Ja się wczoraj położyłem spać, tak leże sobie i czuje na brzuchu ciężar stresu z bardzo idiotycznego powodu - następnego dnia miałem iść załatwić jedną pierdołę sprzed pół roku u mojej promotorki (opóźnienie z jej winy), a że jest to babka bardzo nieogarnięta i nieobliczalna - bałem się że nie będzie w ogóle pamiętać o co chodzi albo zacznie wymyślać i komplikować mi życie.
No i tak leżałem z tym stresem w brzuchu i czułem narastające wkurzenie na siebie, że czemu ja czuję ten głupi stres, skoro nawet mi nic takiego nie grozi. Miałem ochotę sobie wyrwać cały brzuch, żeby tego nie czuć, bo mnie nieracjonalność tego tak denerwowała. A najbardziej wkurzało mnie to, że jak ja się mam porywać na tak poważne rzeczy jak samodzielne życie, kiedy mnie stresują takie popierdółki - nerwowo bym chyba nie wytrzymał od codziennej dawki stresu.
No i jak mnie trzepnął w twarz całokształt dzieciństwa, to przez kolejne kilkadziesiąt minut musiałem zająć się tymi emocjami, bo bym nie usnął.
Z początku przez dobre kilka minut, z pozycji wewnętrznego dziecka rzucało mnie po ścianach i suficie, kiedy wychodziło ze mnie pełne rozpaczy pytanie "Czemu?" Czemu całe moje dzieciństwo było wielkim pasmem cierpienia? Czemu musiałem doświadczać tak ogromnych ilości emocjonalnego bólu i psychicznego znęcania się, że nie sposób było to przeżyć bez tworzenia sobie sztucznych osobowości, zamykania się w sobie, mechanizmów ucieczkowych, itd? Czemu jako dziecko ZAWSZE musiałem być odrzucany i raniony, pozbawiony jakiegokolwiek ciepła, wsparcia i bliskości? Czemu musiałem doświadczać tak okrutnego i niesprawiedliwego dzieciństwa, kiedy tyle innych dzieci dostawało przynajmniej część tego, o czym ja mogłem tylko pomarzyć? No i wreszcie - CZEMU takie zwyczajne dziecko jak ja, musiało doświadczać tego całego ogromu cierpienia, bólu i najgorszej strony życia?
No i w tym momencie poczułem nienawiść do siebie, gdzie zacząłem sobie cisnąć, jakim to ja jestem żałosnym idiotą, który nie dość że się sam w to wszystko wpakował, to teraz jedynie potrafi płakać i użalać się nad sobą. Całej wiązanki nie pamiętam i nie będę jej już tu pisał, bo nie ma to większego sensu

Istotne jest to, że w pewnym momencie zauważyłem, że mówię do siebie w taki sposób, w jaki mówił zawsze do mnie ojciec. No i tu od razu chwyciło - zauważyłem, że ten sposób myślenia o sobie nie jest mój, ale nie chciałem się do tego przyznać. Wpadłem niemal w trans wbijania sobie do głowy, że to są moje myśli, moje opinie, że to ja tak myślę, a nie tylko mój ojciec. Z pomocą OMa na szczęście udało się przez to przebić i uświadomiłem sobie, że to był tylko jakiś mechanizm radzenia sobie z tym, jak mi całe dzieciństwo ojciec ostro pociskał - a pociskał ostro, bo nie miał najmniejszych oporów żeby w kierunku małego dziecka szły wulgarne wyzwiska - więc od małego byłem już debilem, idiotą, gówniarzem, cipą, itd. Moja siostra z kolei słuchała jaką to dziwką i suką jest, zanim jeszcze zaczęła chodzić do podstawówki. Jak sobie to teraz przypominam to tak się we mnie gotuje, że mam ochotę pójść do pokoju obok i dać mu w twarz. Jakim sk*rwysynem trzeba być, żeby robić coś takiego małym dzieciom?
Pomijając że mi znowu wywala - pozytywny akcent jest taki, że jak się wczoraj kładłem po raz kolejny, już po oczyszczeniu tych emocji - przyszło mi do głowy, że skoro nie muszę myśleć o sobie tak, jak myślał o mnie ojciec, to jak mam o sobie myśleć? I od razu przyszła odpowiedź, że tak jak JA to czuje. Kiedyś na sesjach mi wychodził lęk, że co jeśli ja, tak naprawdę w głębi siebie jestem zły i nie chce dla siebie dobrze. Wczoraj po raz pierwszy poczułem tak głęboko, że JA chce czuć tylko to co dobre i przyjemne, a w stosunku do siebie chce być miły, ciepły i sympatyczny. Po raz pierwszy poczułem tak głęboko, co naprawdę o sobie sądzę i aż mnie to wzruszyło.