Dziś doszło do mnie, jak bardzo zamotana jest moja rodzina.
Mama do mnie zadzwoniła ze skargami na mojego brata- że nic kupić nie umie (ona jest teraz osłabiona i nie może za bardzo wychodzić, ani nosić zakupów), że kupuje przegniłe warzywa, spalone chleby, że nie zwraca uwagi, jak kasjerka wydaje mu 10 zł za mało reszty, itp. , itd. Pojechała mu nawet, że jest debilowaty, upoślodzony, niedorozwinięty. Tyle lat minęło, a mama dalej nie zmieniła podejścia do swoich dzieci. Dokładnie te same teksty waliła do mnie jak byłam mała i zrobiłam coś niewłasciwie.
Teraz mnie nie ma w domu i chyba mój brat przejął po części moją rolę. Kilkanaście lat wstecz to on był moim katem, a dziś jest mi go żal. Widzę jak wzorce "kat-ofiara" są niemal jednym i tym samym, to jak wierzch i spód dłoni, dwie strony tej samej całości.
U mnie w domu wszyscy po części jesteśmy ofiarami każdego z osobna, oprócz rzecz jasna mojego tatusia, który jak zawsze na wszystkim najlepiej wychodzi i jemu się żadna krzywda nie dzieje.