akceptacja złych rzeczy może być szkodliwa. Np.; akceptacja przez żonę tego, że mąż ją bije, jest szkodliwa (jeśli nie jest masochistką). Lepiej gdyby tego nie akceptowała i odeszła od takiego gościa.
Mam wrażenie, że utożsamiasz akceptację z aprobatą i stąd te Twoje opory.
A to dwie różne kwestie.
Akceptacja to zgoda na coś, ale niekoniecznie na coś w odniesieniu do nas. Czyli mogę nie mieć nic przeciwko czemuś (np. jakiemuś zjawisku), nie osądzać go, przyjmować go takim, jakim jest, ale nie zgadzać się na to w odniesieniu do mnie, w sensie, że dla siebie tego bym nie wybrała. Np. nie mam nic przeciwko wyznawaniu religii, nie przeszkadza mi, że inni to robią, ale ja osobiście nie lubię.
Albo na przykładzie dużo bardziej negatywnym: Akceptuję, że inni kradną (tzn. ja jeszcze nie do końca :p), ale tego nie aprobuję, nie podoba mi się to.
Natomiast aprobata to pojęcie szersze. Oznacza uznanie czegoś za słuszne. Oznacza, że to coś mi się podoba, że wybrałabym to dla siebie.
Akceptacja zawsze jest koniecznym warunkiem zmiany, bo oznacza brak emocjonalnego przywiązania. A kiedy jest brak przywiązania do czegoś, to wtedy dopiero na trzeźwo i przytomnie mogę to ocenić i dokonać wyboru zgodnie z moimi preferencjami (tj. wejść w to lub bez żalu odrzucić).
Jeśli chodzi o przykład z żoną bijącego męża, to nie akceptacja jest tutaj problemem, ale raczej nieakceptacja faktu, że mąż jest sukinsynem, bądź też jakiegoś elementu rzeczywistości przez żonę. Takie żony najczęściej okłamują same siebie i wszystkich wokoło ("mąż był w złym humorze", "zdarzyło mu się to wyjątkowo" i tego typu bajery). Wierzą w bajki (np. w to, że potrafią go zmienić), itd. To przeciwieństwo akceptacji.
Gdyby żona naprawdę zaakceptowała męża, jego charakter oraz fakt, że jest przez niego notorycznie lana i że to najprawdopodobniej się nie zmieni, to nie miałaby wątpliwości, czy od niego odejść. Oczywiście jeśli nie byłaby masochistką.
Tylko że taka żona najczęściej jest posikana ze strachu o swoją (a często i dzieci) przyszłość, więc wybiera ucieczkę w nieświadomość. Panicznie boi się akceptacji rzeczywistości.
Trudno wymagać od takiej żony, żeby zaakceptowała od razu całą rzeczywistość. To niewykonalne

To znaczyłoby to samo, co radzić jej, żeby od niego odeszła, poszukała pracy, sama się utrzymywała, a do tego była asertywna i przebojowa

Akceptację najlepiej zacząć od swoich własnych uczuć i pragnień, od tego co jest, od tego co najłatwiej zaakceptować. A na głębokie zmiany przyjdzie pora

A więc chodzi o to, żeby zaakceptować swój lęk, złość, itd. itp. I siebie z tymi uczuciami

I swoje pragnienia.
Wsłuchać się w siebie, zobaczyć, czego się pragnie, co się w związku z tym czuje i zaakceptować to. Jeśli się da, to zaspokoić swoje pragnienia. A jeśli nie to znów się wsłuchać w siebie i akceptować. I tak po kolei aż do momentu, w którym albo pragnienia się zaspokoi, albo one same odpadną. Naturalnie. A więc aż do osiągnięcia uczucia spełnienia
