cały czas to samo- cierpienie, zranienie, że zostałam porzucona, odrzucona, że tak bardzo kogoś kochałam, a on zawiódł moje zaufanie, że straciłam miłość życia (największe WTF jak dla mnie), blabla i tak dalej.
Wydawało mi się, że mi to już zeszło, a tu dupa blada i przyznam szczerze, że coraz bardziej się boję, że to się nigdy nie skończy :/ trochę mi się już kończą pomysły radzenia sobie z tym wszystkim. No wywaliło konkretnie.