Szlag by to...
Albo mam cholernego pecha (a taki pech nie bierze się znikąd) albo naprawdę zrytą karmę.
Chłopiec, którego ostatnio zostałam opiekunką, okazał się bardzo nadpobudliwy.
Miał deficyt uwagi - do wszystkiego trzeba go było przymuszać, zwłaszcza dłuższe skupienie się na odrabianiu lekcji, czyli pisaniu literek (I klasa) to dla niego męczarnia.
Ale to pikuś w porównaniu do tego jak czułam się przy jego mamie.
Kobieta wywierała taką presję...ciągle dzwoniła, kontrolowała, rygor taki, i jakbym wszystko robiła nie tak, przy czym raz jedno, a raz drugie. Można było zgłupieć.
Szkoda mi tego dzieciaka, bo jego traktowała tak samo.
Niby taka dbająca matka, niby z troski o niego, niby chciała dobrze, chciała go wychować, a tak naprawdę (oczywiście wg mnie, jak ja to widziałam) tłamsiła go, narzucała coś ciągle, nawet jakieś drobiazgi, jakby zastraszała.
Raz nawet go zbiła, bo nie chciał "odrabiać lekcji"...Siedmiolatka!...szok.
Dla mnie samo patrzenie na jej sposób wychowania go było okropne, bardzo źle się czułam z tym.
Zastanawiałam się nawet, czy tego gdzieś nie zgłosić (gdy go zbiła).
Na szczęście udało mi się stamtąd wymiksować.
A on został - pocieszam się, że intencje, itd, ale no cóż, jednak trudno na to patrzeć.
Będzie pewnie wszystko na niego, że to on jest taki problematyczny, niegrzeczny...no, był, ale chyba przy takiej matce to każdy by był:P
A dla mnie - no jaki sens ciągłego ładowania się w takie sytuacje?
Gdzie jedna strona w jakiś sposób "gnębi" drugą?
Która nic nie może zrobić z tym (bo to jest dziecko albo np, jak wcześniej, zwierzęta, ktoś słabszy, itd).
A ja jakby włażę w to, pomiędzy te dwie strony, znajduję się w tym, muszę na to patrzeć.
Czasem mogę coś zrobić (i trochę mi lepiej) czasem nie (i tylko się tym dołuję), ale zawsze kosztuje mnie to mnóstwo energii i destabilizuje mi życie.
Jakby specjalnie ciągnę się tym w dół, przyciągam to, żeby się tym zdołować.
A przecież...czy to moja sprawa? No nie.
Wybierają sobie to co wybierają.
Czemu właśnie ja muszę się tym przejmować, wtrącać się?
Czemu stawiam się w takiej roli?
Przecież powinnam to akceptować...kobieta pewnie sama była tak wychowana, i robi to jak umie.
To nie moja rzecz, mają swoje problemy, rzeczy do przerobienia, lekcje, itd.
Nawet jeśli się krzywdzą, robią błędy, co mi do tego?
I tak nie jestem kimś czyje słowa dla nich coś znaczą. Więc po co?
Mam tego tak bardzo serdecznie dosyć:(