Odkryłem w sobie mechanizmy które uniemożliwiają moje udane społeczne funkcjonowanie. Po pierwsze to, że kiedy ja coś czuję, to mam przekonanie że wtedy właśnie inni mnie odrzucą (tatuś który nie potrafił znieść moich emocji). Poza tym lęk przed tym, że jak przestanę robić coś dla aprobaty innych to inni mnie odrzucą. Całe moje dzieciństwo kazano mi śpiewać piosenki, grać na pianinie, pokazywać jaki jestem dobry i wtedy się mną zachwycano. To sprawiło że nauczyłem się robić rzeczy dla innych ludzi, bo w przeciwnym wypadku nikt nie skupiał na mnie uwagi. I mam tak wszyty ten mechanizm znieczulenia się i robienia czegoś dla innych ludzi, że narasta we mnie agresja do innych że muszę to robić i że jestem zależny od ich aprobaty. Ostatnio trochę bardziej się wczułem i wyszły ze mnie kolejne warstwy roztrzęsienia i lęku przed ludźmi. No ale nie mam się co dziwić, przecież jeszcze nie wyczyściłem całego znieczulenia po narkotykach więc takie kwiatki mogą mi wychodzić.
I w ogóle mechanizmy NIE-BAZOWANIA na swoich uczuciach, przeczuciach itd. Zaczynam rozumieć że każdy człowiek rozwija się prawidłowo kiedy tylko słucha swoich odczuć. W sensie że jeśli coś mi się nie podoba, to nie wchodzę w to itd. Wskutek wyparcia pchałem się w życiu w najgorsze tarapaty... na szczęście jestem w czepku urodzony i w 90% przypadków wychodziłem z nich bez szwanku. To takie proste, a ja teraz przywracam czucie tych przeczuć.
Wróciła mi świadomość ogromu pracy jaką mam przed sobą. Ale nie będzie tak źle

Podobne mechanizmy widzę jak tworzą się u 2-letniej córki mojego brata. Najpierw zaszczepia jej spaczone sposoby funkcjonowania, potem ona tak funkcjonuje, a potem on nie może tego znieść i nakłada jej kary i w ogóle narasta w nim frustracja, na co mówi "Ehh, dzieci to zajebiście ciężko wychować"