U mnie w rodzinie wszyscy wiedzą w czym siedzę, czym się zajmuję. Bywało tak, że się sami interesowali, korzystali z sesji. W rodzinie niewierzącej jest o wiele łatwiej. Gorzej jeżeli zupełnie nie potrafią wykorzystać szans, które im się przydarzają i budować nowej samooceny. Upartość może zniszczyć bardzo wiele, a karma i tak pójdzie swoją drogą.
Uuu przypomniało mi się, jak w liceum zostałam zaatakowana realnie. To był jeden epizod. Ktoś tam odkrył mój profil na wegetariańskim portalu randkowym i powiązał to z moją działalnością uzdrowicielską w tamtym czasie. W całej klasie buczeli na mnie i zakładali turbany indyjskie. To było ich jedyne zrozumienie mojej osoby. Nie reagowałam na nich, to po tygodniu im się znudziło.
Nikomu raczej nie mówiłam o sobie. W rodzinie wiedzieli, niektórzy znajomi, ale zazwyczaj byli na odległość. Jeżeli już jakiś uparty adorator się do mnie przyczepił, dość szybko odchodził stwierdzając, że mam niepokolei w głowie. Inny mocniej uparty, wytrzymywał 3 miesiące śledzenia mnie po szkole i namawiania na powrót do innych zasad.
Bonkers,
masz na prawdę fajnie. U mnie w rodzinie nikt nie przeczytał żadnej książki rozwojowej, co najwyżej robili sobie sesje z marnym skutkiem i próbowali wierzyć w pewne duchowe zasady. Głównie jednak to wszystko polegało na chwaleniu się mną, mimo moich zaprzeczeń - wśród rodziny i znajomych ojca. Nic przyjemnego.
Na szczęście w obecnym związku robię to co chcę. Wszystko co sobie zamarzę może leżeć w domu, na półkach, nie zostanę skrytykowana. Mogę wykonywać swoją praktykę bez lęku o wyśmianie i co najważniejsze w spokoju ;-)