przecież nie ma nic prostszego, nawet takiej prostej pracy nie potrafisz wykonać, to dowód że jesteś do niczego, nic z ciebie nie będzie, musisz zostać ukarana.
Czułam się okropnie, byłam w głębokim dole i nie widziałam wyjścia z tej sytuacji. I tak cierpiałam i cierpiałam gdy nagle po około godzinie cierpień pojawiła mi się myśl- kara się zakończyła- a ja w jednej chwili wyskoczyłam w górę, przestałam się bać i czuć źle i poczułam się normalnie. To było dla mnie coś bardzo dziwnego. Nie rozumiałam co się stało. Dopiero po dłuższym zastanowieniu zrozumiałam że ja to cierpienie zadawałam sobie jako karę za ten błąd i po wycierpieniu odpowiedniej dawki, darowałam ją sobie.
Dzięki temu uratowałam się przed wymierzeniem sobie kary, a moje kary są straszne, tak samo jak straszne były kary mojego ojca.
Świadomie też trochę się obwiniałam, bo jednak poczucie winy wpływa na swiadomość a bład był prosty i nie musiało go być.
A gdybym podeszłam do tego za nastawieniem że najważniejsze jest aby nie obwiniać siebie, to tylko to obwinianie wtłoczyłabym głebiej w siebie i nie wiedziałabym że taki proces się we mnie toczy.
-
Zapomniałam dodać zakończenie.
Przyszłam do pracy na drugi dzień a tu cisza, nikt o mnie nie mówi.
W końcu kierownik mi powiedział że w firmie jest nowa afera znacznie ważniejsza od mojej a o mnie już nikt nie wspomina.
-
NO jasne. Dałaś sobie to wszystko wyciągnąć- to jest moim zdaniem najważniejszy etap (uświadomienie sobie poczucia winy i odczuwanie ) dopiero poźniej można ruszyć z uzdrawianiem.
Inga miałam w przedszkolu Ingę , którą miło wspominam. Taka żyrafka zawsze uśmiechnięta:)) fajnie było sobie ją przypomniec za sprawą Twego nicka :D
-
Muszka
Fajnie z tym nickiem :))
-
Mi tez nick Inga bardzo się podoba.
Kojarzy mi się z Ingeborgą, a te imiona nosiły królowe skandynawskie :) Przez co brzmi dla mnie z jednej strony dostojnie, a z drugiej swojsko, znajomo.
-
To juz wiem dlaczego hydrozagadka kojarzyla mi sie z Krolowa Sniegu:)))
-
Inga
Zrobiłaś własciwie. My chyba ciut inaczej rozumiemy słowo obwinianie. Ja miałem na mysli stały proces, który powoduje stagnację. Bo większość ludzi tak się zachowuje, obwinia i na tym etapie pozostaje. Jeśli obwiniają innych, wtedy są winni i koniec, a oni są w porządku. Jesli obwiniają siebie, to myślą że są do niczego i też na tym poprzestają. Tak się zdarza bardzo często, ja również miałem taki mechanizm. Nawet u rozwojowców tak się dzieje, że pś kamufluje nieprzyjemne sprawy i następuje samooszukiwanie się.
Natomiast jak jest to proces sięgający głębiej i prowadzący do rozwiązania problemu to jest OK, a w zasadzie o to właśnie chodzi. I jeszcze jak niektórzy potrzebują tego obwiniania, to niech sobie pozwalają, byleby nie był to ich sposób na życie.
Ja często robię sobie małą regresję i wtedy może wyjść przyczyna.
To jak co wyjaśniłaś jest OK.
-
Ci którzy obwiniają i pozostają w tym obwinianiu, z jakichś względów nie chcą lub nie potrafią zrozumieć że nie tędy droga prowadzi. I napominanie ich lub pouczanie żeby tego nie robili i tak nie da rezultatów, bo coś ich do tego zmusza. Natomiast uważam taką radę za zbędną w przypadku Muszki która jest bardzo świadoma , rozwija się i w dodatku jest po terapii, a dawanie jej takich rad to traktowanie jej jak dziecko.
-
Ingo dziękuję:) no ja muszę jeszcze popracować nad pewnością swoich poglądów, czasami wolę przemilczeć niż dawać do zrozumienia ,że już to wiem:) i lubię pytać nawet żeby sprawdzić czy ja myślę podobnie czy może myślę inaczej :)
Kurde teraz pracuję nad bezpieczeństwem i odezwała się stara zapomniana skolioza, od wczoraj łupie mnie kręgosłup. Ale będę konsekwentnie pracować aż do skutku. Dobrze,że nie jestem tym bólem ale chyba fizycznie przydałoby się poruszać chociażby pobiegać bo mięśnie pleców mam zaniedbane:)
-
Ja tu doświadczyłam dużo pouczania mnie z pozycji mądrzejszego i dlatego teraz jestem na to bardzo uczulona.
-
To juz wiem dlaczego hydrozagadka kojarzyla mi sie z Krolowa Sniegu:)))
:D
no cóż, kocham zimę, śnieg, mrozek, słońce, narty, lepienie bałwanów;) Cenię norweskie krajobrazy, uwielbiam wygląd Wysp Owczych, wielbię Islandię i tereny za kołem podbiegunowym ;)
-
Skoro tu tyle o obwinianiu się to zadam to pytanie też tu. Pytanie może głupie ale mam aktualnie mętlik w głowie i nie umiem sobie tego poukładać, czy wstyd to też obwinianie się?
-
Wstyd jest pośrednio związany z obwinianiem siebie - tyczy się czucia w jakiś sposób nie w porządku, czucia że jest się samemu nie w porządku
-
Skoro tu tyle o obwinianiu się to zadam to pytanie też tu. Pytanie może głupie ale mam aktualnie mętlik w głowie i nie umiem sobie tego poukładać, czy wstyd to też obwinianie się?
Kaja
Wstydzimy się za to jacy jesteśmy, a obwiniamy za to co zrobiliśmy.
Przykładowo zrobiłem kawał bratu, w którym nie fortunie ucierpiał.
Mogę się obwiniać za spowodowanie wypadku lub inni mogą mnie o to oskarżać, zrodzi to poczucie winny - jestem czemuś lub komuś coś winien.
Po tym wszystkim mogę się tego wstydzić bo uwierzyłem że jestem np. nieodpowiedzialny, zły, ranie innych itp. - wstyd mi za siebie.
Czytałem tylko twój post, mam nadziej że pasuje do wątku.
-
Inga
Masz rację, tu chodzi o Twoje uczulenie, a nie o mój post.
Ci którzy obwiniają i pozostają w tym obwinianiu, z jakichś względów nie chcą lub nie potrafią zrozumieć że nie tędy droga prowadzi. I napominanie ich lub pouczanie żeby tego nie robili i tak nie da rezultatów, bo coś ich do tego zmusza.
Takie uogólnianie jak teraz walnęłaś nie jest prawdą. Tego nie wiesz, bo ludzie są różni i każdy, jak to ujęłaś, napominanie i pouczanie może inaczej przyjąć.
Ja mogę być tego przykładem, że się mylisz, bo wiele napomnień przyjąłem z wdzięcznością, bo nie musiałem uczyć się na własnych błędach.
Ja też mam prawo do wyrażenia swoich opinii i myśli mimo, że są NIEZGODNE z TWOIM ROZUMIENIEM dlatego ocenię teraz Twoje posty więc piszę:
Sama się zapędzasz w kozi róg. Najpierw piszesz o niepouczaniu a teraz mnie pouczasz i próbujesz traktować z góry.
Jak nie czujesz energii i intencji w tym, co napisałem, patrz mój post do muszka91, a kierujesz się własnymi uprzedzeniami, to nie oceniaj mnie i tego co napisałem, bo się rozmijasz ... U mnie nie było nic z tych rzeczy, co piszesz. No ale chodzi przecież o to:
Ja tu doświadczyłam dużo pouczania mnie z pozycji mądrzejszego i dlatego teraz jestem na to bardzo uczulona.
a nie o to, co ja napisałem, a w dodatku nie do Ciebie.
To tylko tak w celu wyrażenia tego, co myslę bez tłumienia i powstrzymywania swoich myśli.
-
Jeszcze dopiszę, że człowiekiem nie kierują same emocje, czy to COŚ, jak jak piszesz, co go zmusza. Takie podejście z poziomu niższego jest po prostu ograniczeniem. Odbieram to jako sprowadzanie CAŁEJ MOCY DUCHOWEJ do jedne sfery, której rola jest zupełnie inna, niż dzierżenie władzy na człowiekiem.
-
Mateusz
Doszłam do wniosku że widocznie nie byłeś ofiarą i dlatego nie rozumiesz tego co piszę.
Po prostu sam nie miałeś takich doświadczeń więc tego nie czujesz.
-
Dotarcie i uwolnienie głębszych wzorców odrzucenia to nie koniec pracy nad sobą, tylko początek budowania naprawdę pozytywnej samooceny w bliskich relacjach.
-
Wczoraj znów była niedziela taka jak zwykle, czyli spędzona w domu, bo się bałam gdziekolwiek wyjść. I jak zwykle starałam się nad sobą pracować, po to aby ukrócić swoje męki i lęki. A przez to że nigdzie nie musiałam wychodzić, moje lęki były mniejsze i mogły się na to miejsce pojawić inne odczucia.
Od rana byłam w stanie smutku i beznadziei. Wracałam emocjonalnie do okresu wczesnego dzieciństwa gdy sama siedziałam w domu z głową w oknie, a mama tylko czasami wpadała do domu i szybko wychodziła. Ja byłam malutka i nie wiedziałam jak wykonywać rózne rzeczy, nie wiedziałam jak sama sobie poradzić, bo nikt mnie tego nie nauczył. Potrzebowałam pomocy mamy. Potrzebowałam kogoś kto mi powie jak cokolwiek mam sobie zrobić. Cały czas czekałam aż mama przyjdzie i mi wytłumaczy, nauczy. A mama nie przychodziła i nie pokazywała. A ja się bałam cokolwiek próbować robić, bo jak bym cos zepsuła to byłaby wielka kara. W naszym domu nie wolno było popełniać błędów. Więc się bałam i czekałam na mamę a mama do tej pory nie przyszła i mnie nie nauczyła.
Uświadomiłam sobie że ja nadal czekam na mamę aż ona mi pomoże, bo ja nadal nie radzę sobie sama i nadal potrzebuję pomocy, nadal się boję bo nie wiem jak sobie poradzić. W związku z tym że nadal potrzebuję mamy, nie mogę się od niej oddzielić i zacząć żyć samodzielnie.
Po kilku godzinach przeżywania tamtych stanów, wyszłam z tego okresu ale samopoczucie nadal mi się nie zmieniło. Nadal cierpiałam a nawet cierpienia się zwiększały bo zaczynało mnie łapać przeziębienie.
Boję się przeziębienia i bardzo go chciałam uniknąć a robiło mi się coraz zimniej i łapały mnie dreszcze. Zrobiłam sobie sesję oddechową ale nic się nie ujawniło. Po zakończeniu poczułam się bardzo źle. Położyłam się i pomyślałam o tym jak bardzo cierpię. I wtedy przyszło mi uświadomienie. Przypomniałam sobie że bedąc malutka złożyłam sobie obietnicę że zawsze będę cierpieć, że zawsze będzie mi źle, że nigdy nie będzie mi dobrze dlatego że mama mnie nie chce. W młodości te zdania powtarzałam sobie bez końca, odnawiając w ten sposób tę obietnicę i ją utrwalając. A przyczyną były nieszczęścia które mnie wtedy spotykały i wobec których czułam się bezsilna. Widziałam że wobec złego losu jestem bezsilna i że moje życie zawsze będzie cierpieniem.
To było ważne uświadomienie powodów mojego cierpienia. Poczułam po nim ulgę a przeziębienie zaczęło się wycofywać. Za jakiś czas było już po przeziębieniu a ja poczułam się lepiej, wyszłam z tego stanu cierpienia. Cieszę się że mi się udało i już nie muszę cierpieć będąc przeziębiona.
Dzisiaj nadal czuję się źle, bo takie zmiany to kropla w morzu potrzeb, ponieważ cierpienia których doznałam są tak liczne jak gwiazdy na niebie i aby poczuć realną zmianę muszę zrobić bardzo dużo, całe mnóstwo uświadomień.
-
A tak wyglądało moje poniedziałkowe przedpołudnie.
Miałam iśc do pracy więc oczywiście się bałam. Ale to nie był lęk bezpośrednio przed pracą, tylko bardzo silne i pełne napięcia oczekiwanie na karę. Ta kara miała być prawdopodobnie w pracy. Kara miała być straszna, oczywista i nieodwołalna. Nie wiedziałam co mam zrobić aby przestać się bać, nie wiedziałam za co i dlaczego ma mnie spotkać ta kara. Napięcie rosło a ja prawie wychodziłam siebie.
Parzyłam sobie jak zwykle zioła w termosie i rozbiłam go. Tak bardzo się bałam tej kary że postanowiłam już nie czekać na nią tylko sama się ukarać. Poczułam że napięcie spada, że przestaję się bać. Zostałam ukarana więc kara już mi nie groziła. Miałam karę więc na jakiś czas mogłam mieć spokój, zanim przyjdzie czas na następną karę.
Ten termos to dla mnie ogromna strata. Miałam go od 20 lat, był lekki, poręczny i trzymał ciepło przez 24 godziny. Ta kara jest dla mnie naprawdę duża, bo takiego termosu nie będę mieć już nigdy. Straciłam go na zawsze. To dla mnie bardzo bolesne i bardzo mi go brakuje. Tak bardzo go lubiłam.
Poszłam pisać i zaczęło mi się coś uświadamiać.
Zobaczyłam że mam w sobie ogrom złośći i nienawiści której nie czuję a które szukają jakiegoś ujścia. Tego jest tak dużo że mam potrzebę kogoś zabić i aby sobie ulżyć i upuścić trochę tej nienawiści, zabijam siebie, czyli moją wewnętrzną żywą istotę, życie w sobie. Ona jest celem mojej agresji. Gdy tylko zaczyna ożywać, wystawiać głowę to następuje atak na nią. I w ten sposób utrzymuję siebie w martwocie. Powtarzam to samo co ojciec mi robił w dzieciństwie gdy mnie zabijał. Zabijał żywe dziecko którym byłam. Aby uzasadnić to zabijanie wymyśliłam sobie że ta żywa istota we mnie, jest wszystkiemu winna co złego mnie spotyka.
A do termosu ma się to tak.
Zbiłam w termosie jego wnętrze, to które utrzymuje ciepło, a pozostała tylko zewnętrzna skorupa, nieprzydatna będąc pozbawiona wnętrza. Tak samo robię z własnym wnętrzem, które ciągle zabijam, a sama jestem tylko pustą skorupą.
-
pozwalam/zasługuję żeby Bóg wspierał mnie Ingę w wolności od karania siebie i innych
znaczy - próbowałaś takiego podejścia?
-
Nie próbowałam ale dzisiaj nastąpiło rozwiązanie tej zagadki do czego mi są potrzebne te kary.
To dla mnie coś nieprawdopodobnego.
Jak będę miała czas to napiszę.
-
Obiecałam że napiszę ale nie mogę o tym pisać. Ten temat jest dla mnie zbyt przerażający. Mogę tylko napisać ogólnie że kary są zamiennikiem seksu, bo seksu tak bardzo się boję. Moje potrzeby seksualne są tak zduszone i nieistniejące że zamiast seksu daję sobie kary.
Tematu nie rozwinę.
Efekt jest taki że dzisiaj przed pracą nie czułam tego napięcia i lęku przed karami.
Chciałabym aby to karanie już się skończyło, aby przestać żyć w ciągłym lęku przed karami i przestać siebie karać.
Kary są dla mnie mniej przerażające niż seks.
-
Przypomina mi się wcielenie zakonnika który całe swoje życie przeznaczył na udowodnienie że mozna uwolnić się od swojej seksualnośći.
Nie mogę zaprzepaścić jego dorobku, wysiłku, sukcesu. Nie mogę zaprzeczyć sama sobie i działać wbrew samej sobie. Kosztowało mnie to zbyt dużo wysiłku.
On był taki pewny siebie i tak bardzo chciał to udowodnić innym zakonnikom i wszystkim ludziom. To miało być jego ogromne osiągniecie, dokonanie czegoś czego jeszcze nikt inny nie dokonał. Ja miałam być pierwszą osobą aseksualną, bezpłciową. Żal mi go. On naprawdę bardzo się starał i włożył w to wszystko.
-
Ostatnio dużo uwalniałem z moją rodziną, i czuję że oni nie są w stanie już nawet próbować na mnie wpływać. Całkiem zniknął mi ich autorytet. I czuję że teraz sam powinienem zostać moim autorytetem, ale zamiast tego ostatnio rośnie we mnie potrzeba łamania zasad, w tym moich własnych co uskuteczniłem. Nie będę opowiadał co robiłem, ale złamałem kilka zasad, zrobiłem kilka rzeczy które uważam za nietaktowne, niestosowne, niezgodne z moimi zasadami, i z jednej strony poczułem się dobrze, a z drugiej strony dziwię się, że wcale się nie czuję po tym inaczej, świat się nie zmienił, ptaki ćwierkają a ludzie jacy byli tacy są dalej - i z jednej strony dalej mam potrzebę łamania zasad, a z drugiej czuję że to nie ma żadnego sensu - i podświadomość jest w kropce, zgłupiała i nie wie co ze sobą zrobić. Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić co we mnie zachodzi i pomóc pokierować samym sobą?
Edit: Napisanie posta jak zwykle mi pomogło:)) Czuję też że Bóg we mnie to dobry autorytet i coś co daje poczucie ugruntowania, ale z drugiej strony właśnie wyłamałem się spod autorytetów i dlatego nie jestem pewien w którą stronę chcę iść dalej. A jednak zawsze kiedy słucham Boga w sobie to dobrze na tym wychodzę.
Zrozumiałem się że boję się sam sobie być autorytetem i korzystać z Boskich inspiracji jakbym był sam na świecie
Jak patrzę wstecz na moje życie, to widzę że zawsze i tak byłem bardzo oporny na autorytet i życzliwe rady nawet dobrych znajomych i do wszystkiego musiałem dojść sam, nawet jeśli mi to powtarzano dziesiątki razy. Może czas to zaakceptować, że zawsze sam dla siebie byłem autorytetem i tylko z przymusu słuchałem wszystkich dookoła. Jak to piszę, to czuję że spływa mi fajne światło z korony do splotu :)
-
Sebo gratki:)
Wyszedłeś spod autorytetów, czyli spod pewnych zasad które musiałeś przyjąć, może chodzi o to że część ciebie nauczyła się je łamać..i chce to robić dalej:D Wydostać się z zasad w relacjach nawiązując je do autorytetów. Może:)
-
Dużym problemem w wyjściu z uzależnienia, było przekonanie że rodzinę mam tylko jedną. Kiedy odrywałem się coraz bardziej od rodziny, dużo płakałem, czując się samemu. Bardzo chciałem mieć jakąś rodzinę zastępczą. Okazuje się, że gdzie nie pójdę, trafia mi się jakaś rodzina, do której mogę należeć, i energetycznie wygląda to dokładnie tak samo jak z moją biologiczną rodziną - choć należy pamiętać o uzdrawianiu traum biologicznych z biologiczną rodziną. Kiedy się pouzdrawia tego dużo, gdzie nie pójdę, pojawia się rodzina, i można pracować z różnymi schematami, podnosić ich jakość - i co najważniejsze, nie musze być uzależniony od ludzi którzy piją alkohol i palą papierosy, mogę mieć rodzinę która jest szczęśliwa i wolna od nałogów.
-
Abstrahując od całości tu tej wypowiedzi, to przychodzi mi do głowy, że ja nie potrafię tak płakać, a wydaje mi się że ludzie, którzy to potrafią mogą mieć łatwiej. Popłaczą sobie i potem jest im lepiej, przynajmniej pod względem emocjonalnym lżej im jest...
-
Ale to oczywiście nie tak, żebym miał jakieś znaczące powody do płaczu;)
-
a ja ostatnio mam ochotę na płacz bez powodu
ale co tam, ja stara baba jestem, pewnie jakieś zaburzenia hormonalne
-
Chciałam pokazać jaka jest przewaga psychoterapii w stosunku do samodzielnej pracy nad sobą w przypadku osób z ciężkim dzieciństwem. (Wg Alice Miller)
1. Pacjent po raz pierwszy w swoim życiu doświadcza obecności osoby wspierającej, adwokata. W ten sposób umożliwia mu się dotarcie do własnej rzeczywistości i do smutku. Człowiek który nigdy nie doświadczał takiego wsparcia, nie może informować o swojej wcześniejszej sytuacji, ponieważ nie wie że coś takiego jest w ogóle możliwe
2. Dopiero dzięki temu że terapeuta go rozumie, doświadcza on swojej samotności i faktu stałego bycia nie rozumianym, dopiero dzięki uczciwości odkrywa istnienie kłamstwa w swoim życiu, a poprzez jego szacunek- pogardę jaką żywi dla siebie. Dopiero teraz za pomocą przeciwieństwa tego, do czego przywykł zauważa to co jest przyzwyczajeniem do presji której podlega. Bez wsparcia pacjent nie mógłby zbliżyć się do wypartych urazów i nigdy nie mogłby znieść ich ciężarów w osamotnieniu.
3. Powstaje wewnętrzny empatyczny obiekt który dopuszcza smutek, ale także budzi ciekawość dotyczącą własnego dzieciństwa
4. Pacjent coraz bardziej interesuje się własną przeszłością i najpóźniej na tym etapie pozbywa się depresji i myśli samobójczych.
5. Pacjent może rozprawić się z partnerami i rodzicami jako realnymi osobami i jako uwewnętrznionymi wyobrażeniami, przy czym terapeuta musi być do dyspozycji zastępując wszystkie te osoby
6. Dzięki wsparciu umożliwia się pacjentowi wyrażenie agresji. Z początku robi on to tak jak nauczyło go doświadczenie dzieciństwa- będzie groził terapeucie jak grożono jemu, jakkolwiek może tego nie pamiętać. I dlatego inscenizuje uraz i wyznacza terapeucie rolę dziecka, którym był kiedyś sam.
-
Często ze strachu robi mi się gorąco i wtedy otwieram okno, wystawiam głowę i wszystko mi przechodzi. Terapeuta stwierdził że ja w ten sposób uciekam przed niechcianymi emocjami. Więc dzisiaj chociaż mi było bardzo gorąco to starałam się to wytrzymać. Czułam się coraz gorzej aż w końcu zachciało mi się bardzo pić. Napiłam się i wszystko mi przeszło. I tak się zastanawiam że może nie powinnam była pić. Ale co by się wtedy stało?
-
To podświadomość stara się postawić na swoim i do pewnego stopnia stawia na swoim. Najpierw wywołując lęk a potem reakcje ucieczkowe. Dobrze by było nie pozwolić na to, czyli wszystko na spokojnie sobie poobserwować.
-
Czasami też ogarnia mnie nagłe zimno i ja wtedy idę do kaloryfera i sie rozgrzewam. Terapeuta twierdzi że to też ucieczka przed zimnem wewnętrznym.
A ja się zastanawiam co się dzieje dalej gdy ja tak przerywam ten proces który zaczyna się dziać w organiźmie. Bo jeżeli ja nie pozwalam na zajście czegoś, to to coś musi się wyrazić w jakiś inny sposób. Gdy nie pozwalam organizmowi się czegos pozbyć w jeden sposób to on pewnie szuka innej drogi i dzieje się cos innego, tylko ja nie wiem co.
To tak jakby coś próbowało ze mnie ujść a ja zamykam temu drogi.
-
przypomnialo mi sie oddychanie rebirthingowe. W zeszlym roku cos tam probowalem to mnie zaczelo wszystko swedziec, mialem silna potrzebe przelykania ciagle sliny az w koncu lapal mnie ogromny glod lub chec zagrania w jakas fajna gre..
Jak tylko przerywalem oddychanie to glod i pragnienie mi przechodzily.
To troche jak trening silnej woli zeby nie ulec temu oporowi podswiadomosci
-
Inga
Masz prawo do "drobnej ucieczki." :)
Takie objawy jak piszesz są "normalne" w pracy nad sobą. Może tylko u jednych występują silniej a u innych słabiej,
Ja bym nie interpretował takich reakcji ucieczką podświadomości. To są procesy w których zachodzą bardzo duże zmiany w ciałach, w czakrach i w energetyce więc wywołują takie objawy. Z doświadczenia wiem, że wiele dawnych doświadczeń, stanów przeżywa się w jakimś mniejszym zakresie ponownie i stąd te uderzenia zimna czy gorąca. Zimno raczej pojawia się w sytuacjach lękowych, a gorąco z nerwach i złości.
Do tego dochodzą cięższe traumy, zatrucia, blokady na które organizm reaguje w własciwy sobie sposób, np. odreagowywanie narkotyków, kiedy wydaje się jakby w organizmie rozregulowały się potencjometry :) wtedy np. jest jednocześnie i zimno i gorąco :)
Energia krąży i będzie wzrastać coraz bardziej. Jeśli nam za gorąco, to trzeba sie chłodzić, tylko z umiarem. Potrzebowałeś ochłodzenia więc jak nie zimne powietrze to zimna woda.
-
Ostatnio zaczyna mi się pojawiać ciepło we mnie i ja też to tłumię. Tłumie wszystko cokolwiek poczuję. Bo wszystko co czuję jest dla mnie obce, nie ode mnie, nie moje a ja sie boję aby to coś mnie nie zmieniło w kogoś innego.
-
to skąd pochodza uczucia nie ma znaczenia - kiedy je zaczynasz odczuwać stają się wtedy są twoje uczucia :-)
no i wydaje mi się, że nadszedł czas na to, żebyś zaczęła medytować nt "kim tak naprawdę jestem" :-)
-
Medytować nie potrafię ale ostatni mój temat do pracy to- kim tak naprawdę jestem
-
12 milionów Polaków jest alkoholikami, większość weekendowymi
http://kefir2010.wordpress.com/2014/03/29/alkohol-a-sfera-emocji-12-milionow-polakow-jest-alkoholikami-wiekszosc-weekendowymi/
-
DDD - dorosła dziewczynka z rodziny dysfunkcyjnej
http://m.interia.pl/mamdziecko/news,nId,1410640?utm_source=Interia&utm_medium=APP&utm_campaign=android&s=1
-
Jak to bez nie istniejącej wówczas książki naświetlałem moim partnerką to miały mnie za głupka i odchodziły w poczuciu wyższości.
Takie książki jak jeszcze zrobią się modne i powie mądra pani o nich w telewizji śniadaniowej to mogą wiele pomóc ... partnerom tych kobiet ;)
-
z racji zawodu pracowałam z wieloma mężczyznami i mogłam sobie obserwować jakie kobiety wybierają. Ze zdziwieniem stwierdzam że kobiety z silnym DDA lub DDTR zawsze były dla nich atrakcyjniejsze od normalnych spokojnych kobiet. Odnosiłam czasem wrażenie że normalne ułożone kobiety są dla mężczyzn nudne, mało pociągające . Dlaczego mężczyźni wolą kobiety z tymi syndromami ?
-
To proste Edyta, mogą się przy nich poczuć lepszymi niż są, wspaniałomyślnymi i potrzebnymi, a to najlepiej wpływa na libido :))
-
Edyta,
odkąd zacząłem rozpoznawać to w sobie i innych (powszechność mnie przeraziła) najpierw siebie prostowałem i fakt pasowałem to tego pokręcenia, ale to też pewnie i hormony młodości i problemy w odnalezieniu siebie i czego chcę od kobiet to potem szukałem żeby już takich nie spotkać i naprawdę się nie mogłem wyrwać z zaklętego kręgu.
Nie wierze w całkowitą wolność od tych ddtr, ale żeby znaleźć kogoś z minimalnymi problemami to już sukces i fajnie jak wtedy iskrzy bo fajny związek się tworzy.
Pyt. czy teza, że spokojne są normalne nie jest naciągana ;)
Znam parę kobiet cichych i ogromnie pokręconych.
-
no tak czyli jest popyt, jest i podaż :)))
pamiętam jak wręcz wymuszano na mnie zachowania DDA np. byłam zachęcana aby za podrasowanie mojego komputera kilka razy przydeptać pana obcasikiem pod biurkiem .... nie pytajcie czy to zrobiłam ;)
tak sobie myślę że powinna powstać lustrzana wersja tej książki pt. DDD - dorosły chłopiec z rodziny dysfunkcyjnej
-
Mam pytanie bo wyrastałam w toksycznej dysfunkcjonalnej rodzinie zna ktoś was godnego polecania regresera w Krakowie?
-
w Krakowie jest jedna regreserka, znajdziesz na liście regreserów. Ale jakby co to masz jeszcze niedaleko większą ilość w Katowicach.
-
z racji zawodu pracowałam z wieloma mężczyznami i mogłam sobie obserwować jakie kobiety wybierają. Ze zdziwieniem stwierdzam że kobiety z silnym DDA lub DDTR zawsze były dla nich atrakcyjniejsze od normalnych spokojnych kobiet. Odnosiłam czasem wrażenie że normalne ułożone kobiety są dla mężczyzn nudne, mało pociągające . Dlaczego mężczyźni wolą kobiety z tymi syndromami ?
Bo wiekszosc mezczyzn nie chce przyjac odpowiedzialnosci za rodzince ktora kojarzy sie z ciezarem i utrudnieniem w spontanicznosci. Geny :). Mezczyzna to atawistyczny wojownik i prokreator, ale gorzej z kwestiami rodzinnymi. A kobiety z DDA czy DDD czesto same nie chca miec rodziny lub nie przywiazuje do niej az takiej wagi, sa nastawione na zmiany, to pociaga mezczyzn.
-
A ja poproszę o wyjaśnienie co to znaczy "normalne ułożone"? Bo akurat to sformułowanie bardzo źle mi się kojarzy.
-
A ja poproszę o wyjaśnienie co to znaczy "normalne ułożone"? Bo akurat to sformułowanie bardzo źle mi się kojarzy.
ja to rozumiem jako poukładane, skupione , zadowolone ale może się kojarzyć bo w sumie to głupie określenie , czasami mi brakuje słów bo dawno nie pisałam.
-
z racji zawodu pracowałam z wieloma mężczyznami i mogłam sobie obserwować jakie kobiety wybierają. Ze zdziwieniem stwierdzam że kobiety z silnym DDA lub DDTR zawsze były dla nich atrakcyjniejsze od normalnych spokojnych kobiet. Odnosiłam czasem wrażenie że normalne ułożone kobiety są dla mężczyzn nudne, mało pociągające . Dlaczego mężczyźni wolą kobiety z tymi syndromami ?
Ciągnie swój do swego, ot co :P
To naturalne, że dla mężczyzny DDA (lub inne DD) zdrowa kobieta jest nudna. I odwrotnie - dla kobiety DD zdrowy facet jest nudny, czyli nieatrakcyjny. A że w naszym społeczeństwie zdecydowana większość osób to Dorosłe Dzieci, to - obserwując ich preferencje - wydaje się, że "wszyscy faceci (kobiety) tak mają".
-
Ciągnie swój do swego, ot co :P
To naturalne, że dla mężczyzny DDA (lub inne DD) zdrowa kobieta jest nudna. I odwrotnie - dla kobiety DD zdrowy facet jest nudny, czyli nieatrakcyjny. A że w naszym społeczeństwie zdecydowana większość osób to Dorosłe Dzieci, to - obserwując ich preferencje - wydaje się, że "wszyscy faceci (kobiety) tak mają".
:) zastanawiałam się nad tym, chyba też mam jakieś DDA bo mężczyźni atrakcyjni dla większości kobiet mi wydają się nudni. Nie są dla mnie atrakcyjni mężczyźni typu biznesmen, prawnik, lekarz tacy ufryzowani i wypachnieni wydają mi się przemądrzali i męczący. Też spotykałam takich panów gdy robiłam dużo zleceń i zawsze dziwiłam się że są dla mnie zupełnie aseksualni.
W ogóle nie bardzo czuję się w towarzystwie mężczyzny zarabiającego więcej niż ja albo mającego wyższą pozycję społeczną, a już najgorsze jak mężczyzna zna się na modzie i mi zaczyna doradzać w kwestii ubioru albo wyglądu.
-
Edyta
Bo takie kobiety zapewniają tym mężczyznom emocje o jakie im chodzi. No i dla nich to znany i swojski klimat, który "rozumie" ich pś i wie jak z nimi postępować( odgrywać role). One mają znane im energie i wzorce, które te atrakcje emocjonalne i braki im gwarantują. Z taką poukładaną kobietą, która jest spokojna, zrównoważona i do tego ma wysoką samoocenę czuję się niezręcznie, niekomfortowo bo to dla nich obce tory, albo czują się gorsi, mało atrakcyjni. Przy większym DDA jest skłonność by odrzucać
nawet taką osobę, by nie czuć tego dyskomfortu u siebie.
A to, że czujesz się źle z mężczyzną który zarabia więcej niż Ty, to może być jakiś lęk przed byciem utrzymanką, zdominowaną przez takiego mężczyznę.
-
Nie są dla mnie atrakcyjni mężczyźni typu biznesmen, prawnik, lekarz tacy ufryzowani i wypachnieni wydają mi się przemądrzali i męczący. Też spotykałam takich panów gdy robiłam dużo zleceń i zawsze dziwiłam się że są dla mnie zupełnie aseksualni.
Ale to nie ma u nich związku z DDA lub jego brakiem nie? :)
-
A to, że czujesz się źle z mężczyzną który zarabia więcej niż Ty, to może być jakiś lęk przed byciem utrzymanką, zdominowaną przez takiego mężczyznę.
coś w tym jest, ja nie lubię jak ktoś mi rządzi w życiu albo mi mówi co mam robić , ja też nikomu nie lubię rządzić
co do utrzymanek mam swoje zdanie , może być to szokujące ale uważam że to utrzymanka utrzymuje swojego sponsora chodzi o energię , tacy sponsorzy zabierają energię od kobiety do swoich kreacji materialnych a wpychają jej poczucie niemocy i uzależnienia. Moim zdaniem kobiety mają o wiele większą pojemność energetyczną niż mężczyźni i o wiele wyższą świadomość duchową z nielicznymi męskimi wyjątkami - takich mężczyzn którzy przepracowali karmę kobiety i zintegrowali kobiece energie.
-
Edyta
Coś w tym jest co piszesz:)
Jeśli kobiety mają większą pojemność energetyczną, a mężczyzna potrzebuje zharmonizować swoją kobiecość by to mieć, to pewnie meżczyźni mają coś innego, co kobiety potrzebuja zharmonizować u siebie:)
czyli taka zabawa w harmonizowanie w sobie tego elementu żenskiego i meskiego.
Nie wiem czy tak jest, ale gdybam:)
Faktycznie obserwuję, że w związkach tak często bywa, że gdy kobieta jest stłamszona, a męzczyzna dominujący, radzacy sobie w swiecie, to gdy taka kobieta odchodzi
on traci grunt pod nogami. Jakby taka kobieta dawała mu podstawę do jego innych działań.
Zreszta tak kulturowo było, że kobieta miała być taką utrzymanką, a mężczyna działać na zewnątrz. Jednak to ona zapewniała mu pewien azyl, podstawę w postaci domu- miejsca gdzie wracał, pewne ugruntowanie.
Zainspirowałas mnie, bo ostatnio pracuje nad takimi tematami siła rzeczy, wiąże mi się to: kasa, związek i ciało.
Ze względu na role jakie odgrywałam w przeszłości. Dla mnie wykluczało się: praca- związek, związek- moja atrakcyjność, seksualność.
A to dlatego, że dawno dawno temu pełniłam jako kobieta takie role, gdzie byłąm piękna, uznawana, zyłam dostatnio, ale nie było tam miejsca na związek. I chyba jako kobieta tylko tak umiałam żyć dobrze, a inna wersja to był związek z mężczyzna na zasadzie uzależnienia od niego i bycia własnie utrzymanką, co było zwykle dla mnie dość tragiczne. Oczywiście ról było więcej, ale to tak w kontekście obciążeń. Na szczęście były też wcielenia oparte na fajnej współpracy z partnerem, ale wtedy robiliśmy zwykle to samo i byliśmy partnerami " w pracy". Przyznam, że na dzień dzisiejszy trudno mi wyobrazić sobie harmonię z partnerem, który zajmuje się czymś innym niż ja.
-
Laka
w zdrowych związkach mężczyzna i kobieta się harmonizują i oboje wzrastają (każdej ze stron zależy aby druga się rozwijała , każdy daje inny rodzaj energii )
a w chorych jedna ze stron zamiera.
Sponsoring to chory związek z mężczyzną magiem. Mag specjalnie wyszukuje sobie ładną kobietę z inicjacjami w niemoc i hipnozą że "inaczej nie zarobi" i korzysta z jej energii. ( sponsorowi nie zależy na rozwoju kobiety , daje jej niewielką część tego co zarobi tylko po to by nadal spełniała swoją rolę).
W wielu krajach kobiety są poddawane zbiorowej hipnozie w niemoc np. w Afryce.
-
Czy niechec do bycia w zwiazku ale nie jakas przymuszona tylko czy kiedy czlowiek po prostu lepiej czuje sie samemu, nie chce brac odpowiedzialnosci za druga osobre, nie chce posiadac rodziny (dzieci), a np. odpowiadaja mu przelotne znajomosci (kiedy w obu przypadkach jest na to zgoda) to czy to jest jakies obciazenie typu DDA/DDR tez?
-
Zed1
Niekoniecznie, choć może być. Chodzi o to, że wzorce to jedno, mogą blokować chęć tworzenia związku, czy zakładania rodziny, choć osoba w głebi siebie tego pragnie i to jest dla niej dobre. Ale są jeszcze preferencje na dane wcielenie. I jest to niezmienne.
I tu jest też typ osób, gdzie ktoś nie ma potrzeby tworzenia związku i by miec dzieci. I byłby nieszczęśliwy gdyby miał jedno lub drugie.
-
a czy te niezmienne "preferencje na to wcielenie" nie są do odreagowania ?
przynajmniej do momentu gdy się nie ma pooczyszczane tematu związków i jest to forma ucieczki która robi większą lipe ?
-
a czy te niezmienne "preferencje na to wcielenie" nie są do odreagowania ?
przynajmniej do momentu gdy się nie ma pooczyszczane tematu związków i jest to forma ucieczki która robi większą lipe ?
Wlasnie tez mnie to ciekawi bo wszystkie proby wejscia w jakas relacje glebsza rozbijaly sie u mnie wlasnie chyba o ten gleboko zakorzeniony wzorzec posiadania rodziny i mysle ze te dziewczyny wyczuwaly szybko moje intencje co do niecheci posiadania jej i odchodzily :). Nie to zebym na to narzekal ale ciekawi mnie to...nie czuje leku przed brakiem rodziny, natomiast czuje napiecie kiedy pomysle sobie ze bym posiadal ja.
-
Poważny związek nie oznacza, że musisz mieć dzieci i być odpowiedzialny za drugą osobę. Ja jestem w bardzo szczęśliwym związku i u nas w ogóle nie ma mowy o tym, żeby kiedykolwiek miały się dzieci pojawić. Za bardzo by nam to psuło pozostałe plany na życie :)
-
To sie ciesze ze mysle podobnie :).
-
A w ogole to zaobserwowalem u siebie cos takiego, ze chyba w ogole nie zbyt ciagnie mnie do bycia w zwiazku. Narazie jeszcze nie do konca wiem dalczego ale kojarzy mi sie to z takim skrepowaniem, ze jak pojawia sie te uczucia i potem jak juz minie troche czasu i kiedy czlowiek znowu bedzie potrzebowal jakby wiecej przebywac samemu to ze wtedy zacznie sie ten ,,problem" pt. ze nie interesuje sie juz ta druga osoba itp. A ja po prostu chyba po czesci jestem samotnikiem i idywidualista i po tej pierwszej, silnie emocjonalnej fascynacji powracam do pierwotnego stanu i wtedy chyba nie czulbym sie dobrze gdyby druga osoba presjonowala na kontynuowanie tej zalyzosci w takim samym stopniu.
-
są różne rodzaje relacji, nie wszystkie od razu muszą być związkami. Związek niczego nie gwarantuje ani też o niczym nie świadczy. Fajnie że na tym forum nie ma takiej presji na związki jak na cudzie :)
Człowiekowi różnie może się zmieniać na przestrzeni lat w miarę rozwoju i spotykanych ludzi. Myślę że warto sobie pozostawić przestrzeń w tym temacie zamiast zamykać się w jakiś schematach.
Warto też spotykać się i kontaktować z osobami przeciwnej płci, rozmawiać, bawić bo to zawsze rozwija człowieka.
... i nic na siłę :)
-
Nie wszystkie kobiety chcą zakładać rodziny i mieć dzieci. Ja np. mam bardzo ambitny plan na życie, który takowych nie przewiduje, ale związek jak najbardziej.
-
Zależy, co rozumie się przez "rodzinę" - bo jeśli tradycyjny podział ról, czyli kobieta do sprzątania, prania i gotowania, zajmowania się dziećmi i dopieszczania faceta, a mężczyzna tylko od dokładania się do budżetu to faktycznie nie dziwi ilość osób pozostających na etapie wiecznych narzeczonych. Zupełnie, jakby złożenie przysięgi małżeńskiej miało im nagle przestawić sposób odczuwania i pojmowania.
Ale przy okazji chciałam poruszyć kwestię zaufania. I nie tylko w związku, ale również w sensie zaufania sobie i światu - połączoną chyba z poczuciem bezpieczeństwa, albo jego braku. Co właściwie na łatwość wchodzenia w związki też się przekłada, prawda?
-
Wreszcie wylazło to, co siedziało schowane tak głęboko, żeby ani nikt z otoczenia, ani ja sama tego nie widziała:
Rozmowa telefoniczna z byłym partnerem - tematy neutralne, rozmawiamy spokojnie, a ja nagle słyszę rozpaczliwe wołanie moim dziecięcym jeszcze głosikiem "Tatusiu, nie zostawiaj mnie!!!".
I pewnie właśnie dotarłam do sedna problemu. Bo tu i bezpieczeństwo, i akceptacja, i zasługiwanie - a raczej ich brak, pasuje. Sporo z tego już naprawiłam, jednak pod tym akurat względem nie potrafię ich ruszyć : brak wzorców skutkuje brakiem punktu zaczepienia.
Czuję, że znowu zaczynam się kręcić w kółko :(((
I cała praca przywracania do pionu pójdzie na marne...
-
Nie wszystkie kobiety chcą zakładać rodziny i mieć dzieci. Ja np. mam bardzo ambitny plan na życie, który takowych nie przewiduje, ale związek jak najbardziej.
Ale jednak jest to w jakims sensie stereotyp ktory w Polsce jest dosc ,,popularny", wynoszony najczesciej z domu.
-
JenKa , Twoja praca na pewno nie poszła na marne . I dasz radę . Wspieram! :)
jeszcze chwila i sama zabieram się za bezpieczeństwo , mam nadzieję, że w jakimś zadowalającym procencie zatrybi ;)
wreszcie czas być dla siebie samej dobrym i wspierającym duszkiem a nie głosem krytyki ktory neguje najmniejsze kwiniecie palcem w bucie
-
Dziękuję :)))
-
na tym polega prawdziwa wolność Edyta
są różne rodzaje relacji, nie wszystkie od razu muszą być związkami. Związek niczego nie gwarantuje ani też o niczym nie świadczy. Fajnie że na tym forum nie ma takiej presji na związki jak na cudzie :)
Człowiekowi różnie może się zmieniać na przestrzeni lat w miarę rozwoju i spotykanych ludzi. Myślę że warto sobie pozostawić przestrzeń w tym temacie zamiast zamykać się w jakiś schematach.
Warto też spotykać się i kontaktować z osobami przeciwnej płci, rozmawiać, bawić bo to zawsze rozwija człowieka.
... i nic na siłę :)
-
Za Elzbieta Kurczyna
CZTERY PODSTAWOWE ROLE UMOŻLIWIAJĄCE PRZETRWANIE W RODZINIE DYSFUNKCYJNEJ
1. BOHATER RODZINNY
2.KOZIOŁ OFIARNY
3.MASKOTKA
4.NIEWIDZIALNE DZIECKO
przy czym dziecko w rodzinie patologicznej może przyjać wszystkie cztery role aby przetrwać
-
Za Elzbieta Kurczyna
CZTERY PODSTAWOWE ROLE UMOŻLIWIAJĄCE PRZETRWANIE W RODZINIE DYSFUNKCYJNEJ
1. BOHATER RODZINNY
2.KOZIOŁ OFIARNY
3.MASKOTKA
4.NIEWIDZIALNE DZIECKO
przy czym dziecko w rodzinie patologicznej może przyjać wszystkie cztery role aby przetrwać
i to powoduje, że taka osoba nie może rozwinąć swojej własnej indywidualnej osobowości, przyjmuje role, a później czuje, że coś z nią nie tak i ma jakiś defekt
-
Safi Nidiaye - uwolnienie od identyfikacji z cudzymi uczuciami (wczuwania się przez DDA):
https://www.youtube.com/watch?v=-VE6WM30r0s
-
A co w sytuacji gdy się nie potrafi zobaczyć, poczuć , ze te emocje oddaję nadawcy?
Moja pś czy serce uznaje to za bezsens, za krzywdzenie tych osob. To jak branie smiecia i kładanie go w inny smietnik , nie jest posprzatane, czy nie lepiej to oddawać Bogu, światłu żeby przekształcił, rozpuścił?
-
A co w sytuacji gdy się nie potrafi zobaczyć, poczuć , ze te emocje oddaję nadawcy?
Moja pś czy serce uznaje to za bezsens, za krzywdzenie tych osob. To jak branie smiecia i kładanie go w inny smietnik , nie jest posprzatane, czy nie lepiej to oddawać Bogu, światłu żeby przekształcił, rozpuścił?
obejrzałam ten filmik i też się nad tym zastanawiałam, nie potrafię do końca odpowiedzieć , chyba chodzi też o to by pracować ze swoimi uczuciami a pod tym uczuciem które przejęliśmy od rodzica jest nasze prawdziwe np. czucie się winnym że rodzic cierpi - to jest nasze i w to wchodzimy, pozwalamy sobie czuć to co nasze. Nie wiem też czy taki rodzic który stale był oszyszczany emocjonalnie przez dziecko nie jest w jakiś sposób przez to dziecko krzywdzony (ograniczony) bo to tak jak by wyręczać pierwszaka w nauce i za niego prowadzić zeszyt aby się nie męczył, nie cierpiał bo jest smutny bo coś tam i potem taki drugoklasista nie potrafi nic napisać.
W sumie to wszyscy są zaniedbani bo dziecko też nie ma swojego życia bo zajmuje się życiem dorosłego.
-
Z punktu widzenia nauki ucznia wychodzi na to, że sprawiedliwym jest oddawac jednak.
-
Z punktu widzenia nauki ucznia wychodzi na to, że sprawiedliwym jest oddawac jednak.
ja się teraz trochę czuję winna czasami jak coś uzdrawiam że zbyt brałam na siebie od matki bo widzę że to jej źle robiło i że tym samym opóźniałam jej rozwój np. chorowała na wątrobę i powinna się leczyć ale ja brałam od niej bo gadała "wy chcenie mnie wykończyć , wysłać do szpitala" jak tylko wspomniałam o leczeniu - więc chciałam być "dobra" i brałam od niej ale potem jej choroba tak się zaostrzyła że mało by nie umarła i tylko natychmiastowa operacja ją uratowała. Więc wychodzi na to że robiłam jej "niedźwiedzią przysługę" a i sama muszę teraz uważać na swoją wątrobę.
-
gdybyś od razu miała tę wiedzę jaką teraz masz nie uwikłałabyś się w to a więc nie ma co się obwiniać
gdybyśmy byli alfami i omegami to by nas na tym forum nie było
no chyba ze ... ;) jakies słuzby specjalne wedle intencji :)
ciężkie to wybory , pozwalac komus się dobijac , ja miałam ostatnio czas uswiadamiania taty na temat diety antyrakowej, krążenia i pilnowania go by jadł to co mu pomaga ale teraz machnęłam na to ręką , pzynajmniej na trochę bo widze ze jemu sie nie chce już, woli po staremu , patrze i mysle, że tak pewnie patrzy Bóg- widzi że się krzywdzimy ale nie interweniuje jesli nie ma woli
-
Obejrzałąm filmik i wyobraziłam sobie że oddaję mamie wszystkie jej uczucia. I zobaczyłam siebie jako puste naczynie, w którym nie ma niczego, bo ja nie mam żadnych własnych uczuć. Oddanie uczuć mamie grozi mi że tym że ja zniknę.
Kilka dni temu zobaczyłam że moja córka pije lekarstwo na ból brzucha. Przestraszyłam się tego że ją coś boli, że ona cierpi. I wtedy pojawiło mi się nieuśwaidomione poczucie winy.
Wczoraj siadłam do rysowania z poczuciem że jestem pustym naczyniem, w czasie gdy zaczynały mi się bóle brzucha. Zatrułam się olejem słonecznikowym wyciskanym na zimno. Narysowałąm jak mama wlewa coś do pustego naczynia którym ja jestem.
Weszłam w sesję oddechową na której zobaczyłam że mama przelała na mnie swoje poczucie winy za to że jest złą matką. Ja przez całe życie cierpię na silne poczcuie winy wobec córki że jestem złą matką, co mi uniemożliwiało stawianie jej jakichkolwiek wymagań. Moja mama nie czuje się złą matką.
Ból brzucha jest pokutowaniem za grzech mamy, za to że ona jest złą matką. Ja wzięłam na siebie ten grzech po to aby ją odciążyć, po to aby ona nie czuła się źle i po to aby była zadowolona. Bo gdy będzie zadowolona to nie będzie się na mnie złościć.
Brzuch bolał mnie przez kilka godzin.
A wszystko zostało zainicjowane przez ból brzucha córki, bo ja wtedy poczułam się winna, że boli ją ten brzuch dlatego że ja jestem złą matką, bo jeżeli córka cierpi to na pewno przeze mnie.
I w ten sposób się dowiedziałam że to okropne ppoczucie winy przekazała mi mama.
-
Ktoś we mnie woła że nie powinnam oddawać mamie tego poczucia winy, bo mama niczego nie zawiniła. Bo ona dostała go od własnej matki.Więc dlaczego ona ma przez to cierpieć? Dlaczego to wszystko ma się skupić na niej?
-
a nie możesz oddać komuś innemu, np. wrogowi?
taką zemstę mu zrób
hihi :->
-
Inga
ja się pozbywałam tego poczucia winy za bycie złą matka w terapii z psychologiem, nawet nie robiłam ezoterycznych uzdrowień i to tak działało że poprawiało się między mną a córką ale stan zdrowia mojej matki się bardzo gwałtownie pogarszał. Jednak uznałam że moje życie i życie córki jest ważniejsze i ja jestem jej potrzebna. Moja córka okazywała mi wtedy ogromną radość i wdzięczność , bardzo się zmieniła , choć zachowała swój charakter.
Można rozpuścić to uczucie światłem ale to chyba i tak niewiele się zda bo jak my przestaniemy brać to tamta strona pozostanie ze swoim bo to branie chyba odbywa się na bieżąco, tak mi się wydaje że to jest transferowane na bieżąco bo u strony "zwalającaj" nie ma zmiany intencji i świadomości tylko nie ma już na kogo zrzuć więc albo znajdzie sobie kogoś innego albo pozostanie z tym sama. Chodzi chyba o wybór czy wybieram siebie i swoich bliskich czy poświęcam się sama i moje dziecko.
-
i tak zapewnie będzie, że znajdzie inną osobę, która ma takie intencje.
-
tak pomyślałam że dla spokoju swojego sumienia zrobię modlitwę za matkę do Boga o światłość dla jej duszy aby jej pomógł jeśli jej dusza wyrazi zgodę, bo co tego nie jestem do końca przekonana że ona by chciała tej pomocy , bardzo negatywnie wypowiadała się o rozwoju duchowym , ludziach którzy się tym zajmują itd.. więc prawdopodobnie odrzuci ale ja będą miała czyste sumienie.
Po śmierci mojej babci robiłam taką modlitwę i wiem że jej dusza przyjęła rozwój i wybrała ścieżkę rozwoju na to wcielenie.
-
Edyta
Transferowane na bieżąco. Też miałam takie podejrzenia ale opierałam się na tym co było w dzieciństwie. Dobrze wiedzieć że to dzieje się teraz, cały czas.
Mnie mocno trzyma lęk przed jej śmiercią, bo mama stoi już nad grobem. Dlatego tak łątwo sobie z tym nie poradzę. A mama nie ma gdzie tego upchnąć, bo nie ma tam nikogo kto chciałby to wziąć.
-
natrafiłam na taki haczyk - matka w dzieciństwie stale mi wmawiała że ja jestem jej coś winna za to że mnie urodziła, często powtarzała że "jeszcze mi gówniaro za cycek nie zapłaciłaś" jak czegoś chciałam albo się broniłam. To był dla niej taki patent na zatkanie mi ust i abym niczego nie chciała, abym niczego nie wymagała ale ten patent też służył jej do tego transferowania bo ja w ten sposób jej płaciłam. Wtedy byłam mała i myślałam że tak wszystkie dzieci muszą robić.
-
moja mama wrecz mi wypomina ze tyle pieniedzy musieli na mnie z ojcem wydawac i czuje sie winna i zapetlona w ciagłym poczuciu zobowiazujacej spłaty, zapłaty im za trud wychowania czy utrzymywania mnie przy zyciu , zupełnie jakby na prawo do zycia trzeba było sobie zasłuzyc
-
a ja mam na odwrót
kupuję moim rodzicom kawę a oni no i po co tyle (!!) pieniędzy wydajesz, zbieraj sobie, my przeżyjemy
i co im chcę dać to oni nie chcą
-
Nie wiem czy jest sens oddawania komuś uczuć czy emocji, które przejęliśmy. Moim zdaniem wystarczy przestać je brać i dostrajać się do nich. Oddawanie negatywnych emocji kojarzy mi się z nieciekawymi intencjami.
Ja bardzo długo oddawałam swoją energię mojej matce i brałam na siebie jej negatywne emocje. I miałam dużo poczucia winy, gdy chciałam się z tego wycofać. Ale efektem tego, że jej oddawałam swoją energię, było to, że moja matka czuła się "silna za dwóch", nie dbała o swoje ciało, bo uważała, że jest niezniszczalna. I tą moją energię używała do tego, by być okrutną wobec mnie i innych (oczywiście nieświadomie).
Ja robiłam to, bo wydawało mi się, że muszę. Ale prawdą jest też, że robiąc to stawiałam się wyżej niż moja matka. Uważałam sie za mądrzejszą i bardziej rozwiniętą od niej. No i bałam się też, że jak przestanę jej oddawać energie to spotka mnie jakaś "okrutna" kara.
Po tym jak przestałam ją zasilać (nie wiem czy całkowicie, ale w baardzo dużym stopniu) ona zaczęła się zmieniać. Fakt, że nie może już tak eksploatować swojego ciała, fizycznie jest znacznie słabsza, ale psychicznie zaczęła się zmieniać. Nie ma siły na podtrzymywanie nieprzytomności, którymi maskowała lęki... Lęki wyszły na wierzch, ale ufam, że sobie z nimi poradzi. W moich oczach jest teraz znacznie mądrzejsza. I wbrew pozorom silniejsza.
-
moja mama wrecz mi wypomina ze tyle pieniedzy musieli na mnie z ojcem wydawac i czuje sie winna i zapetlona w ciagłym poczuciu zobowiazujacej spłaty, zapłaty im za trud wychowania czy utrzymywania mnie przy zyciu , zupełnie jakby na prawo do zycia trzeba było sobie zasłuzyc
To jest czesta postawa milosci roszczeniowej (tak ja sobie nazwalem), kochasz kogos ale w zamian od razu oczekujesz czegos; nijak sie to ma do milosci bezwarunkowej gdzie po prostu kchasz bo kochasz.
-
Lilliole,
to co piszesz o oddawaniu swojej energii innym jest bardzo ciekawe. Wydaje mi się, że ten temat mocno mnie dotyczy. Właściwie to trochę boję się o innych i o to co z nimi będzie, kiedy przestanę im dawać energię.
Podczas mojej 'medytacji' jak zacząłem w sobie poszukiwać takiej 'części siebie', która doświadcza dziecięcych, silnych lęków i kiedy postanowiłem dać tej 'części siebie' to czego potrzebuje i zaopiekować się nią to poczułem wtedy duży spokój wewnętrzny, jakiego dawno nie doświadczałem, ale z kolei moja mama zaczęła się gorzej czuć. Zaczęły się u niej pojawiać objawy nerwicy i trochę zacząłem odczuwać poczucie winy.
A co do oddawania uczuć innym to ja też próbuję to ostatnio robić. Z tym, że nie patrzę na to jak na oddawanie innym jakiejś ich energii a raczej jak na pracę z własnym umysłem i po prostu pozwala mi to uświadomić sobie, że np dane uczucia należą (należały) do innych a nie do mnie. Powtarzanie zdania w stylu 'Zwracam dla ojca jego gniew' pozwala mi na uwolnienie się od utożsamiania się z gniewem ojca, którego w jakiejś sytuacji w przeszłości doświadczyłem. Patrzę na to bardziej jak na proces psychologiczny, niż jak na energetyczny.
-
tod,
podoba mi się twój sposób pracy :).
Fajnie, ze zwróciłeś uwagę na różnice między procesem psychologicznym, a odsyłaniem negatywnej energii. W takim ujęciu jak ty to robisz, oddawanie komuś np jego gniewu czy jego złości wg mnie jest jak najbardziej ok.
Ja też się bałam, co będzie jak przestanę zasilać matkę czy ojca. I czułam się bardzo winna, że chcę mięć cała swoja energie dla siebie. Czułam się wielką egoistką :))
Ale w końcu uświadomiłam sobie, że oddawanie energii moim rodzicom jest po prostu głupie, bo oni i tak ja zużyją na tworzenie sobie (i mi) problemów. Moja matka przez wiele lat używała mojej energii do tworzenia mi mojego życia, bo wtrącała się praktycznie we wszystko. Więc pomyślałam sobie, że chętnie odciążę ją z tego obowiązku :) Ale żeby tworzyć swoje życie to potrzebuję swojej energii życiowej.
-
Dzięki Lilliole za to co piszesz, to mnie utwierdza w przekonaniu, że to w porządku, że moja energia jest moja i wcale nie muszę się nią dzielić z innymi :)
U mnie zasilanie energią niektórych osób w rodzinie jest związane z lękami z dzieciństwa dotyczącymi np. z przekonania że jak nie dam wsparcia innym to inni sobie nie poradzą i się załamią i mogą umrzeć. Oczywiście nic takiego by się nie stało, jest to takie dziecięce wyolbrzymienie sytuacji.
Natknąłem się na pewien artykuł 'Energetyczny gwałt - Systemy pozyskiwania energii', który pozwolił mi uświadomić sobie kilka rzeczy. Może kogoś również to zainteresuje. http://psychotronika.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=329&Itemid=1
Ten artykuł mi uświadomił, że zarówno 'oddaję' jak i 'zabieram' energię dla innych. Pomógł mi również uświadomić jak w konkretnych sytuacjach inni zachowując się agresywnie w stosunku do mnie, pobierali moją energię.
-
tod
Ten artykuł mi uświadomił, że zarówno 'oddaję' jak i 'zabieram' energię dla innych
wiadomo, procesy przepływu i wymiany energii między jednostką i otoczeniem (wliczając w to innych ) zachodzą nieustannie, i są modyfikowane przez różnego rodzaju czynniki np. mentalne, emocjonalne, psychiczne, podświadome czy karmiczne przyczyny , ale to są wtórne zaburzenia przepływu i wymiany energetycznej (czyli łatwo dochodzi do uzdrowienia na poziomie energetycznym gdy uzdrowi się przyczyny, np. uzdrowi relację z kimś, a zaburzenie wraca jeśli je oczyścimy na tym energetycznym poziomie, gdy wciąż istnieją ku temu przyczyny na innych, wyższych poziomach i się znów manifestują wraz ze wzorcami reakcji itp.),
jedynie wampiryzm energetyczny jest formą kradzieży energii, tak jak pisze w tym artykule który zapodałeś ( z pierwszą częścią zdania się zgodzę, bo z częstością występowania to nie jest aż tak rzadkie) :
"Popularnie mówi się o wampiryzmie energetycznym – jest to zjawisko świadomego okradania z energii innych, występuje bardzo rzadko."
więc w przypadku awantur energia może siadać obu stronom konfliktu, jest w tym blokada przepływu energii np. w wyniku stresu, agresji, lęku i /lub zasilanie jakichś bytów emocjonalnych, więc trudno mówić, że druga strona to robi żeby nam zabierać energię, zwykle robi to z wielu innych względów, a są tego różne skutki uboczne, w postaci zaburzeń energetycznych, często agresor czuje się nabuzowany a ofiara wyssana, ale to może wynikać z tego że ktoś (strona atakująca) wyzwala w sobie dawkę hormonów pobudzających, a strona atakowana sama tłumi i blokuje w sobie przepływ energii (reakcja lękowa)
- w przypadku wampiryzmu ktoś podłącza się i podbiera energię życiową i niekoniecznie manifestuje się to w postaci konfliktów
-
Im bardziej mam uzdrowioną relację sama ze sobą tym jaśniej widzę, że uzdrowienie relacji z rodzicami nie polega na tym, żeby usprawiedliwiać ich zachowanie. Ja tak robiłam. Mówiłam sobie tak. Rodzice mnie nie kochali, ale przecież sami tez nie byli kochani. Manipulowali mną, ale przecież oni też byli manipulowani i nie potrafili inaczej. Wydawało mi się, że jak uświadomię sobie jak bardzo byłam skrzywdzona psychicznie to będzie to niedojrzałość z mojej strony. Tyle, że teraz widzę, że takim postępowaniem zawsze stawałam po ich stronie, nigdy po swojej. Zajmowałam się nimi, a nie sobą. Nie mogłam stanąć po stronie tego dziecka, które został skrzywdzone, bo cały czas zajmowałam się ochroną swoich rodziców. Czułam ból tego dziecka, ale też czułam sie winna, że śmiem to rozgrzebywać.
Niedawno sobie uświadomiłam, że uzdrowienie relacji nie może polegać na zakłamaniu tego co było. Jeżeli było strasznie, to uzdrowienie nie może polegać na wmawianiu , ze nie było wcale tak źle. Było jak było i jeżeli było źle to wmawianie sobie, że było ok, bo przecież rodzice starali sie jak mogli jest po prostu mydleniem sobie oczu.
Na dzień dzisiejszy uważam, że uzdrowienie może polegać na tym, żeby trzeźwo i przytomnie zobaczyć co się naprawdę wydarzyło, wszystkie mechanizmy i nieprzytomności, przebaczyć sobie i innym i uwolnić się od emocji i wszelkich mechanizmów, które wtedy nabyliśmy.
-
uzdrowienie związku z rodzicami można zacząć i kontynuować w klimacie rozróżniania na trzeźwo i przytomnie:
a) co dobrego robili dla mnie rodzice i za co im jestem wdzięczny
b) jakie ograniczenia i obciążenia mi przekazali od których warto się uwolnić
c) co mam im do przebaczenia i odpuszczenia
gdy zabraknie któregoś z tych elementów np. wdzięczności to trudno o przebaczenie, bo np. jest w tym czarnowidztwo, czy obwinianie i zrzucanie odpowiedzialności na innych, zamiast uwalniania jest kierowanie się ograniczeniami przejętymi od rodziców i gdy nie ma przebaczenia to raczej rozgrzebuje i pielęgnuje się wzorce ofiary swoich rodziców niż uwalnia itd. itp.
zaś gdy wypiera się traumy to popada się w skrajności w rodzaju usprawiedliwiania rodziców, czy ich idealizacji
wdzięczność i docenianie dobra jest jak rozświetlanie mroku, gdy zanika w procesie oczyszczania jest to naturalny stan przejściowy, po którym wdzięczność za to co dobre bardzo wzrasta : ) ale gdy ich zanik i brak w procesie "rozwoju" zaczyna być usprawiedliwiany jest to droga w stronę ciemności...
-
Kolejność uzdrawiania jest taka Friski ;)
Najpierw przeżycie i uzdrowienie bólu i poczucia krzywdy
Potem szukanie tego za co możemy być wdzięczni i co mamy od nich dobrego.
W przeciwnym razie ta wymuszona wdzięczność i poszukiwanie pozytywów maskuje ból i skrzywdzenie i z uzdrowienia nici...
-
Grazyna Anna
kolejność uzdrawiania bywa różna, taki przykład:
byłem niejadkiem : ) i mamusia wmuszała we mnie rosołki itp. więc podchodzę do tego w sposób trojaki:
a) jestem autentycznie wdzięczny mamie, że dawała mi jedzenie, że mnie karmiła, dbała o mnie i opiekowała się mną, jak sam bym np. to jedzenie zdobył? na ulicy?
b) uwalniam się od wszystkich wzorców i programów, wmuszania, kontrolowania, przyczyn oporu itp.
c) przebaczam mamie, że tak to robiła, a nie inaczej ( niezależnie czy robiła to nieświadomie czy świadomie mi chciała dowalić, oczywiście w tym drugim przypadku jest trochę trudniej)
d) i tym sposobem z każdym krokiem do przodu w tym procesie moja wdzięczność z podpunktu a) wzrasta
pozdrawiam wszystkie niejadki ; )
czy to że matka czy ojciec nadużywali czegoś sprawia że to co dobrego robili jest nie ważne? no do pewnego momentu tak się na to patrzy, zwłaszcza jak się w tym tkwi i człowiek jest wciąż ofiarą jakichś nadużyć, ale jak takie podejście się preferuje po 10 latach samodzielnego życia, uzdrawiania związku z rodzicami i rozwoju to coś jest nie teges z tym podejściem - jest w tym pielęgnowanie przeszłych urazów
-
Najpierw przeżycie i uzdrowienie bólu i poczucia krzywdy
Potem szukanie tego za co możemy być wdzięczni i co mamy od nich dobrego.
W przeciwnym razie ta wymuszona wdzięczność i poszukiwanie pozytywów maskuje ból i skrzywdzenie i z uzdrowienia nici...
Dokładnie tak to czuję:)
Jeżeli czujemy w relacji autentyczną wdzięczność to co tu uzdrawiać?! Uzdrawiamy po to, aby mogła się ta wdzięczność pojawić (albo i nie :) ). A wdzięczność, którą czujemy, bo tak wypada, bo ten czy inny "mistrz" tak kazał nie jest autentyczną wdzięcznością.
Ja zdecydowanie wolę podążać za tym co czuję niż narzucać sobie co powinnam a co nie - w danej sytuacji czuć.
-
Grazyna Anna
kolejność uzdrawiania bywa różna, taki przykład:
byłem niejadkiem : ) i mamusia wmuszała we mnie rosołki itp. więc podchodzę do tego w sposób trojaki:
a) jestem autentycznie wdzięczny mamie, że dawała mi jedzenie, że mnie karmiła, dbała o mnie i opiekowała się mną, jak sam bym np. to jedzenie zdobył? na ulicy?
b) uwalniam się od wszystkich wzorców i programów, wmuszania, kontrolowania, przyczyn oporu itp.
c) przebaczam mamie, że tak to robiła, a nie inaczej ( niezależnie czy robiła to nieświadomie czy świadomie mi chciała dowalić, oczywiście w tym drugim przypadku jest trochę trudniej)
d) i tym sposobem z każdym krokiem do przodu w tym procesie moja wdzięczność z podpunktu a) wzrasta
pozdrawiam wszystkie niejadki ; )
czy to że matka czy ojciec nadużywali czegoś sprawia że to co dobrego robili jest nie ważne? no do pewnego momentu tak się na to patrzy, zwłaszcza jak się w tym tkwi i człowiek jest wciąż ofiarą jakichś nadużyć, ale jak takie podejście się preferuje po 10 latach samodzielnego życia, uzdrawiania związku z rodzicami i rozwoju to coś jest nie teges z tym podejściem - jest w tym pielęgnowanie przeszłych urazów
Friski nie chodzi o to by nie być wdzięcznym rodzicom w ogóle. Bo warto być im wdzięcznym i na pewno przedmiot tej wdzięczności się znajdzie.
Ale nie można czuć autentycznej wdzięczności jednocześnie czując ból, skrzywdzenie i złość na rodziców.
Najpierw trzeba to uzdrowić.
Dla jasności. Uważam, że są sytuacje, kiedy wdzięczność zadziała uzdrawiająco. Ale nie w każdym przypadku i nie u każdego. To bardzo indywidualne.
Acha i jeszcze jedno. To wątek dla osób z DDA iDDTR. A dla takich osób jest kolejność taka jaka podałam. Najpierw uzdrowienie potem wdzięczność. Inaczej może to doprowadzić do obwiniania się i większych konfliktów wewnętrznych.
-
co do podejścia do wdzięczności na zasadzie wszystko albo nic, to jest to dziecinne podejście, tak się obrażałem na rodziców jak byłem mały, czyli ludzie sami warunkują i blokują czucie wdzięczności do rodziców za to co dobrego dostali i doświadczyli , i uzależniają to od uwolnienia się od żalów i pretensji za to co było złe, a że odpala się przy tym wzorzec dziecinnej obrazy to podtrzymują to... żeby ukarać rodziców i zmusić ich do zmiany? i krąg się zamyka : D
Grazyna Anna
Ale nie można czuć autentycznej wdzięczności jednocześnie czując ból, skrzywdzenie i złość na rodziców.
ja pisałem o tym za co mogę być wdzięczny i za co mogę czuć złość na mamę, powyżej opisałem przyczyny tego że ludzie uznają że nie da się czuć wdzięczności np. za ciało, czy za opiekę - jest to kwestia koncentracji, jak ktoś chce się koncentrować na tym co bolesne i w taki sposób żeby mu to przesłaniało wszystko inne to tak zrobi , oczywiście czym innym jest wejście w proces uwolnienia, a czym innym podtrzymywanie blokad i nakręcanie się
Dla jasności. Uważam, że są sytuacje, kiedy wdzięczność zadziała uzdrawiająco. Ale nie w każdym przypadku i nie u każdego. To bardzo indywidualne.
wdzięczność gdy się pojawia zawsze działa uzdrawiająco, zgodzę się, że nie zawsze usuwa przyczyny, zwłaszcza jeżeli ktoś jest do nich przywiązany, dlatego warto przebaczać
zawsze warto zacząć od "pomiaru" wdzięczności za to co dobre, jak nic nie czujemy albo co gorsza nie widzimy ze strony rodziców nawet haha, to warto zastosować kolejne punkty , po których wdzięczność się pojawi ... a potem ją pogłębiać : )
-
tak mi jeszcze pikło że trudno jest uzdrawiać się z traum pochodzących od rodziców jeżeli wciąż ma się negatywne nastawienie/intencje wobec nich i się je podtrzymuje ( np. chęć odegrania się) , często jest to nieświadome, więc jak to sprawdzić? ano poziomem wdzięczności haha,
jeżeli wciąż obserwujemy jej zupełny brak to znaczy, że podświadomie, a często i świadomie (gdy to uzasadniamy) nie chcemy widzieć nic ale to nic dobrego w naszych rodzicach, więc raczej chcemy ugruntowywać się w negatywnym stanie, albo z automatu ulegamy takim chceniom/intencjom z przeszłości : )
-
Między chęcią odegrania się, a wdzięcznością jest bardzo długa droga. A pomiędzy nimi jest gdzieś np. życzliwa neutralność. Pomiędzy widzeniem czegoś dobrego w innym człowieku, a wdzięcznością do niego tez jest różnica.
Nie rozróżnianie takich bardziej lub mniej subtelnych różnic jest właśnie podejściem "wszystko albo nic" :)
Poza tym każdy ma swoją drogę i różnymi drogami można dojść do tego samego punktu.
-
no piszemy tutaj ewidentnie o wdzięczności za to co dobrego ktoś nam zrobił, czyli rodzice, albo niewdzięczności wobec nich , a nie o dostrzeganiu dobra w nich i innych ludziach
a i w tym sensie pisałem o dostrzeganiu dobra w rodzicach, bo jeżeli ktoś robił dla nas dobre i złe rzeczy a widzimy tylko złą stronę z powodu której czujemy złość, a nie czujemy wdzięczności za to co dobre, to jest to jednostronne, w tym wypadku negatywne nastawienie, czyli nastawiliśmy się na określony sposób patrzenia na tą sytuację/ na tych ludzi i wzbudza to w nas tylko negatywne emocje, czyli nieczyste intencje się kłaniają : )
-
Lilliole,
Tyle, że teraz widzę, że takim postępowaniem zawsze stawałam po ich stronie, nigdy po swojej. Zajmowałam się nimi, a nie sobą. Nie mogłam stanąć po stronie tego dziecka, które został skrzywdzone, bo cały czas zajmowałam się ochroną swoich rodziców. Czułam ból tego dziecka, ale też czułam sie winna, że śmiem to rozgrzebywać.
Niedawno sobie uświadomiłam, że uzdrowienie relacji nie może polegać na zakłamaniu tego co było. Jeżeli było strasznie, to uzdrowienie nie może polegać na wmawianiu , ze nie było wcale tak źle. Było jak było i jeżeli było źle to wmawianie sobie, że było ok, bo przecież rodzice starali sie jak mogli jest po prostu mydleniem sobie oczu.
Na dzień dzisiejszy uważam, że uzdrowienie może polegać na tym, żeby trzeźwo i przytomnie zobaczyć co się naprawdę wydarzyło, wszystkie mechanizmy i nieprzytomności, przebaczyć sobie i innym i uwolnić się od emocji i wszelkich mechanizmów, które wtedy nabyliśmy.
samo sedno.
A jaki ból przy uświadamianiu ! Przy zobaczeniu, na trzeźwo i przytomnie, co sie naprawdę wtedy wydarzyło !!!
Naprawde długa droga jest od uzdrowienia tego do przejścia do wdzięczności.
-
GA,
Nic dodać nic ująć :)
Ale nie można czuć autentycznej wdzięczności jednocześnie czując ból, skrzywdzenie i złość na rodziców.
Najpierw trzeba to uzdrowić.
Najpierw uzdrowienie potem wdzięczność. Inaczej może to doprowadzić do obwiniania się i większych konfliktów wewnętrznych.
Dokładnie !
-
Niedawno sobie uświadomiłam, że uzdrowienie relacji nie może polegać na zakłamaniu tego co było
no dokładnie , postrzeganie tego co było jako tylko złe i próby uzdrawiania tego z tymi intencjami ( takim nastawieniem) to droga tak mozolna, że trudno powiedzieć że długa (do przejścia od tego do wdzięczności), bez zmiany intencji po prostu ciągnie się w nieskończoność ; )
czy można przejść od razu do wdzięczności i użyć jej jako narzędzia uzdrawiania? jedni chcą żeby nie można było, chyba zgodnie z tym co przejęli od rodziców i co uznają za ważne i prawdziwe?, a inni używają:
"Uzdrawiająca moc wdzięczności.
Kochani, wiele osób, z którymi dane mi było pracować nosi w sobie lęki i bolesne sytuacje doświadczone w relacji z ojcem lub matką.
Ponieważ na poziomie energii związek dziecka z rodzicami biologicznymi jest bardzo ważny, bowiem jest dziedzictwem rodów (czyli przekazaniem tego co zapisane w kodach DNA i pamięci krystalicznej po ojcach ojców i matkach matek), dlatego proponuję narzędzie informacyjne (umysłowe), które przywraca kontakt z tym, co dobre w dorobku naszych przodów.
Pamiętajmy tym, że postępowanie naszych rodzicieli, było i jest zawsze najlepsze jak potrafią. Nawet jeśli ich postepowanie jest szkodliwe i toksyczne. Nie umieją dać z siebie w tej chwili nic lepszego.
Każdy z nas posiada na pewno w przeszłości chwalebnych, pięknych i drogocennych przodków tak ojców jak i matki rodu. Czy żyli oni 100 czy 500 czy 2000 lat temu nie ma znaczenia. Zawsze możemy dopuścić do działania ich moc i dobroć. Jednym ze sposobów na uruchomienie tej wspierającej energii, która w nas jest, jest modlitwa wdzięczności. Można po prostu zapalić świecę z intencją: Wysyłam złote światło wdzięczności do wszystkich moich Ojców Ojców i Matek Matek, za przekazanie oddechu życia.
Wdzięczność jest głęboko harmonizującą energią, jeśli wyślemy ją do naszych przodków, działa jak wielki snop światła w przeszłość i na 6 pokoleń do przodu. Pomaga przejawiać to co w rodzie naszych ojców i matek najlepsze."
http://www.numerolog.net/index.php?option=com_content&view=category&layout=blog&id=1&Itemid=3
-
jeszcze z serii o wdzięczności jako istotnym elemencie otwarcia się na uzdrowienie ( zamiast czekania w nieskończoność na to że podtrzymując swój ograniczony punkt widzenia oparty na krzywdzie i wchodząc z tym jednostronnym nastawieniem w emocje z przeszłości , doprowadzi nas to do uzdrowienia relacji, a nie tylko odrzucenia) :
"Kiedy przyjmiesz i zaakceptujesz tę świadomość, że w uzdrawianiu nie chodzi o zmienianie siebie lecz poznanie prawdy o sobie, dotarcie do swojego źródła – wtedy otwierasz się na siebie. Otwierasz się na siebie prawdziwego i naturalnego. Jesteś gotowy przyjąć bezwarunkowo całego siebie bo wiesz, że Twoja natura jest boska i pełna miłości, wiesz, że Twoim naturalnym stanem jest niewinność i boskość. Zauważasz te rzeczy, których się trzymasz, a które przysłaniają Ci prawdę o sobie, zauważasz iluzję i żegnasz się z nią, pozwalasz odejść swojemu cierpieniu, poczuciu winy i krzywdy – z wdzięcznością za naukę jaką Ci przyniosły i czujesz, że już ich nie potrzebujesz. Przyjmujesz swoje zranienia i przyjmujesz ich uzdrowienie."
http://studioamarante.pl/sztuka-uzdrawiania-i-tworczego-zycia/
z wdzięcznością przyjmuję swoje zranienia i przyjmuje ich uzdrowienie - toż to cudowna formuła uzdrowienia, od początku do końca zanurzona we wdzięczności/czystości intencji/prawdzie o sobie : )
-
Dodam jeszcze, że to o czym tu pisałam jest na podstawie mojego doświadczenia. Ale to jest moje doświadczenie. Nie traktuję tego jako jedynie słuszny pogląd i drogę.
Był czas kiedy czułam się bezsilna, był czas kiedy czułam się wściekła i pokrzywdzona. Teraz jestem zadowolona. Coraz bardziej czuje się wolna w relacjach, w tym również z rodzicami.
Szanuję moich rodziców. Oni szanują mnie. Nie próbuję ich zmieniać, ale i też nie poddaję się ich presjom.
Nie mam w sobie jakiejś silnej chęci obwiniania ich (chyba , że coś mi wywala w danym momencie :), ale wtedy wiem, że to wywałka i to uzdrawiam). Ale i też nie czuję się specjalnie winna w relacjach z nimi.
Oczywiście ktoś może powiedzieć, że to za mało (spotykam jeszcze takich "pomniejszaczy" i innych ekspertów od cudzego życia ). Że jak nie czuję wielkiej wdzięczności, czy wielkiej miłości to nie jest to pełne uzdrowienie. Byc może. Ale mi na ten moment wystarcza. Na ten moment mogę powiedzieć, że jestem zadowolona i wdzięczna sobie i światu, że doszłam do tego momentu.
Z tej perspektywy widzę, że to co mnie najbardziej blokowało w uzdrowieniu to był narzucony mi pogląd, że "przecież wszystko jest ok, przecież nic się nie stało, o co ci chodzi". Ten pogląd powodował, że przestałam sobie wierzyć. Bo co innego widziałam i czułam, a co innego było mi wmawiane. Bo czułam, że nie wolno mi stanąć po swojej stronie. Że nie mogę patrzeć na to co sie stało swoimi oczami, ze musze patrzec oczami swoich rodziców albo innych ludzi - tych co "wiedzą lepiej". Że muszę wierzyć w cukierkową wersje tego co sie zdarzyło. I natychmiast wszystko zapominać.
Dzisiaj nie obwiniam rodziców o to co było, bo wiem, że ich zachowanie wynikało z nieprzytomności i transów i wyuczonych zachowań. Teraz widzę jasno w jak wielkim strachu i poczuciu winy oni żyli. Ale nie widzę powodu wmawiać sobie jak cudowne było moje dzieciństwo i że wszystko było ok. Tam gdzie jest nieprzytomność i transy nie może byc ok. Ok to jest dla mnie teraz.
Kolejny blokujący mnie pogląd to : rodzicom należy się szacunek, i że trzeba byc wdzięcznym rodzicom. No i że trzeba kochać swoich rodziców.
A przecież tam gdzie trzeba i się należy nie ma miejsca na autentyczne uczucia. Na miłość.
Zresztą teraz czuję, że wymuszanie szacunku i wdzięczności jest najczęściej tam, gdzie nie ma miłości. Bo tam gdzie jest miłość to szacunku i wdzięczności nie trzeba nakazywać.
Chcę zresztą podkreślić, że nie jestem przeciwniczką wdzięczności. Z radością witam uczucie wdzięczności za każdym razem gdy sie pojawia, ale jeżeli ktoś mi mówi, że powinnam czuć wdzięczność, gdy jej nie czuję to dla mnie jest to forma wymuszenia i kontroli tej osoby nade mną. A ja nie życzę sobie być kontrolowana i nikogo nie chcę tez kontrolować. Nie chcę tez relacji opartych na kontroli uczuć. Już to przerabiałam. Od dzieciństwa.
-
a to jeszcze taka inspiracja dla tych którzy powielając wzorce rodzinne pomniejszają wartość wdzięczności, czy w jakimś zamotaniu udowadniają że się nie da czuć wdzięczności za to co dobre i blokują to wieloma uzasadnieniami, w tej swojej obrazie albo dziecięcym/młodzieńczym buncie wobec tych którzy im coś tam narzucali (co daje złudzenie uzdrowienia i wolności):
"Symptomy zaawansowanej choroby
Jeśli człowiek nie zauważa darów, to znaczy, że jego uwaga biegnie gdzie indziej, w rejony nadętej niezależności i urojonej autonomii. Człowiek niewdzięczny ostrym cięciem przecina pępowinę zależności, łudząc się, że właściwie to już niewiele go łączy z Bogiem i ludźmi, a przy tym zazwyczaj czuje się niewiarygodnie pewny siebie.
Przeciwieństwem wdzięczności jest nie tylko egoizm, ale również zgorzknienie, użalanie się nad przeszłością, która bezpowrotnie minęła oraz zniechęcenie. Niewdzięcznik chciałby cofnąć czas. Nie godzi się na zastaną rzeczywistość. Tymczasem wdzięczność często opiewa to, co było, bo niczego nie można już powtórzyć. Każda chwila, nawet jeśli nie została należycie wykorzystana, została nam przekazana w prezencie. Jej samo zaistnienie jest wystarczającym powodem do wdzięczności."
http://mateusz.pl/mt/dp/Dariusz-Piorkowski-SJ-Przyjemny-lek-na-egoizm.htm
-
Frisky
A jeżeli dziecko powstało z gwałtu a potem ojciec je nienawidził i próbował zabić, to za co ma takie dziecko być wdzięczne?
Rozumiem że matce można być wdziecznym ze to że nosiła w brzuchu a potem urodziła i karmiła. Ale jak być wdzięcznym ojcu w takiej sytuacji? Czy w ogóle jest możliwość aby być wdzięcznym? Myślę o tym za co ja mogłabym być wdzięczna i wydaje mi się że w tym przypadku się nie da znaleść niczego.
-
Jeśli człowiek nie zauważa darów, to znaczy, że jego uwaga biegnie gdzie indziej, w rejony nadętej niezależności i urojonej autonomii. Człowiek niewdzięczny ostrym cięciem przecina pępowinę zależności, łudząc się, że właściwie to już niewiele go łączy z Bogiem i ludźmi, a przy tym zazwyczaj czuje się niewiarygodnie pewny siebie.
A to ci ciekawe stwierdzenie. Szczegolnie w przypadku dusz z tzw. pozaziemskiej linii ewolucyjnej, ktore maja swiadomosc nieprzynaleznosci do gatunku ludzkiego czy Ziemi. No no....
-
Inga
no to zależy z jakiego poziomu świadomości się patrzy,
z punktu widzenia świadomości osobowości to wdzięczności raczej za te nadużycia nie będzie i trudno oczekiwać że ktoś będzie wdzięczny za te działania , wdzięczność wobec takiego ojca może być wtedy odczuta chyba tylko w związku z tym darem zwanym ciałem, które (niezależnie od tego co robił złego) pochodzi w części od niego i wciąż z tego ciała pochodzącego od niego korzystasz (czyli uznajesz jednak za cenne to co on ci przekazał, doceniasz wartość tego w działaniu, w rozwoju , realizacji celów itp. ), a reszta przebaczona i odpuszczona
z punktu widzenia duchowości i wdzięczności za wszystko co nas spotkało, można dostrzec w tym przyczyny i pozwolić zaniknąć im oraz ich skutkom, czyli byłaby to wdzięczność taka ponad osobowa/ponad iluzoryczna w której dostrzega się i odczuwa (otwiera się na to) , że wszystkie osoby uczestniczące w tym dramacie łączy (jak wszystko inne) pewna ponad iluzoryczna więź bezwarunkowej miłości i z tego poziomu patrząc uzdrawiać te elementy które czują się odrębne i skonfliktowane (również w sobie), czyli uwikłane w iluzji, dramacie życia, karmie, czy jak to zwał
-
A to ci ciekawe stwierdzenie. Szczegolnie w przypadku dusz z tzw. pozaziemskiej linii ewolucyjnej, ktore maja swiadomosc nieprzynaleznosci do gatunku ludzkiego czy Ziemi. No no....
jeżeli ktoś nie zauważa darów i nie ma w nim wdzięczności tu gdzie jest, wtedy to stwierdzenie jest nadal aktualne, ktoś żyje poczuciem z czasu przed wejściem tutaj, ale sytuacja się zmieniła (diametralnie) i linia ewolucyjna nie ma tu nic do tego,
- a odcinanie się w taki sposób chyba tylko pogarsza sytuację, czyli coraz bardziej wikła?
-
jeżeli ktoś nie zauważa darów i nie ma w nim wdzięczności tu gdzie jest, wtedy to stwierdzenie jest nadal aktualne, ktoś żyje poczuciem z czasu przed wejściem tutaj, ale sytuacja się zmieniła (diametralnie) i linia ewolucyjna nie ma tu nic do tego,
- a odcinanie się w taki sposób chyba tylko pogarsza sytuację, czyli coraz bardziej wikła?
Linia ma jak najbardziej do tego. Bo dusze z poza linii ewolucyjnej po prostu nie bedac ziemianami nie potrafia odczuwac az takiej wdziecznosci za dary niz zwykly czlowiek, ktory spedzil tutaj tysiace wcielen. Dodaj do tego np. zejscie ,,za kare" (splacenie karmy) i niechec moze byc bardzo duza.
-
Zed1
nie potrafia odczuwac az takiej wdziecznosci za dary niz zwykly czlowiek, ktory spedzil tutaj tysiace wcielen. Dodaj do tego np. zejscie ,,za kare" (splacenie karmy) i niechec moze byc bardzo duza.
niezależnie od pochodzenia, na to samo można (zacząć) patrzeć zupełnie inaczej : )
czym jest uwolnienie od ograniczeń i zmiana siebie? co zostaje zmienione? podoba mi się taka definicja:
"Oświecenie dokonuje całkowitej zmiany sposobu patrzenia na świat."...
http://przewodnikduchowy.pl/13-korzysci-plynacych-z-oswiecenia/
...i na siebie , więc zmiana wewnętrzna to kwestia wyboru, możliwość zmiany dostępna jest 24 na h i nic nie kosztuje, np. :
"Duch żądania i pretensji zawsze sprzeciwia się duchowi wdzięczności. Są to dwa wrogie sobie duchy.
Jeżeli nosimy w sobie ukryte postawy żądania i pretensji ,to wówczas zamiast dziękować sami domagamy się dla siebie uznania i wdzięczności, czujemy się ważni i niezastąpieni. I nawet jeśli te postawy nie ujawniają się wyraźnie w naszych słowach, to jednak niepostrzeżenie pojawiają się w naszych myślach, uczuciach a przede wszystkim w naszym działaniu. Kształtowanie w sobie ducha wdzięczności wymaga walki z duchem pretensjonalności. "
http://mateusz.pl/duchowosc/kwadrans_szczerosci/03.htm
-
Zed1
niezależnie od pochodzenia, na to samo można (zacząć) patrzeć zupełnie inaczej : )
czym jest uwolnienie od ograniczeń i zmiana siebie? co zostaje zmienione? podoba mi się taka definicja:
"Oświecenie dokonuje całkowitej zmiany sposobu patrzenia na świat."...
http://przewodnikduchowy.pl/13-korzysci-plynacych-z-oswiecenia/
...i na siebie , więc zmiana wewnętrzna to kwestia wyboru, możliwość zmiany dostępna jest 24 na h i nic nie kosztuje, np. :
"Duch żądania i pretensji zawsze sprzeciwia się duchowi wdzięczności. Są to dwa wrogie sobie duchy.
Jeżeli nosimy w sobie ukryte postawy żądania i pretensji ,to wówczas zamiast dziękować sami domagamy się dla siebie uznania i wdzięczności, czujemy się ważni i niezastąpieni. I nawet jeśli te postawy nie ujawniają się wyraźnie w naszych słowach, to jednak niepostrzeżenie pojawiają się w naszych myślach, uczuciach a przede wszystkim w naszym działaniu. Kształtowanie w sobie ducha wdzięczności wymaga walki z duchem pretensjonalności. "
http://mateusz.pl/duchowosc/kwadrans_szczerosci/03.htm
Dla mnie istnieje duza roznica pomiedzy zadaniem czy nawet pretensja za cos konkretnego niz pretensjonalnoscia sama w sobie. Hellinger duzo o tym pisze.
-
Zed1
no są różnice między pretensjonalnością, a uzasadnionymi pretensjami , można powiedzieć że różnią się przyczynkiem do ich podtrzymywania, nie wiem co Hellinger pisze o tym, ale czy mówi o odmiennych skutkach tej postawy w zależności od przyczyn? czy zachęca do jej podtrzymywania gdy jest uzasadniona np. czyimś zewnętrznym działaniem? czy może mówi o różnych sposobach uwalniania się ? ciekawi mnie to
pisałeś o "zesłaniu tu za karę" byłaby to jedna z przyczyn w której mamy niewyrównane rachunki do spłacenia jako dłużnicy , pretensje (uzasadnione czy nie) to byłaby sytuacja w której wracamy tu (albo nie odchodzimy za daleko po śmierci co dość częste), by je wyrównać wobec naszych faktycznych/wyimaginowanych dłużników?
no a jak ktoś ma pretensje za to, że tutaj jest "za karę", to sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje : )
tutaj Eckhart Tolle o pretensjach i narzekaniu:
http://yogin.pl/trzecie-oko/rozwoj-duchowy/761-rdzen-ego-narzekanie-i-pretensje.html
akurat w tym fragmencie jest zawarta definicja pretensji wg niego, oraz rozróżnienie na to co uzasadnione zewnętrznie i to co uzasadnione tylko wewnętrznie (czyli byłaby to ta pretensjonalność i/lub użalanie się), ale akurat Tolle nie traktuje tego odmiennie z tego powodu czy ktoś ma żal za coś konkretnego, czy tylko to sobie wyimaginował, albo przejął :
"Pretensje to emocja towarzysząca narzekaniu i mentalnemu tworzeniu etykietek; daje ona naszemu ego jeszcze więcej energii. Pretensja oznacza, że czujemy się skrzywdzeni, oburzeni, dotknięci lub urażeni. Oburza nas czyjaś chciwość, nieuczciwość, niekonsekwencja, to, co inni robią, co zrobili kiedyś, co powiedzieli i czego nie powiedzieli, co powinni i czego nie powinni zrobić. Ego to uwielbia. Zamiast przymykać oczy na nieświadomość innych ludzi, czynisz z niej ich tożsamość. Kto to wszystko robi? Nieświadomość tkwiąca w tobie, twoje ego. Czasami „wada”, którą dostrzegam u innych, w rzeczywistości nawet nie istnieje. Jest całkowicie mylną interpretacją, projekcją umysłu zaprogramowanego tak, by wszędzie widzieć wrogów, a rację lub wyższość przypisywać sobie. Niekiedy ludzie rzeczywiście mogą błądzić, ale koncentrując uwagę na ich wadach, czasem z wyłączeniem wszelkich innych ich cech, tylko je powiększasz. A to, na co reagujesz u innych osób, wzmacniasz w samym sobie."
co do tego jego tekstu o przymykaniu oczu - czyli rozumiem, że polega to na innym sposobie patrzenia w którym nie przesłania to obrazu całości i nie wywołuje reakcji : ) niż na wyborze zaślepienia... to pasuje mi do tej mojej interpretacji to co pisał o przebaczeniu, stamtąd:
"Innym określeniem zaniechania reakcji jest wybaczenie. Wybaczyć to przymknąć oczy albo raczej przejrzeć na wskroś."
-
tak czy siak im szersza perspektywa patrzenia choćby tylko na poziomie osobowości (np. na rodziców i dostrzeganie też pozytywów i ich docenianie) tym mniejsze pole do pielęgnowania i gmatwania się w żalach i pretensjach, wtedy czas i droga do uzdrowienia relacji ewidentnie się skraca - przy odpowiednim podejściu z nieskończoności zaczyna dążyć do zera ; )
- ogólnie im wyższa/ szersza świadomość (np. obejmująca przyczyny, a nie tylko uleganie przejawom i skutkom) tym większa wdzięczność - niezależnie od pochodzenia, bo wdzięczność to cecha czystej świadomości, a pretensje i żale (wraz z takim czy innym bagażem uzasadnień) to cechy ego/nieoczyszczonego umysłu,
-
Hellinger mowi m in o tym, ze kazda dusza, ktora zostala pokrzywdzona, czeka na przeprosiny i pogodzenie sie i moze byc tak jak mowisz, ze ktos kto inkarnowal sie tutaj wylacznie z przyczyn karmicznych (,,wyrownania rachunkow") moze miec odczucie, ze nie to jego czasy czy miejsce a spotyka sytuacje ktore dla niego sa wazne lub cos powoduja. No tylko to jest juz indywidualna sprawa, Hellinger radzi aby przepraszac dusze, dac im zadoscuczynienie. I dobry terapeuta robiacy ustawienia powinien, po zbadaniu danej osoby i jego przypadku, podjac sie takiej proby aby albo ten ktos przebaczyl komus albo na odwrot (zeby splacic karme).
Tolle fajnie to opisuje ale w tym tekscie nie podaje przykladu, jak to obejsc czy uzdrowic.
A Hellinger podaje jak to dokladnie zrobic. Przeprosic czyli wybaczyc. Samo zrozumienie nie daje jeszcze wiekszego postepu.
Sam jestem ciekaw tej metody. Mozliwe ze sproboje jej jeszcze w tym roku.
-
a czyli Hellinger jak zwykle skupia się na uzdrawianiu relacji, to jest ważne gdy chcemy uzdrowić relacje w której ktoś został skrzywdzony przez nas albo przez naszych przodków i nam dowala choćby z zaświatów za grzechy przodków,
a Tolle mówi tam dokładnie o tym jak uwalniać się od pretensji wobec tych którzy nas skrzywdzili i od samej pretensjonalności i użalania się - bo tutaj wszystko zależy od nas samych ,
o jak fajnie mi się to zazębia z tematem oświecenia jako oczy-chrzczenia, czyli zmianą sposobu patrzenia i związaną z nią zdolnością odreagowania/niereagowania
-
http://kobieta.onet.pl/zdrowie/psychologia/niszczy-mnie-toksyczna-matka/lqhdd
przykłady toksycznych relacji i niekiedy nawet dość szczęśliwych uwolnień bez świadomej pracy nad sobą
-
http://kobieta.onet.pl/zdrowie/psychologia/naduzycia-emocjonalne-wobec-dziecka-skutki-prawdziwa-historia/1d7fb
"Odkąd pamiętam, byłam nieszczęśliwa. Leczyłam się na depresję od okresu dojrzewania. Dopiero kiedy moja matka, umarła, zrozumiałam, że to nie była depresja - mówi Kasia. - Teraz leki antydepresyjne, napady lękowe, histerie, wydzwanianie z płaczem po przyjaciółkach czy awantury z mężem w domu o moje stany - to już przeszłość. Patrzę na ten czas, jakbym to nie była ja. Prawdziwa ja zaczęła się teraz. Nagle okazało się, że umiem się uśmiechać, że każdy dzień może przynieść mi coś miłego, że przesypiam całą noc, nie budząc się co chwilę, zmartwiała ze strachu, że przecież na pewno mi nic w życiu nie wyjdzie, że lada dzień wyrzucą mnie z pracy, bo do niczego się nie nadaję - tak każdego wieczoru zapewniała mnie mama. Nagle okazało się, że jedzenie smakuje i jak dobrze jest po prostu żyć. Cieszyć się słońcem, spacerem z dziećmi. Teraz nawet sprzeczka z szefem w pracy jest jakąś miłą rozrywką. Bo ona nie żyje. Bo jej już nie ma. Już mi nie zatruje życia, nie będzie wydzwaniać do mnie po nocy z pretensjami, z żalami, z groźbami, że się zabije, że jest sama, że jestem złą córką i o nią nie dbam, że ma raka, że ma Parkinsona i tysiąc innych chorób naraz. I że ja jestem wszystkiemu winna.
Od dziecka mnie szantażowała....."
-
Czy Polska jest DDA ? Dzieci alkoholików wchodzą w dorosłość w poczuciu, że się nie liczą.
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138262,17581948,Czy_Polska_jest_DDA____Dzieci_alkoholikow_wchodza.html#TRwknd
-
No jasne, ze jest :).
Przyklad: bedac za granica ludzie spozywaja alkohol, ale np. w Niemczech nie jest do pomyslenia, aby pic na umor. U nas za to niemal kazda impreza rodzinna czy towarzyska musi odbywac sie przy suto zastawionym alkoholem stolem.
-
Piwo w Polsce to już przyzwyczajenie
http://muzodajka.pl/img/52036fa57e848.jpg
-
Czy Polska jest DDA? ''Dzieci alkoholików wchodzą w dorosłość w poczuciu, że się nie liczą''
W Polsce żyje niemal pięć milionów Dorosłych Dzieci Alkoholików
(moim zdaniem znacznie więcej osób ma ten syndrom).
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138262,17581948.html
-
Leszek, jak cos wklejasz to może zadałbyś sobie trud zerknąć parę postów niżej. Dwa posty niżej wkleiłam ten sam artykuł.
-
Uwaga!
Uzdrawianie z alkoholizmu może być szkodliwe! :)
"mąż przestał pić i mnie porzucił":
http://www.netkobiety.pl/t35150.html
-
Zobaczył żonę na trzeźwo ?
-
Poswiecilam swoje jemu i wychowywaniu dzieci a on mi tak odplaca
:]
-
"Szczerość to mówienie o sobie". usłyszałam to wczoraj na YT w wykładzie dr Ewy Woydyłło.
To takie proste i logiczne.
Naszło mnie na wspomnienia... Ileż to razy krytykowanie mnie i dawanie mi nieproszonych rad było nazywane szczerością. Zwłaszcza przez najbliższych. A nieudolna próba obrony była nazywana zabieraniem prawa do wolności wypowiedzi. Szczerych wypowiedzi :)))
Szczerość to mówienie o sobie. To wszystko zmienia.
-
"Szczerość to mówienie o sobie". usłyszałam to wczoraj na YT w wykładzie dr Ewy Woydyłło.
To takie proste i logiczne.
Naszło mnie na wspomnienia... Ileż to razy krytykowanie mnie i dawanie mi nieproszonych rad było nazywane szczerością. Zwłaszcza przez najbliższych. A nieudolna próba obrony była nazywana zabieraniem prawa do wolności wypowiedzi. Szczerych wypowiedzi :)))
Szczerość to mówienie o sobie. To wszystko zmienia.
A czasami na próbe obrony słyszało się "a, co prawda w oczy kole?". Kurza twarz
-
A czasami na próbe obrony słyszało się "a, co prawda w oczy kole?". Kurza twarz
No. Tylko czyja to prawda ???
Boleśnie szczerzy znawcy prawdy. Niech spadają :)))
-
tod,
Lilliole,
to co piszesz o oddawaniu swojej energii innym jest bardzo ciekawe. Wydaje mi się, że ten temat mocno mnie dotyczy.
Właściwie to trochę boję się o innych i o to co z nimi będzie, kiedy przestanę im dawać energię.
Podczas mojej 'medytacji' jak zacząłem w sobie poszukiwać takiej 'części siebie', która doświadcza dziecięcych, silnych lęków i kiedy postanowiłem dać tej 'części siebie' to czego potrzebuje i zaopiekować się nią to poczułem wtedy duży spokój wewnętrzny, jakiego dawno nie doświadczałem,
ale z kolei moja mama zaczęła się gorzej czuć.
Zaczęły się u niej pojawiać objawy nerwicy i trochę zacząłem odczuwać poczucie winy.
A może tu jest początek ?
Często takie "odpowiedzialne" dzieci w dorosłym życiu czują się wypalone.
Mają dość.
Czują bezsens.
Może...
-
tod
Częścią zdrowienia z DDA jest nie tylko uświadomienie, ale też odczucie, że to w porządku, że każdy odpowiada za siebie.
-
Fajne inspiracje i wskazówki dla DDA i nie tylko znalazłam ostatnio na YT w audycjach Zostaw Wiadomość: cykl 10 audycji radiowych Stowarzyszenia OD-DO "na własne nogi". Trochę i moich łez się polało :(
-
Kiedyś ktoś dawno temu to polecił i było na forum cudu jeszcze, mogę powiedzieć, że program rewelacyjny także dla "nie dda" czyli u mnie nikt nie pił,a kopalnia zachowań z otoczenia.
-
"Prawa DDA:
Mam prawo do wszystkich dobrych chwil, za którymi tęskniłem przez te wszystkie lata, a których nigdy nie dostałam.
Mam prawo do radości w tym życiu – tu i teraz; nie tylko do chwilowego, euforycznego uniesienia, ale do czegoś bardziej trwałego.
Mam prawo odprężać się i bawić – nie używając alkoholu, narkotyków i innych ‚stymulatorów’.
Mam prawo aktywnie dążyć do ludzi, miejsc i sytuacji, które pomagają mi osiągnąć dobre życie.
Mam prawo powiedzieć o tym, gdy czuję, że coś nie jest dla mnie bezpieczne lub gdy nie jestem na coś gotowy.
Mam prawo nie brać udziału ani w aktywnym, ani w biernym zachowaniu rodziców, rodzeństwa czy innych osób, robiących ze mnie ‚wariata’.
Mam prawo do podejmowania ryzyka w granicach rozsądku i do eksperymentowania z nowymi sposobami zachowań.
Mam prawo zmieniać moje nastawienie, moją strategię i mój sposób myślenia.
Mam prawo do popełniania pomyłek i do niespełniania własnych oczekiwań.
Mam prawo opuścić towarzystwo osób, które świadomie lub przez nieuwagę tłamszą mnie, wpędzają w poczucie winy czy upokarzają. Dotyczy to również mojego rodzica alkoholika, rodzica niealkoholika i każdego członka rodziny.
Mam prawo położyć kres obcowaniu z ludźmi, którzy powodują, że czuję się poniżany lub upokarzany.
Mam prawo czuć to, co czuję.
Mam prawo ufać swoim uczuciom, sądom, wrażeniom i intuicji.
Mam prawo, jako integralna osoba, rozwijać się duchowo, umysłowo, mentalnie i emocjonalnie.
Mam prawo wyrażać wszystkie swoje uczucia w sposób niedestrukcyjny, w bezpiecznym miejscu i czasie.
Mam prawo do takiego czasu, jaki jest mi potrzebny, abym, dzięki eksperymentom z tymi nowymi ideami, mógł wprowadzić zmiany w swoim życiu.
Mam prawo do selekcjonowania tego, co otrzymałem od rodziców – do przyjęcia tych rzeczy, które dają się zaakceptować i do odrzucenia wszystkiego, co dla mnie jest nie do zaakceptowania.
Mam prawo do życia zdrowego pod względem psychicznym i duchowym, nawet jeśli będzie ono częściowo lub w całości odbiegać od filozofii przekazanej mi przez rodziców.
Mam prawo do znalezienia mojego miejsca w świecie.
Mam prawo korzystać z powyższych praw – żyć w taki sposób, w jaki ja sam chcę i nie czekać aż mój rodzic wydobrzeje, będzie szczęśliwy, zwróci się o pomoc lub przyzna, że sam ma problem.
Zamierzamy poznać nową wolność i nowe szczęście. Nie zapomnimy przeszłości, ani nie chcemy zatrzasnąć za nią drzwi. Zrozumiemy słowa „pogoda ducha” i zaznamy spokoju umysłu. Niezależnie od tego, jak trudne były nasze problemy, ujrzymy, że nasze doświadczenia mogą pomóc innym. Zniknie uczucie bezużyteczności i goryczy. Pozbędziemy się egoizmu i staniemy się życzliwi wobec ludzi. Przestaniemy być zagubieni. Cała nasza postawa i pogląd na życie ulegną zmianie. Opuści nas strach przed ludźmi i obawa o byt materialny. Będziemy intuicyjnie wiedzieć, jak postępować w sytuacjach, w których dotychczas nie potrafiliśmy sobie radzić. Nagle zauważymy, że Bóg czyni dla nas to, czego nie byliśmy w stanie dla siebie zrobić."
http://www.dda.pl/prawa-dda
(http://www.dda.pl/prawa-dda)
Czy daję do tego prawo sobie?
Czy akceptuję takie prawa innych?
Jeśli ktoś nie daje innym takich praw, to może oznaczać, że jest intencja infekowania innych swoimi wzorcami i warto zastanowić się nad terapią tematyczną i treningiem interpersonalnym w grupie terapeutycznej.
-
Dodam jeszcze do tych praw, że są one ogólne, tylko, że osoby mające dysfunkcyjnych rodziców lub inne toksyczne, manipulacyjne osoby w swoim otoczeniu, mogą o nich zapominać lub nie wiedzieć, czyli nie mieć ich świadomości.
Jeśli są wzorzec współuzależnienia z dzieciństwa lub karmiczne, to tym bardziej trudno zauważyć, że zapomina się o tych prawach dla siebie.
W przypadku osób z rysem narcystycznym (kompensowany brak miłości w sobie) lub psychopatycznym (zimne serce, instrumentalne traktowanie ludzi i granie kogoś, a nie bycie po prostu sobą, kimś autentycznym z silnymi i słabymi stronami) nie respektuje się tych praw wobec innych.
-
Psychopata z reguły odmawia innym tych samych praw, których bezwzględnie żąda dla siebie.
Psychopatia może być wrodzona (wtedy ERD = 0), albo wyuczona - telepatycznie przejęta od innych (wówczas mamy zazwyczaj do czynienia z ustrzygowieniem).
Dzieci psychopaty moga mieć wiele elementów charakterystycznych dla DDA, nawet jeśli psychopata nie pił, czy nie ćpał, a tylko znęcał się psychicznie.
Psychopata nie widzi niczego niestosownego w swoim zachowaniu. Co więcej, jest pewien, że to inni mają problemy!
Jeśli psychopata natrafia na terapię, to nie uzywa jej dla swego uzdrowienia, tylko wzbogaca dzięki niej swój warsztat dręczenia ofiar.
-
Psychopatia to uszkodzenie mózgu /przedni płat czołowy-parę milimetrów w bok uszkodzenie to choroba Aspergera. Był nawet kiedys pomysł zbadania wszystkich i odizolowania ich a priori, pomysl upadł bo kto by się zgodzil mieszkać obok i kto by się zgodził świadomie pracować wśrod psychopatow... Nie każde dziecko psychopaty jest "dotknięte" blizną spartaczonych relacji, natomiast pozaburzane granice samostanowienia ma każdy, kto przebywal w pobliżu psychopaty dłużej. U dzieci nieobarczonych "dotknięciem uwagi" psychopaty częściej obserwuje sie tzw. syndrom sztokholmski. Psychopaci dość zręcznie wybierają ofiary i na nich się koncentrują resztę pozostawiając w tzw. spokoju czyli jest spokój dopoki komunikat psychopaty "zostawiasz mnie i ofiarę face2face i się nie wtrącasz". Napisałam tzw spokoju, bo psychopata doprowadzajac ofiarę do celu /zazwyczaj jest to calkowite podporządkowanie i świadome spowodowanie śmierci wygladającą na śmierć z przyczyn naturalnych/, zazwyczaj już ma "uglaskaną" nową. Musi się kimś "żywić" i nie może pozostać bez ofiary w poblizu. Niezłe są opracowania amerykańskich naukowców, są dostępne w necie, o psychopatii-uprzedzam lojalnie nie czytać jak nie musicie...okrucieństwo to zbyt delikatne słowo na to co ci ludzie wyrabiają z innymi.
Przemoc jeżeli jej używaja to zazwyczaj wiedzą jak bić by nie bylo śladow.
Co jest jeszcze charakterystyczne? pozornie idealne życie prowadzone prze psychopatę dla otoczenia. To taki miły czlowiek jest najczęstszym komentarzem. Nieumiejętność odczuwania uczuć wyższych, uprzedmiotowienie innych, doskonalenie sposobu dzialania i umiejętność blyskawicznej zmiany sposobu dzialania w zależnosci od warunków. Kiedyś wiazano psychopatię z inteligencja, po latach dowiedziono że psychopaci nie są aż tak inteligentni, ale mają dosć szybką zdolność adaptacji w sprzyjających im warunkach. Wyczuwają blyskawicznie takie wzorce jak DDA< DDTR i na tym żerują.
Ciekawy pozostaje zespół Munchausena /3 stopień/po wszystkim co przeczytalam wydaje sie być nabytą psychopatią. Ciekawy jest także pod względem badań-jedyne doniesienia o dalszych losach dzieci, którym udalo się przeżyc są identyczne z losami ofiar psychopatów --->całkowite zerwanie śladów łączących jakkolwiek z dawnym życiem z oprawcą.
-
Co jest jeszcze charakterystyczne? pozornie idealne życie prowadzone prze psychopatę dla otoczenia. To taki miły czlowiek jest najczęstszym komentarzem. Nieumiejętność odczuwania uczuć wyższych, uprzedmiotowienie innych, doskonalenie sposobu dzialania i umiejętność blyskawicznej zmiany sposobu dzialania w zależnosci od warunków. Kiedyś wiazano psychopatię z inteligencja, po latach dowiedziono że psychopaci nie są aż tak inteligentni, ale mają dosć szybką zdolność adaptacji w sprzyjających im warunkach. Wyczuwają blyskawicznie takie wzorce jak DDA< DDTR i na tym żerują.
Ciekawy pozostaje zespół Munchausena /3 stopień/po wszystkim co przeczytalam wydaje sie być nabytą psychopatią. Ciekawy jest także pod względem badań-jedyne doniesienia o dalszych losach dzieci, którym udalo się przeżyc są identyczne z losami ofiar psychopatów --->całkowite zerwanie śladów łączących jakkolwiek z dawnym życiem z oprawcą.
Niestety jedna taka osoba potrafi pociągać za wiele sznurków i dużo zniszczyć. Przez swoją umiejętność adaptacji długo inni mogą się nie zorientować co jest grane, a co bardziej naiwne osoby mierzyć taką osobę swoją miarą i ignorować problem.
Leszek
Jeszcze jest 3 opcja, gdy terapeuta, guru, lider, ma rys psychopatyczny (nie jest to psychopata całkowity, tylko ma pewne cechy w osobowości).
Po to jest w tej roli, żeby być ponad innych, ukryć niską samoocenę, odcięcie od uczuć wyższych i tworzy fałszywy obraz siebie.
Podobno w społeczeństwie jest coraz więcej osób z rysem psychopatycznym, ale jest też więcej innych zaburzeń.
-
Sylvia
Pisałem o psychopatii nabytej w procesie wychowania.
A że niektóre z takich osób stają się "guru", to też nic dziwnego. Przecież społeczestwo żyje "faktami" z mediów. A w mediach goszczą głównie politycy - psychopaci i propagandziści - psychopaci. Wielu z nich regularnie narkotyzuje się i alkoholizuje! Jest więc fascynacja społeczna, czyli popyt, to i podaż musi się znaleźć :(
W USA popyt na psychopatycznych przywódców religijnych trwa od wielu dziesięcioleci.
DDA nie posiadają zazwyczaj takiej cechy jak "świadomość rozrózniająca". Co więcej, gardzą uczciwymi, jako słabymi! Podziwiają silnych i zdeterminowanych. To by tłumaczyło sukcesy takich ludzi w polityce, czy nawet w przywództwie róznych sekt.
Kobiety DDA poszukują silnego i stabilnego mężczyzny, na którym zawsze mogłyby polegać. Testy, jakim poddajhą mężczyzn, są w stanie przejść tylko psychopaci. Każdy normalny facet puknie sie w głowę i stwierdzi, że nię będzie marnował życia na użeranie suię z wariatką. A psychopata się stara.... usidlić ofiarę.
Podobne zapotrzebowanie jest wśród DDA na stabilnych i przewidywalnych, silnych "duchowo" przywódców, którymi nie targają wątpliwości! A jeszcze kiedy taki przywódca wygłasza komunały, w które wierzą DDA, od razu zyskuje na wartości w ich oczach!
W oczach DDA najbardziej "be" jest ten, ktory uświadamia im, że błądzą z powodu dysfunkcyjnej rodziny. Przecież prawie nikt nie lubi być pozbawiany złudzeń, nawet w imię tak szlachenego celu, jak oświecenie :)
A dla psychopaty rodzina jest najwyższą wartością i świętością! Przynajmniej tak wynika z jego deklaracji. W praktyce psychopata chroni swoją rodzinę, ale... przed wszelką pomocą, której inni (z zewnątrz) chcieliby udzielić prześladowanym przez niego członkom jego rodziny!
Podobnie postępują psychopatyczni przywódcy.
-
Leszek
Moim zdaniem to co napisałeś o kobietach tak samo dotyczy mężczyzn z DDA. Te same mechanizmy testowania, może czasami inaczej wyrażane, chociaż bywa też podobnie. Każda norma kobieta nawet nie puknie się w głowę, tylko najpierw będzie próbowała rozmawiać, a później da sobie spokój. A jak już miała do czynienia z takimi zachowaniami, to nawet nie porozmawia, tylko sobie odpuści kontakt.
Warto się przyjrzeć wzorcom testowania i można je przepracować, bo wynikają one z poczucia zagrożenia związanego z nieprzewidywalnością "miłości" w rodzinie w dzieciństwie.
Dobra jest na to afirmacja: Bezpieczny, przewidywalny partner jest dla mnie atrakcyjny.
I nadal może być spontanicznie w takim związku, a robi się bardziej lekko, spokojnie i radośnie:)
"Wszystko zostaje w rodzinie", to bardzo często argument gdzie patologia staje się normą. Niestety.
-
Fakt, że faceci też testują dziweczyny. Tylko że zasadniczo w innych celach.
Najczęsciej, czy się nadają do łózka.
Ale... bogaci faceci testują dziwewczyny na miłość. Chcą mieć pewnośc, że laska nie leci na pieniądze. Albo że przy okazji nie leci na innego faceta, a z tym jest dla kasy.
Z innymi przypadkami osobiście się nie spotkałem.
-
Uważasz, że z powodu swojego DDA mężczyźni robią takie testy?
Jeśli tak, to nadal te same wzorce DDA są do uzdrowienia. Przyczyna jest ta sama głębiej, bo jeśli ktoś był w toksycznej rodzinie, to jako dziecku nie chodziło jemu o seks, czy pieniądze, tylko o inne potrzeby.
Spotkałam się z testami ze strony mężczyzn z innych powodów, nie tylko seks i kasa. Raczej emocje, ubrane w zracjonalizowanie i poczucie własnej wartości.
-
Stara przyśpiewka:
Co to za gospodoz, co ni mo chałupy
Co to za dziewucha co nie daje d... (wina?)
A teraz mamy pokolenie EMO.
-
Leszek
Nie znam tych struktur poznawczych. Wyjaśnij proszę jaki to ma związek z tematem?
-
Sylvia
Chodzi cały czas o testowanie potencjalnych partnerów.
Pokolenie EMO, jest w jakiś sposób powiązane z pokoleniem gender. Znaczy, że dorośli faceci zachowują się i przeżywają emocje jak dziewczynki. Stąd ich dziewczęce zachowania przy testowaniu partnerek.
-
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,6705168,Kiedy_potwor_znika.html
-
Ważne dla DDA, Daniela Czarska:
https://www.youtube.com/watch?v=I-1zv84MdaA