Zaczęłam się zastanawiać, co mi pokazuje moja współlokatorka, której niedawne żale jakoś mnie wkurzają, choć mnie to osobiscie nie dotyczy.
Monika ma 24 lata, przeżywa mocno fakt, iż nie ma faceta, że nie ma jak kogoś poznać, że koleżanki kogoś mają, a ona nie... że znajome w pracy opowiadają tylko o mężach i dzieciach, a ona w tym czasie tylko może się uśmiechać i słuchać, bo sama nie ma o czym opowiadać, gdyż nie ma tak zwanego "życia prywatnego". Do tego nie pójdzie nawet sama do kina, czy na spacer, zawsze musi mieć kogoś, żeby gdzieś wyjść.
Z jakiegoś powodu wkurza mnie coś takiego, uznaję to za słabość, zależność, szukanie szczęścia na zewnątrz, podczas gdy wszystko przecież mamy w sobie. WTF?