Grhrgrhgrh. Jadę na długi weekend z chłopakiem do mojego rodzinnego miasta, zawsze bardzo cieszę się na takie wspólne wypady, ale tym razem czuję straszną niechęć, długo odwlekałam załatwienie noclegu. Choć wiedziałam, że chcę spędzić fajny weekend z Ukochanym to coś sprawiało, że unikałam tematu i czułam nieprzyjemności kiedy myślałam o tym, że tam będę. Dziś ciężko mi się spało, wstałam z okropnym humorem i czułam się wyssana ze wszystkich energii życiowych. W pracy dziewczyny pytały się co mi jest bo wyglądałam jakbym miała zaraz zemdleć , do tego zaczął męczyć mnie katar, ale potem poczułam się nieco lepiej.
Kiedy wróciłam do domu zobaczyłam, że dostałam prywatną wiadomość od mojego pierwszego chłopaka z którym od lat kontaktu nie utrzymywałam i pytał czy na święta będę w Toruniu. Ostatnio też odezwał się do mnie po wielu, wielu latach mój kuzyn, który skrzywdził mnie w dzieciństwie. Jak gdyby nigdy nic zapytał co słychać u mnie i u mojej mamy. Dodatkowo boję się, że kiedy tam pojadę spotkam moją byłą toksyczną przyjaciółkę, albo byłego faceta z którym mam ciężką relację karmiczną. Do tego jeszcze dochodzi dom, w którym będzie mój ojciec, który od lat nie był trzeźwy, mama i brat którzy są wyniszczeni tym całym bagnem. Aż mnie skręca, cieszę się już chyba tylko z tego, że zobaczę mojego psa. No i na ukoronowanie dnia wbiłam sobie wielką drzazgę z miotły, którą w bólu próbowałam sobie wyciągnąć, ale wepchnęłam ją jeszcze głębiej i teraz jej nie widać ale chociaż nie boli, no świetna metafora:D
Zanim zaczęłam zajmować się rozwojem czułam strach, że mam tyle problemów, tyle obciążeń i tak wielki bałagan, że nie dam rady się z tego wygramolić, ale wyszłam z tego stanu i poczułam duży entuzjazm. Zaczęłam pracować, ale wciąż czuję, że ilość moich problemów mnie przerasta. Partner cały czas powtarza mi jaka jestem cudowna, że świetnie sobie radzę, dużo rozumiem i nie jest ze mną tak źle jak ja to widzę, ale póki ja sama w siebie nie uwierzę takie słowa się ode mnie odbijają. Boję się, że jak zacznę pracować nad czymś, to wyjdzie mi przy okazji inna rzecz i kolejna, znowu coś nowego się odpali, pojawi się jakiś nowy-stary, zakopany problem, a ja emocjonalnie nie dam rady wytrzymać tego natłoku. Wychodzą teraz rzeczy z przeszłości jakby na raz chciały mi przypomnieć o tym, że cały czas są i to że nie bolą wcale nie oznacza, że przestały być problemami. Czuję teraz taką niemoc, czuję się zaatakowana przez moją przeszłość, jakby mnie dogoniła i złapała za gardło. Na pewno mi przejdzie i spędze miły weekend u boku Ukochanego, ale potrzebowałam się tym wszystkim z Wami podzielić, może ktoś będzie miał ochotę napisać o swoich doświadczeniach w temacie, bo ja dość długi czas nie mogę sobie z tym lękiem poradzić.