Od jakiegoś czasu pracuję sobie nad czakrą gardła i puszczeniem jakiegoś dziwnego wysiłku barkach. Bardzo trudno mi było ustalić tego przyczynę. I wczoraj chyba był przełom : ). Po tym jak zaczęłam sobie kontemplować łatwość, swobodę, lekkość, zaradność wyszła mi inicjacja w cierpienie od mojej mamy. Nie byłoby nic nadzwyczajnego w tym, gdyby nie fakt, że ta inicjacja była w tym wcieleniu. Mama zainicjowała rodzinną strukturę, której głównym założeniem było wzajemne wsparcie wśród wszystkich członków (ja, brat, ojciec + kilka osób z dalszej rodziny). Ale to tylko pozornie tak ładnie wyglądało. W rzeczywistości chodziło o dźwiganie bagażu różnego rodzaju jej lęków przed światem i życiem. I skoro były lęki, to było potrzebne wsparcie, które było tak naprawdę pożywką dla rozwijania się uzależnienia i zaciśnięcia jakże wartościowych rodzinnych więzi. Do tego dochodziły kody, że nikomu prócz członkom struktury nie można ufać (mi się to czkawką odbiło na Bogu i partnerze). Pierwotną intencją u niej był ogromny lęk, że kiedyś zostanie sama i wtedy sama sobie nie poradzi – który notabene też przejęłam. Jak to puściło to od razu mi się więcej przestrzeni zrobiło w energiach i zebrałam się za działanie, za które nie mogłam się zabrać od dłuższego czasu : ).