U mnie sprawa rozwoju pozostaje tylko dla mnie. W rodzinie mówia, że jestem bardzo daleko od Boga bo tylko ja nie chodze do kościoła, czesto wysłuchuje jakiegos durnego kazania -ale co tam postanowiłam nie wchodzic w dyskusje z kims z kim nie warto - bo nie ma takiej gotowości. Pamietam jak na samym poczatku zaczełam kupować dosyc czesto ksiazki o tej tematyce - widziałam ogromne przerażenie w oczach mojej rodziny - według nich były ogromne obawy, że może sekta?
Polędwica, to prawie tak samo jak u mnie ;-) Mama wpierw płakała wręcz, że żadne z nas (mam 2 braci, którzy się nie rozwijają, obecnie raczej ateiści) nie chodzi do Kościoła, jaki ona błąd popełniła itp. Mojego tłumaczenia, że aby wiedzieć, iż Bóg jest, modlić się itp, to nie trzeba chodzić do kościoła, długo nie przyjmowała.
Za sektę próbowała uznać nawet swego czasu moje zainteresowania filmami bollywood i chodzenie na imprezy przy muzyce bollywoodzkiej

Zatem wiadomo - o regresingu, o moich zajęciach, o rozwoju - zbytnio z nią nie rozmawiałam. Dopiero dwa lata temu, jak byłyśmy razem w Finlandii, udało się pierwszy raz z Mamą sensowniej porozmawiać, choć i tak potem, jak wróciła, wypaliła, że ona już wie, jak nazywa się moja nowa religia - to New Age! :-D
Wtedy troszkę się podłamałam

i już nie poruszałam więcej tematu.
A jednocześnie, co jest trochę zabawne, Mama od dawna interesowała się pobieżnie wahadłami, różdzkarstwem, bioenergoterpią itp. Już w dzieciństwie bawiłam się wahadłem uniwersalnym, bo mama takie miała, sama też byłam prowadzana do bioenergoterapeutów ze słuchem
